Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/242

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— To niewielka pochwały! — zaśmiała się z dwuznacznika.
— Czy nie wyjdziesz dzisiaj na spacer? — spytał.
— Nie, roboty mnóstwo, i tak mi dobrze idzie!
Zaśmiał się szyderczo.
— Wiész co, że gdybym wiedział, iż taką dostanę towarzyszkę, tobym wolał trapistą zostać. Jeśli nie malujesz, to czytasz. Szkoda jednak, że nie raczysz znałéźć chwili dla mnie. Ostatecznie taki dom może przyprawić o melancholię.
— Znałeś mnie dobrze i wiedziałeś, co bierzesz.
— Ty również! Wiedząc, że nie będziesz ani żoną, ani towarzyszką, lepiéjbyś zrobiła nie korzystając z mojego szału i nie oszukując!
Odrzuciła hardo głowę, wyprowadzona z cierpliwości.
— Nigdym nikogo nie oszukała. Powiedziałam ci otwarcie i szczerze, jaką jestem i co dać mogę. Nie spodziewaj się ode mnie szału i zaślepienia, ani ofiary z tego, co kocham nad wszystko — sztuki. Uraziłeś mnie dzisiaj ciężko, to dosyć, że ci daruję; ale ustępować ci i udawać czułość — nie myślę. Nie znoszę scen, i tego ode mnie nigdy nie doznasz; ale téż kłamstwa i obłudy nigdy się nie spodziewaj. Nie rozumiem, co ci się stało dzisiaj, i myślę, że gdy się opamiętasz, sam to pojmiesz, iż nie mam ochoty mówić z tobą.
— Bardzo dobrze, i owszem! Nie miéj mi więc za