Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/313

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Jak rzadko człowiek wie, co mu potrzeba i jakim jest sam!
Wstał ciężko z ziemi i, skinąwszy głową, odszedł krokiem opieszałym, człowieka, któremu do niczego już nie pilno. Oryż ścigał go wzrokiem i rozmyślał:
„Nie chciałbym siedzieć w skórze baronowéj. Obyż strzelał z rewolweru, bo to broń do pudłowania jedyna. No, jéj to na sucho nie ujdzie, przeciągnęła strunę. Co on mi da za nagrodę? To już zupełne majaczenie! W każdym razie napiszę o tém wszystkiem do Magdy.“
Na list wysłany tegoż wieczora otrzymał w tydzień potém depeszę: „Pilnuj go pan, nie dopuść do katastrofy. Błagam na wszystko, ufam panu.“
— Masz dyable tabakę! — zamruczał Oryż, odczytawszy.
Zdało mu się, że w depeszy brzmi rozpacz i trwoga serdeczna. Zabolało go to nieznośnie.
„Pilnuj! Niech go sama pilnuje! — mruknął, mnąc papier ze złością. — Jam ze siebie dosyć zrobił, aż nadto. Może mam go teraz do niéj doprowadzić, a w nagrodę każą mi piec na rożnie tłustego cielca, na ucztę dla niego!“
Jeszcze tak burczał, a już schodził po brudnych schodach swego albergo na dół, do gondoli i kazał się wieźć do pałacu Filipa.
Długo dzwonił, zanim się odźwierny ukazał.
— Pan w domu?