Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/252

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


rwało przymus. Oryż, jakby nie wiedział o obecności Magdy, nie zagadał do niéj, ani spojrzał. Ona zaś, patrząc nań, rozmyślała, jakby zagaić polecenie Malickiego.
Wreszcie ozwała się:
— Ależ pan kaszle! To nowy nabytek?
— A cóż to — nie stać mnie na coś nowego? Mogę sobie na ten zbytek pozwolić. Niedrogo kosztuje — bąknął.
— Tymczasem, dopóki pana nie wygna do Włoch.
— Do Włoch, mnie? Bez tego się obejdę! Wolno mi umrzéć, gdzie mi się podoba i kiedy.
— Każdemu tchórzowi dezercya wydaje się rzeczą zupełnie słuszną.
— Dezerterem nie jestem, bo nigdzie nie służę!
Wskazał Berwińskiéj jeden rysunek i przytém o jeden cal więcéj do Magdy plecami się zwrócił. Ale ona nie zrażona ciągnęła daléj:
— Skończył pan już album krakowski?
— Nie! — mruknął.
— Dlaczego?
— Bo mi się nie chce! — odparł już złym tonem. — Co to panią może obchodzić!
— Widocznie obchodzi. Zresztą bardzom rada, że pana spotkałam. Mam do pana pewne polecenie.
— Od kogo? — spytał, głowę raz pierwszy podnosząc.