Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/339

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Wtedy Oryż, który całą drogę rozmyślał, co i jak urządzić, zdjął opatrunek i płótno spalił, a chustkami swojemi je zastąpił. Potem poszedł do proboszcza i zbudził go bez ceremonii.
— Stryju, mamy umierającego w domu. Proszę żywo wstawać i słuchać! Było tak: poszedłem sobie za miasto na spacer. Podobało mi się, więc się odbiłem daleko. Słyszę, po nad gościńcem coś jęczy. Znalazłem rannego człowieka, w kałuży krwi. Jak umiałem, opatrzyłem, a że właśnie trafiła się fura, włożyłem go z chłopem w słomę i tu przywiozłem.
— Awantura! Budź zakrystyana: niech dają znać na policyę. Gdzież ten umierający?
— Wnieśliśmy do mojéj stancyi. Niech go stryj popilnuje. Ja skoczę po lekarza. Tego człowieka ja znam!
Po chwili opowiadał lekarzowi tę samą bajeczkę, prowadząc go do chorego.
Doktor znalazł ranę nie śmiertelną, ale stan groźny wskutek wielkiéj utraty krwi i osłabienia. Oryż, jak najęty, pobiegł do policyi, do apteki, wszędzie kolportując swoją opowieść. Opowiadał każdemu, kogo spotkał, ze stereotypową wiernością, umyślnie, aby zapobiedz innym wersyom. Gdy dzwoniono na mszę świętą, całe miasteczko wiedziało o wypadku.
Urzędnik spisał protokół, chciał puścić na trop żandarmów, ale go Oryż powstrzymał.
— Za parę dni, gdy się poprawi, sam powie,