Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/125

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— At, trochę w świat ruszę. Tkwiłem tu zadługo. Obrzydliście mi ze szczętem!
— Szkoda mi pana będzie. Prawda, zadługo pan bawił, żeby odejść bez żalu. Dobrze mi było z takim kolegą!
Oryż ani słowa nie odparł. Chwilę siedział nieruchomy, potém żywo wstał i ku drzwiom się skierował.
— Już pan idzie? No, to do widzenia! — rzekła Magda, wstając także.
— Niech będzie... do widzenia! — lekceważąco odparł Oryż. — Ale ja tam wcale po tém nie tęsknię, ani pragnę!
Wyszli do salonu i — zdziwili się. Majorowa miała gości: dwie panie, zajmujące się dobroczynnością, i księdza Walerego. Toczyli ożywioną dysputę o przytułku noclegowym dla starców.
Magda przywitała się; Oryż bez żadnej ceremonii poszedł do przedpokoju, a nakładając palto, gwizdał. Damy dość dziwnie patrzyły na Magdę, która, wyszedłszy z ciemności na blask, mrugała oczyma i miała minę, jakby zmieszaną. Nie przyszło jéj przecie na myśl, aby ztąd wynikły dla jéj czci i honoru uwłaczające plotki i podejrzenia.