Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/180

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Z Kapitolu jeden krok do Tarpejskiéj Skały — zamruczał. — Nic ciernistszego nad laury! No, teraz ciekawym, co ona zrobi?...
Od tego dnia gorączkowo wyrywał się do powrotu. Czasami klął samego siebie i swoją nędzę. Potém przychodziła reakcya.
— Tylem tam potrzebny, co tu! Pomódz nie mogę, pocieszać nie będę, a do niéj sięgać nie chcę. Po co właściwie tam się wlokę? Piwo tam takie, jak i tutaj, a przynajmniéj u Adolfa komisarz mi nie grozi. Jak żyję, nigdym tak długo nie był spokojny.
Jednakże liczył skrzętnie centy, i ledwie uzbierał na bilet trzeciéj klasy — pojechał.
Ucieszył go widok starych, znajomych murów.
Pod wieczór stanął na miejscu i, gwiżdżąc wesoło, poszedł pieszo z dworca. Mróz był tęgi, ale jemu było ciepło i wesoło. Floryańską bramę minął i, przechodząc przed domem Magdy, spojrzał w górę. Okna były oświetlone. Sekundę chwyciła go wielka chęć wstąpić, zobaczyć ją; ale myśl tę odegnał, jak sromotną pokusę, i ruszył dalëj w stronę Rynku. Obejrzał kościół Maryacki, Sukiennice, spojrzał w okna baronowéj. Słabo się świeciło w jéj buduarze. Pomyślał, że pewnie Filip tam jest, i nie wiedząc, gdzie się podziać, co robić — opanowany nagle uczuciem opuszczenia i pustki, poszedł już wolniéj — ku knajpie.
Nazajutrz rano jeden z pierwszych był na wystawie przed nowym obrazem Magdy. Ustawiono go