Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/151

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Majorowéj widocznie przybywało otuchy i mocy. Więcéj dla formy, niż dla zasady, rzekła:
— Jednakże po co się narażać? Ja miałam przeczucie, że ta baronowa nieszczęście ci przyniesie.
— Byle nieszczęścia nie przyniosła Filipowi! Moje nie straszne, ale on, biedak, może tam i duszę i talent zatracić.
— I fundusz — oburzyła się Osiecka. — Czemu to ludzie nie widzą, że ona jakby była na jego utrzymaniu? Szalony człowiek! wszystko tam przejdzie. Ja muszę go ostrzedz.
— Uchowaj Boże! To jakbyś ostrzegała lunatyka, gdy chodzi po spadzistości dachu. Ani słowa, owszem, najserdeczniejsze obejście. W razie niedoli, niech śmiało do nas się zwróci, a gdyby się teraz obraził, straciłybyśmy go na wieki.
— I to racya, ale nie sposób z zimną krwią patrzeć, gdy kto na oślep idzie w przepaść.
— Musimy patrzéć i milczéć. Już on jest trochę zrażony, zapewne go ona przeciw nam buntuje. Uważaj go za chorego, któremu wszystko wolno. Byle nie przestał malować, może go uratuje sztuka. Byle się zapalił do swojego dzieła, będzie bezpieczny!
Zamyśliła się daleko więcéj, niż nad poprzednim tematem, i po chwili napół do siebie szepnęła:
— O! sztuka! Kto ją ukocha, ten wybraniec boży. Ma swój świat w sobie, i jasnowidzenia nieziemskie, i szczęście, którego mu nikt nie odbierze i które