Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/334

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Już mi się we łbie mąci z tego wszystkiego!
— Właśnie to mnie dziwi. Alterujesz się, jakbyś nigdy w życiu trupa nie widział i nie słyszał o samobójcach. To się zdarza codzień, że jakiś desperat łeb sobie dziurawi!
— Ale w to mogę żonę wmieszać!
— Niezawodnie! Policya jest bardzo ciekawa!
— Ja-bym tego chciał uniknąć. Ty mnie możesz poratować. Trupa złożymy do tego wózka, wywieziemy na gościniec pod Buczacz, położymy...
— Oszalałeś z trwogi! Bajesz, jak w malignie — oburzył się Oryż. — Zresztą, jak sobie chcesz, ta twoja trwoga jest zupełnie dziwna!
Faustanger nic nie odpowiedział, bo stali u bramy parkowéj. Była otwarta, wpadli w szpaler, ale, zamiast ku pałacowi, zwrócili się do odległego kąta.
Oryż nic nie rzekł, ale głową pokręcił.
W téj odległości z pałacu nie można było dosłyszéć strzału.
Wreszcie Faustanger stanął. Cztery drogi tu się schodziły, w środku stał buk stary. Cień był pod nim, na drogach srebrno od księżyca. Zaledwie się zatrzymali, z cienia wyszedł hajduk, Stefan, i wziął konie za uzdy.
Rotmistrz skinął na Oryża i poprowadził go pod drzewo. Tam téż, koło ławki opasującéj drzewo, leżał, na płaszczu, człowiek nieruchomy, ułożony na