Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/217

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


i łamie, a przecie ludzie z tego wychodzą. Może ona do ciebie wróci!...
— Nie mów mi o niéj, bo plwać będę! Dzięki Bogu, umarła dla mnie zupełnie.
— Zaczekasz z pogrzebem, żeby nie pochować w letargu — zaśmiała się, ale był to śmiech sztuczny i bolał ją. Dłoń jéj spoczywała na jego głowie, a on do kolan jéj się tulił, jak dziecko wylękłe i nieszczęśliwe.
Bezwiednie włos jego złoty przygładziła z pieszczotą i spojrzała na tę głowę, którą całe życie uważała za swoją. Była w jéj uczuciu tkliwość matki i siostry; żadnéj żądzy, tylko żądza ofiary.
A Filip w téj chwili doznał wielkiego ukojenia i otuchy. Przyszedł i mówił pod wrażeniem bólu, z chęcią zemsty; teraz dopiero sam odczuł, że krok ten był dobrym, i że od niéj jednéj przyjdzie mu ratunek.
Opadła go chęć, by zaraz otrzymać słowo, i tę dłoń tak silną i dobrą, by wyjść ztąd z pewnością nowego życia i obowiązku.
— Powiedz dziś, zaraz! — jął prosić. — Niech ztąd odejdę już twoim.
— Nie, to niepodobna. Muszę się z siłami obrachować, rozmyśleć, może wiele rzeczy pożegnać! Idź w spokoju; myślę, że ty sam nawet nie potrafisz tak dbać o siebie, jak ja dbam o ciebie. Zaufaj mi!