Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/312

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Oryż umilkł, a po chwili ze złością dodał:
— Ziemia jest dla żyjących i dla zdrowych. Kto czuje, że umarł, niech ludziom nie cuchnie. Kto jest chory, niech idzie do szpitala. Ale największe głupstwo jest mieć siebie za najnieszczęśliwszego i najbardziéj skrz3ywdzonego. „Wszystko już było“ — mówi Ben Akiba.
Filip słuchał cierpliwie, bez obrazy. Myśl jego błądziła gdzieindziéj. Nagle spytał:
— Pan dobrze zna Faustangera? Co to za człowiek?
— Ano, zdrowe zwierzę!
— Ciekawym, czy on może cierpieć?
— Wątpię! — odparł Oryż, patrząc badawczo na towarzysza. Zaczęło mu w głowie świtać, że taki spokój i obojętność u nerwowego człowieka jest nienormalnym objawem. — Czy pan myśli tu długo pozostać? — zagadnął.
— Może tydzień, póki do sił zupełnie nie wrócę. Potém jadę do znajomych. Mam należności do odebrania, rachunki. Trzeba skończyć!
Twarz jego, zaostrzona przez chorobę, przybrała jeszcze twardszy wyraz. Kąty ust drżały.
— Jestem jeszcze zasłaby na robotę, co mi pozostała. W każdym razie wdzięczny jestem panu, żeś mi pan przed czasem umrzeć nie dał. Otrzyma pan ode mnie nagrodę rychło, i pomimo tego, com od pana słyszał, sądzę, że jéj pan rad będzie.