Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/137

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


zgadzam, a jutro będzie fakt dokonany. Ja pana od dzisiaj pasuję na swego opiekuna.
I to mówiąc, przelotnie uścisnęła jego dłoń i wyskoczyła z powozu, a on czuł się bardzo szczęśliwym i dumnym.
Zaraz nazajutrz poszedł do Magdy. Zastał ją, jak zwykle, przy pracy i, jak zwykle, swobodną i wesołą.
— Cóż to, że niéma Oryża? — rzekł trochę drwiąco.
— A no, widocznie trzymał go tu tylko portret baronowéj, bo gdy go wynieśli, Oryż przepadł; nawet się już tu u nas nie stołuje.
— To mnie cieszy, bo przykro słuchać, co na was gadają.
— Żebyś wiedział, co na ciebie gadają i na twoją baronową!
— Ludzie lubują się oszczerstwem i kłamstwem.
— Otóż właśnie. Więc jeśli bliższe rzeczy tak traktujesz rozsądnie, zastosuj to zdanie i do mnie. Cóż słychać nowego? Postępuje „Salamandra“?
— Miałbym téż na co czas marnować!
Magda umilkła, a on dodał lekceważąco:
— Nie potrzebuję pracować, jak wyrobnik. Jest i beze mnie dość smarowników i hyperprodukcya malowideł. Ale mam prośbę do ciebie. Czy mi pozwolisz zabrać z wystawy portret, zaraz, dzisiaj?