Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/261

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Filip, zapatrzony w okna dalsze, uśmiechniony, drgnął, spojrzał i poczerwieniał. Zdało się Oryżowi, że mu laską wygrażał — i zniknęło mu wszystko z oczu: Kraków, ludzie znajomi, życie dawne. Jechał do nowego i czuł, że może dożyje chwili, gdy będzie mógł Magdzie usłużyć...