Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/181

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


obok „Salamandry.“ Oryż szukał błędów, o których mówiła krytyka, ale ich nie znalazł. Ucieszyło go to i ucieszyła kartka z napisem „sprzedany,“ zatknięta za ramę. Natomiast „Salamandra“ była twarda i chybiona, płaska i zimna.
Oryż stał i patrzał, gdy go ktoś trącił w ramię. Był to Fink.
— To ty! Gdzieś ginął?
— Byłem u rodziny.
— Co? Ty masz rodzinę?
— Cóż to? Myślałeś dotychczas, żem aerolit!
— Szukałem cię, jak szpilki, w Krakowie. Potrzebny mi byłeś do gwiazdkowych wydawnictw. Miałbyś moc pieniędzy.
— Udław się sam niemi! Niema głupich! Znam ja twoją moc pieniędzy.
— Jednakże, jeśli zechcesz, dam ci robotę.
— Bryndza! Na rynku rysować nie będę, a z budy mnie gospodarz wysypał.
— No, to mniejsza! Masz przecie pracownię Domuntówny — uśmiechnął się złośliwie.
— Może mi jeszcze ofiarujesz pracownię w katedrze na Wawelu?
— No, nie. Trochę bliżéj jesteś z Domuntówną, niż z Jagiellonami.
— Tak, jak ty o wiele bliżéj jesteś z Shylockiem, niż z Salomonem!