Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/31

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Wtedy Oryż prędko płótno zakrył i żywo rzekł:
— Po obiedzie. Po obiedzie!
Wybuchnęła śmiechem, a on spostrzegł, że się zdradził, i dodał, odprowadzając ją od stalug:
— Bo to daremny trud. Będzie pani znowu smarowała, i źle smarowała; więc po co z panią walczyć? To jest mania, a głupcy utrzymują w niéj panią. Świat tyle się zna na sztuce, co Sylwester. Maluj sobie pani dla takich.
— To dobrze. Wzroku panu nie będę więcéj zabijała widokiem bohomazów.
— O, dziękuję pani z całego serca — odparł wdzięcznie.
Oryż był prawie domownikiem u nich, bo się stołował i miał w przechowaniu u majorowéj swój kuferek z drogocennemi rzeczami. Nie trzymał go w swéj pracowni, bo ta bywała peryodycznie licytowana przez lichwiarzy. Mówił téż dlatego z przechwałką, że nigdy nie może nadążyć z robotą, i że każde jego płótno ma nabywców, zaledwie obeschnie.
Zdolny był niesłychanie, ale próżniak i cygan. Żył z illustracyi; pracował tylko wtedy, gdy go trzymano jak na uwięzi, albo gdy nie miał nawet centa na cygaro.
Rano wałęsał się bez celu. Po obiedzie szedł do knajpy; rzadko w domu nocował. Czasami ginął kędyś na całe tygodnie.