Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/101

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Awantura! Chłopak oszalał! Cóż, jedziesz, Magdo?
— Ależ i owszem. Czyś zaprosił jeszcze kogo?
— Będzie Malicki, Fink, no, i Sylwester.
— Ano, ostro się reklamujesz widocznie.
— A cóż! Muszę być sławnym! — odparł, patrząc na nią z porozumieniem.
— Więc jedziemy! — zdecydowała majorowa, która w gruncie rzeczy ogromnie była ciekawa i koni, i mieszkania, i śniadania.
— Zaraz, tylko się przebiorę — rzekła Magda, wstając od stalug.
— Ano, to i ja!
Magda chciała portret zasłonić, ale spostrzegła chciwy wzrok Filipa i rzekła, podając mu paletę:
— Możesz tymczasem trochę mi pomódz. Wykończ tę makatę na tle.
On wziął paletę i nic nie odrzekł.
Pozostał sam i oczu z płótna nie zdjął. Czuł wyraźnie, jak ulatywała jego swoboda i wesołość, jak go ogarniał niepokój i drżenie. Wrażenie było tak silne, że stało się prawie bólem. Postąpił o krok i gorejące oczy wpił w obnażone ramiona i usta rozchylone uśmiechem tajemniczym, na pół drwiącym, na pół rozkosznym.
— Śmierć mi daj lub siebie! — zamruczał głucho.
— I siebie i śmierć! — zdawał się mówić tajemniczy uśmiech.