Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/201

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Filip był pewien, że jutro będzie o tém wiedziało pół Krakowa.
I nie mylił się. W dwa dni potém gazeta Finka podała „z notatek karnawału“.
„Dochodzą nas wieści, że w sferze artystycznéj kojarzy się małżeństwo utalentowanego malarza p. Filipa Osieckiego z naszą sympatyczną artystką, panną Magdaleną Domuntówną.“
W redakcyi dnia tego tylko o tém była mowa.
Panowie komentowali nowinę wśród konceptów i zjadliwych dwuznaczników. Niekiedy z pod oka spoglądali ku oknu, gdzie przy stole Oryż rysował, ani słowem nie mieszając się do rozmowy.
Od dwóch dni pracował pilnie, przychodził ze słońcem, odchodził o północy, do nikogo się nie odzywał, nie palił, nie schodził na obiad. Musiała go biéda tęgo przycisnąć, gdy wziął się do znienawidzonéj roboty; ale téż praca ta była spełniana z najgorszym humorem. Nikt nie miał odwagi zaczepić go; nawet wszechwładny Fink chodził na palcach i ledwie po jego odejściu oglądał gotowe rysunki.
— Jakie to bydlę ma zacięcie! — cmokał, zacierając ręce. — Jakie szczęście, że to jeszcze nie rozumie swéj wartości; a toby go zaraz porwała zagranica!
I strzegł się go pochwalić nawet zaocznie, żeby uwagi ogółu nań nie zwrócić.