Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/100

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.



III.

W kilka dni potem wpadł Filip do pracowni Magdy, wesół, ożywiony, swobodny.
Majorowa, obrażona na niego za długą nieobecność, mimowoli uśmiechnąć się musiała na widok jego dawnéj, swawolnéj twarzy.
— Ach, ty niecnoto, gdzie się wałęsasz?
— A zaraz bura! Urządzałem się, i dziś przyjechałem po panie, aby raczyły mnie odwiedziéć we własném mieszkaniu.
— Gdzież to?
— Na Plantach. Ale panie zarazem spróbują moich koni i powozu. Stoi przed bramą.
— Co, kupiłeś konie i powóz? Słyszane rzeczy! A toć dorożek ci brak, czy co? A na piechotę nie łaska?
— Na piechotę będzie czas, gdy zjem spadek. Teraz będę nóg oszczędzał. Proszę się zbierać, bo śniadanie ostygnie.