Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/111

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


żyję życiem obecném, karmię się tém, czém inni, a jestem zdrów, i opieki twojéj nie potrzebuję.
— O, i owszem. Tylkoś jéj już potrzebował, i to bardzo. Zresztą masz racyę: organizm twój mógłby być patentowany; to téż popełniłeś społeczny kryminał, żeś się nie ożenił. Zawszeni cię do tego namawiał.
— Co się odwlecze, to nie uciecze! — zaśmiał się Fink. — Przyznał się nam, że się stara o baronową Faustanger.
Malicki zastanawił się chwilę.
— Baronowa... ano, nic-bym nie miał przeciw. Zdrowa jest i zdrowia pilnuje. Cenię ją za to; ale, niestety, zanadto o siebie się lęka i za lat kilka grozi jéj otłuszczenie serca. To-bo bieda: jeden czuje zawiele, drugi zamało, nigdzie równowagi. A czy ona się z mężem rozwiodła?
— Po co? Brat jego ma fideikomis na Morawach i suchoty. A nuż klapnie, wtedy będzie interes do męża wrócić! — zaśmiał się Fink.
— Baronowa zbyt jest zamożna, żeby potrzebowała wracać do tyrana dla funduszu — ozwał się Filip.
— A pan zkąd spada? Z księżyca? — odparł Fink. — Pieniędzy nigdy zawiele. A Faustanger nie był nigdy tyranem. Kochali się nawet bardzo, ale się rozeszli, bo on miał kawalerskie długi a radczyni nie chciała ich płacić. Rzecz do naprawy i poprawy.