Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/136

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Ciężka walka i podbój możeby ją jeszcze trochę zajęły i podnieciły, ale to...
Rozsądek przecie przyszedł w sukurs Filipowi. Pomyślała, że na tę nudę i pustkę krakowską na jednę zimę warto go zatrzymać. Nudny jest, niewolnik, ale wygodny. Będzie miała posłańca, towarzystwo w chwili spleenu, a zresztą był znanym artystą, co dodawało mu wagi i dogadzało jéj próżności.
Na bezrybiu i rak ryba! — pomyślała z rezygnacyą, czując ze wzruszeniem, że się poświęca.
Na skąpstwo matki znalazła sobie przytém pomoc nielada. Obejdzie się teraz bez niéj i jakoś doczeka wiosny-wybawicielki.
Więc spojrzała czule na Filipa i, zwracając się do stangreta, zawołała:
— Szkoda koui. Jedź wolno, bo mi się wcale nie śpieszy!
Jechali tedy prawie stępa. Zmrok zapadał. Pogoda się zmieniła, deszczyk drobny zaczął mżyć, wtulili się w głąb powozu i umilkli.
Zupełnie było ciemno, gdy wrócili do miasta.
Filip myślał, że go zaprosi do siebie, ale ona rzekła:
— Teraz polecam panu ulokowanie mego nowego nabytku. Jest stajnia w naszej kamienicy, ale mi jéj matka nie wynajmie. Prędko, zanim się obejrzy, zrób pan interes z rządcą i weź kontrakt na swoje imię. To będzie nielada figel. Ja tymczasem ją