Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/63

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Idź, proszę, i przynieś mi fotografie z podróży. Radabym je przejrzéć.
— Dobrodziejko! — zawołał Filip uszczęśliwiony. — Nieoszacowany z ciebie kolega i przyjaciel. Przyniosę fotografie... byle za godzinę.
— Idźże więc zaraz po nie.
Chłopak wyleciał jak z procy. Baronowa powoli naciągała rękawiczki i rzekła z namysłem:
— Znowu nie rozumiem pani. Dlaczego pani mu dopomaga, kiedy, czuję to, że pani mi ani ufa, ani wierzy, ani mnie lubi. I jestem pewna, że pani go kocha.
Magda ani mrugnęła.
— Czynię tak, bo on mi zaufał, i znam go lepiéj, niż pani nawet. Jeśli zaś go kocham, to nie dla siebie. W życiu jego pani przeminie i jeszcze innych mnóstwo; ale podobnéj mnie drugiéj nie ma i miéć nie będzie, i ja zawsze pozostanę.
— Czcza pycha i pewność siebie. Mam ochotę dowieść, że może się pani omylić.
— Szkoda fatygi. Nie dokaże pani tego. On pani będzie mówił o sobie; a mnie o sobie i o pani. Do pani należy jego radość i szczęście; do mnie cierpienie i niedola. Pozostańmy każda przy swojém! Mnie jest zupełnie dobrze.
— Więc mamy w pani sprzymierzeńca?
— O, nie. On tylko ma we mnie druha.
— A ja?