Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/133

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— A dziś te kwiaty były aktem skruchy?
— Sam nie wiem, nie myślałem nic. Zanadto kocham — wyrzekł zdławionym głosem.
— To już wiem i wiedziałam, że pan wróci, bo pragnęłam tego, a gdy ja czego pragnę, to się stanie.
— Pani wie, że, to mówiąc, równa mnie pani z bogami? Ja nie śmiem pomyśléć nawet o wzajemności. Byłbym zanadto szczęśliwym.
— Zajmuje mnie pan. Może to miłość! — dodała, jakby rozmarzona, odchylając się w powozie.
Zajrzał jéj w oczy i ramieniem wpół ją otoczył. Nie obraziła się, ale nagle jakby ostygła i smutno patrzyła w dal.
— Ludzie mi nawet cześć zabrali, a ci, co szaleli za mną, odarli mnie z wszelkiej iluzyi. Ja dotąd nie zaznałam miłości! — rzekła zamyślona poważnie. — Znam życia wszystkie gorycze i ohydy. Nie dano mi nigdy śnić, marzyć i radować się! Pan zdał mi się innym: prostym, prawym i marzycielem. Chciałabym z panem myśleć i śnić. Dobrze?
— Jam pani rzecz i własność. Co pani ze mnie uczynić zechce, tém będę!
— Będziesz pan wszystkiem, gdy zgodzisz się być niczem.
Żachnął się mimowoli, ale go powstrzymała, kładąc rękę na jego dłoni.
— Nie żądaj pan nic, daj mi być swobodną z sobą... odżyć przy kimś, który mnie nie pożąda,