Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/253

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Od siebie saméj. Dlatego proszę mnie do domu odprowadzić. Powiem po drodze.
— Wcale nie mam ochoty pani towarzyszyć, bo mi to nie po drodze.
— No, to mi wszystko jedno. Nałoży pan drogi w takim razie — i tyle! Późno już, muszę wracać. Chodźmy!
Zaczęła żegnać Berwińską i ubierać się.
Oryż chwilę się wahał, zupełnie wytrącony z równowagi stanowczym tonem, potém wstał niechętnie, opieszale i mruknął, ruszając ramionami:
— Tak mi miło włóczyć się licho wié gdzie po nocy, jak psu tańczyć.
Jednakże naciągnął palto i wyszedł za nią.
W sieni burkliwie spytał:
— No, cóżto za polecenie?
— O, nawet dwa i nawet nie polecenie, ale wymaganie.
— Może rozkaz? — zaśmiał się ironicznie.
— Właśnie! — tylko mi pan przedewszystkiém zaręczy, że spełni i przyzna prawo wymagania.
— Bagatela. Tylko tyle!
— Spełni pan? Prawda? — nalegała.
— A cóż to? Ja pani pudel?
— Nie, ale mi pan powinien dogodzić. Przecie pan wié, że pana znam, więc nie zażądam czegoś przykrego. Przez dwa lata nie naraziłam pana nigdy na alternatywę odmowy.