Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/182

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Fink poczuł, że z językiem Oryża trudno stawać do konkursu, więc zmienił rozmowę.
— Cóż, Osiecki ci się podoba?
— Ano, żałuję, że nie mam fałszywych asygnat: zaraz-bym to kupił i spalił. A któż „Kult“ nabył?
— Jakiś zakochany hrabia dla narzeczonéj. Ta twoja Domuntówna ma chyba żydowską krew w sobie. Pieniądze do niéj lgną.
— A ty-byś chciał, żeby po twojéj krytyce ludzie przyznali ci słuszność? To jest dobra robota, a Domuntówna nie Adamski.
— Ba, ty to wiesz! — uśmiechnął się zjadliwie Fink. — No, przecie masz wstęp do mnie, jak zechcesz roboty.
— O, tego się nie doczekasz, żebym ja roboty zapragnął! Zresztą mam teraz poważne zamówienie. Lada dzień wyjeżdżam na Morawy.
— Po co?
— Rotmistrz Faustanger powierzył mi odnowienie fresków w swoim zamku.
— To brat jego klapnął? Fiu! To i Osiecki lada dzień klapnie u baronowéj.
— I owszem. Może przestanie pacykować takie ohydy — burknął Oryż, wskazując „Salamandrę.“
Odwrócił się i, nie żegnając Finka, odszedł.
Pól dnia krążył około mieszkania Magdy, zanim się ośmielił wejść do szkoły Osieckiéj. Dwa tuziny dzieci pisało, a majorowa, dyktując, chodziła wśród