Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/345

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


słyszał szmer na podwórzu, niecierpliwość odbiła mu się w rysach.
Po chwili przeze drzwi zajrzał Oryż, robiąc znak Magdzie, by wyszła.
Zatrzymał ją Filip.
— Zostań! To baronowa przyjechała: niech wejdzie. Chcę, byś tu była!
Spostrzegł, że odmówić chciała: więc za rękę ją ujął i dodał głębokim, smutnym tonem:
— Umierającym nic się nie odmawia, a to, co mam do powiedzenia, możesz słyszeć bez ujmy godności. Zostań! to moja ostatnia prośba.
Skinęła głową i otworzyła drzwi, milczącym ruchem dając znać baronowéj, by weszła.
Piękna pani pierwszy raz w życiu była trwożna i niepewna, co robić.
Była na łasce i niełasce człowieka, którego zdradziła i oszukiwała, i kobiety, którą obraziła i skrzywdziła.
Była czarno ubrana, blada i drżąca. Podniosła oczy: spotkała zimny wzrok Magdy; spojrzała na Filipa: patrzył na nią przejmująco ostro, badawczo. Milczenie ciężkie trwało minut parę, które jéj się wydały godzinami; wreszcie chory rzekł:
— Nie spodziewałaś się pani widzieć mnie jeszcze i nie myślałaś lękać się mnie, jak upiora.
...Magdo, zamknij drzwi, moją spowiedź ty tylko przyjmiesz, a ona niech słucha.