Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/135

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Byle długo i daleko — rzekł uśmiechniony. — A portret zabiorę jutro do siebie. Nie chcę, by był dla ludzi widowiskiem!
— Jeśli panna Domuntówna na to pozwoli. W umowie miała prawo miesiąc go trzymać na wystawie.
— O, to najmniejsza. Dla mnie ustąpi!
— Nie wątpię. Nie ma panu nic do odmówienia i dowodziła mi onegdaj, że ja w pana duszy przejdę, a ona zostanie.
— Trudno zostać gdzieś, gdzie się nie było. Ale mam dla niéj wielkie uznanie i braterską przyjaźń. To jest dziewczyna rzadkiéj prawości i rozumie honor.
Baronowa się zasępiła, zesmutniała.
— Pan ją przekłada nade mnie. Nie znam jéj cnót, ale wyraża się o panu lekceważąco i pewnie pana zwierzenia powtarza temu brudnemu swemu przyjacielowi. Z łaski pana nasz stosunek będzie wkrótce tematem dla całej cyganeryi artystycznéj.
Filip miał za dogmat teraz jéj słowo. Uraziło go, że Magda lekceważąco się wyraża: zmalała nagle w jego oczach. I to przypomnienie Oryża dopełniło miary niechęci.
— Odtąd nie posłyszy ode mnie ani słowa! Mój kult będę trzymał w tajemnicy.
Zwycięztwo było tak łatwe, że nie wywołało nawet radości baronowéj. Zresztą uważała to za rzecz naturalną i zwykłą.