Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/344

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


służył jéj teraz za sypialnię, a Filip, zupełnie przytomny, spojrzał bystro na Oryża.
— Słyszałem wszystko. Jutro pójdziesz pan tam i rzucisz popłoch im. Na co to Magdzie potrzebne? Ja nie chcę rehabilitacyi. Idź pan przecie i powiedz baronowéj ode mnie, że żyć nie będę, ale chcę ją widzieć raz jeszcze!
— Po tém wszystkiem? — mimowoli rzekł Oryż.
— Po czém? Albo pan wiesz, albo zrozumiesz? Na punkcie, zkąd ja patrzę, nikt z was nie był!
Zamknął oczy i nie odezwał się więcéj.
Gdy Oryż powtórzył Magdzie polecenie, widać było, że się pasowała z sobą: odejść czy pozostać. Przemogła się jednak, i poszła do chorego. Teraz patrzała znowu inaczéj na niego: jak na obłąkanego, manijaka. Ogarnęło ją bezdenne zniechęcenie. Po co ona tu, po co ta komedya! Wszystko między nimi umarło... Sam widok jéj był mu przykrym.
Godziny mijały; nie odzywali się do siebie. On leżał z zamkniętemi oczyma; ona przechodziła myślą dzieje swéj miłości.
Czystości wody i płomienia nikt nie oceni w życiu: nie nasyci to ludzkich żądz; dlatego je bogom poświęcono. W tém jéj błąd był, jéj zawód. Dla ludzi wina trzeba, i żaru, i krwi.
Ocknął się nagle Filip i oczy we drzwi wlepił. Mała lampka oświetlała pokój. Wieczór był. Chory