Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/260

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Nareszcie rozległ się pierwszy dzwonek. Fala ludzi zalała perron; Oryż stanął przed wagonami pierwszéj klasy, na czatach.
Filip i baronowa przeszli obok niego, zajęli osobny przedział; on wciąż czatował.
Po drugim dzwonku Filip wysiadł i stanął u okna, które piękna pani otworzyła i wychylona rozmawiała wesoło.
— A zatem pojutrze będę miał depeszę z Wenecyi. Nie zapomnij, bo będę niespokojny, jak drogę odbyłaś! — rzekł Osiecki po francuzku.
— Jedź razem, to będzie weseléj i swobodniéj! — rzuciła mu kusząco.
— Nie mów, bo dość i bez tego ciężki mi będzie ten tydzień.
— Ale ani dnia dłużéj, pamiętaj. Będę się nudziła nieznośnie.
— Może dzień wcześniéj chyba! — odparł z gorącem spojrzeniem. — Oh, ten tydzień, to wiek.
Gwizd sygnału, pociąg już drgnął. Oryż musiał pędzić do swego wagonu, ale dosłyszał jeszcze pożegnanie baronowéj.
— Do widzenia, mon chéri! Czekam z niecierpliwością i... kocham!
Pociąg ruszył; gdy mijał Osieckiego, Oryż wychylił się przez okno i krzyknął:
— Pomyślności... kłamco i złodzieju!