Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/173

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


i to zniósł proboszcz. Oryż był tak zdumiony nagłą zmianą, że postanowił spróbować ostatniej sztuki, a potém uciec ztąd i nie wrócić nigdy.
Wieczorem, gdy ksiądz brewiarz odmawiał, przyszedł do sypialni, położył się na łóżku i począł gwizdać operetkowe kuplety.
Ksiądz bez gniewu wyszedł z pokoju i w jadalni modlitwy dokończył. Ledwie książkę odłożył, Oryż rzekł:
— Wie stryj co? Ja-bym chciał mieć sto reńskich.
— Czemu nie? To okrągła sumka!
— To niech mi je stryj da! Domuntówna stryjowi sfuszeruje jedną kaplicę, a ja do drugiej naprzeciw zrobię „Pokusy Ś-go Antoniego.“ Chce stryj szkic zobaczyć?
— Wierzę ci na słowo, że jest ściśle kościelny. Toć przecie twój rodzaj, malarstwo religijne, ale w jednym roku nie będę dwóch kaplic odnawiał. Na cóż ci tyle pieniędzy?
— Chcę się żenić.
— Dam ci tysiąc reńskich, jeśli się ożenisz z Domuntówną.
— Phi! — gwizdnął Oryż. — A to stryjowi zadała! Wymaluję ją stryjowi między pokusami Ś-go Antoniego. Ale dla siebie tom wybrał wdowę w Tarnopolu, która ma trafikę.
— Na to ci nie dam i stu centów, bo to pewnie łgarstwo. Żebyś dwa lata widywał codzień