Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/294

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Naturalnie, teraz nie dają znaku życia: ja się im przypomnę!
— I zostaniesz! — rzuciła z doskonale udanym niepokojem i zazdrością.
— Ja? — roześmiał się, obejmując ją gorejącemi oczyma. — Jeśli prawdą jest, że duch po śmierci jeszcze błądzi po ziemi, to i po śmierci jeszcze ja ciebie nie opuszczę, cieniem twym będę.
Wzdrygnęła się nieznacznie. Nie wątpiła, że zabrała mu wszystko i przykuła go do siebie; że zdradę jéj on życiem przypłaci: i to widmo, o którém mówił, mignęło w jéj oczach, nie wyrzutem, ale strachem. Była to zapowiedź, że nie pozbędzie się go łatwo i że niewolnik może się stać szaleńcem. Ale po chwili uspokoiła się. Obroni ją wtedy Faustanger!...
Więc odpowiedziała spokojnie, prawie żartobliwie:
— No, prawda! Pojechać musisz. Będę cierpliwa i wyrozumiała. Jeśli mi się tu znudzi bez ciebie, wyjadę na spotkanie do Wenecyi. Tylko nie siedź tam długo. Przywykłam tak do ciebie, że gotowam tęsknić.
Potem nieznacznie nagliła go do wyjazdu.
— Jeśli co przykrego ma się stać, raczéj rychło. Oczekiwać przyjemności — ciężko, témbardziéj — przykrości. Jedź i wracaj prędko.
Towarzyszyła mu na dworzec i zachowała po