Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/71

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— O! Niechby mnie tylko raz na ambonę puścił, jabym ich tam klął po węgiersku! Nieraz mu to proponowałem. Oho, żebym ja był na jego miejscu, piechotą-by stara przybyła do Krakowa po siostrzenicę. Ale te klechy to nawet nie umieją głupoty ludzkiéj dostatecznie wyzyskać!
— Wielka szkoda, ale ponieważ pana żadne seminaryum już nie przyjmie, więc kazanie pozostanie w marzeniu. A szkoda, poszłabym na nie! — Magda śmiała się serdecznie.
— Dzieci, na obiad! — rozległ się głos majorowéj.
— To śmieszne, że na mnie po raz pierwszy w téj chwili zawołano: dziecko! — ozwał się Oryż, idąc za Magdą do jadalni.
— A jakże wołali na pana rodzice? — zagadnęła majorowa zdziwiona.
— Tego nie pamiętam, bo mnie zostawili sierotą w lat dwa. A stryj opiekun nazywał mnie rozmaicie: czasem hultajem, czasem gawronem, naczęściéj brudasem lub zatraceńcem.
— Przecie łożył na kształcenie pana?
— Łożył, pókim mu nie umknął pewnego dnia, posłyszawszy, że chce mnie ulokować jako pisarza w sądzie. Ze strachu przed tą karyerą oparłem się aż w Dreźnie. Prawda, że od téj pory do czasu, jakem panie poznał, nie byłem nigdy syty, ale téż nigdym takiego strachu nie doznał! Brr, ja, pisarz sądowy!