Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/148

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Odetchnęła z ulgą, gdy zadzwoniono w przedpokoju. Była to Magda, wielce zafrasowana.
— Wiesz, wynieśli się od kilku dni już na Stradom. Co to znaczy? I stary nic mi o tém nie wspomniał. Ich trapi jakaś troska, czy niedostatek. A przecie ona zarabia dobrze!
— Cóż z tego — odparła majorowa — kiedy ich pożerają długi tego infamisa brata! Toć wiadoma rzecz, że stracił majątek, pozarywał, gdzie mógł, nafałszował weksli i uciekł do Ameryki. Myślałam, że wiesz o tém, więc ci nie mówiłam dotychczas.
— To okropne! Biedni ludzie! I nic mi nigdy Berwińska nie wspomniała.
— A no, pewnie nie wątpiła, że wiész, bo to była głośna sprawa. Sfałszował weksle radcy i uciekł przed kryminałem. Spytaj Sylwestra, to ci opowie.
— Nie chodzi mi o opowieść, ale żal mam do Berwińskiéj za tajemnicę i myślę, jakby jéj dopomódz. Jutro muszę ich odszukać. Ale, spotkałam baronową z Sylwestrem, wracających razem z teatru pod rękę, a Filip dreptał z drugiéj strony w rynsztoku.
— Jakto, wracałaś piechotą?
— A tak, bom nie znalazła dorożki.
— I widzieli cię?
— Naturalnie, nawet rozmawialiśmy sekundę.