Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/335

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wznak. Oryż go obejrzał, dotknął, poszukał rany na głowie.
— W piersi palnął! — szepnął Faustanger.
Malarz schylił się do piersi. Rzecz dziwna: strzał był nie w serce, lecz wyżéj; krew się sączyła ciepła.
— Toć on jeszcze żyje! — zawołał.
— Żyje? Nie może być!
Rotmistrz przypadł nad leżącym; gdy podniósł twarz, obłęd miał w oczach.
— Boże miłosierny! Co robić? — jęknął.
Oryż wziął chustkę i ranę przycisnął.
— A gdzież rewolwer? — spytał.
— Re-wol-wer! — powtórzył błędnie Faustanger.
Malarz się oburzył.
— Czyś pijany, czy idyota? Słyszysz, dawaj wody, płótna, bandaży... Co u dyaska! Zamordowaliście go chyba sami!
Faustanger skoczył.
— Niech go piekło pochłonie. Jam go tak zastał. Jeśli żyje, to lada chwila skończy! Stefan, uwiąż konie i pędź do pałacu po opatrunek. Saméj pani powiedz! Ale, czekaj, nie znalazłeś rewolweru tu, przy nim?
— Nie szukałem — odparł hajduk, już biegnąc.
Pozostali milczeli. W parku panowała głucha cisza; żaden liść nie szemrał, żaden ptak się nie od-