Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/282

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


menduję ci mego patrona. Zresztą znasz go, potrosze już używasz jego własności.
Zwrócił oczy na baronową i obejrzał ją impertynencko od stóp do głowy.
Filip uczynił ruch, jakby go chciał laską uderzyć, ale powstrzymał go niecierpliwy głos towarzyszki:
Allons donc! jeśli masz ochotę rozpoczynać burdy z ulicznikami, to proszę beze mnie.
Spojrzał na nią, przelękły tym tonem, który po raz drugi już słyszał. Wtedy nastąpiło zerwanie; teraz co będzie?
Śpiewak nadszedł, więc wsiedli do gondoli i wypłynęli na środek kanału.
Baronowa była milcząca. Rozłożyła się wygodnie, a Filip, siedząc u jéj stóp, wpatrzony, rozkochany, myślał, że rozdrażnienie jéj wywołali ludzie, że teraz w ciszy marzy o nim i że, gdy się odezwie, powie mu gorące słowo.
Wtem podniosła głowę i rzekła:
— Czy ty myślisz długo mnie jeszcze trzymać w hotelu?
— Jakto? Chcesz wyjechać?
— Nie, ale dłużéj znieść nie mogę tego, co mnie dziś przy obiedzie spotkało.
— Chcesz zmienić hotel?
— Hotel! hotel! Może mi zaproponujesz jakieś albergo na smrodliwym zaułku! Przyznaj się, żeś