Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/288

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Filip wynurzał się z pod arkady. Baronowa rzuciła tylko: „Jutro w południe!“ i odeszła.
Wzięła kwiaty, ale ręce jéj drżały i z jego spojrzenia poznała, że widział jéj rozmowę z mężem, więc uprzedzając pytanie, rzekła:
— Mój ex-mąż raczył mnie poznać. Powiedziałam mu, że doskonale bez znajomości się obejdę.
Filip podziękował jéj wzrokiem i odeszli, przytuleni do siebie, jak para szczęśliwych.
Jednakże, pomimo całego panowania nad sobą, baronowa była roztargniona przez dzień cały. Filip ani przypuszczał, że układała program na dzień jutrzejszy bez niego.
Wreszcie wieczorem rzekła:
— Mój drogi, musisz jutro zrobić ofiarę z siebie. Wrócisz do Palazzo Ducale i zdejmiesz mi szkic z owego Tryumfu Wenecyi Weroneza — ale drobny, ot na ćwiartce papieru listowego. Napiszę na niéj list do Lidyi — wiész, ta moja koleżanka w Paryżu. Obiecałam jéj oryginalną pamiątkę z Wenecyi.
— Od wielu miesięcy nie trzymałem już ołówka w ręce. Zrobię coś niemożliwego! — zaprotestował.
— Ach, co mi do tego, bylem obietnicy dotrzymała! Pójdziesz tam rano i zaczekasz na mnie. Przyjdę po ciebie i pojedziemy na Lido.
Filip uśmiechnął się na tę dziecinną zachciankę, ale nawet nie próbował odmówić. Zresztą była ser-