Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/241

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


obojętna na wszystko. To kamień i drewno! Żebym téż jéj teraz w téj chwili powiedział, że tamtę kocham, toby odpowiedziała żartem, konceptem, radą! To nie kobieta: to anomalia.
Rzucił książkę i wszedł do pracowni.
Magda stała u okna nad naczyniem z wodą i zanurzała w niéj zeschłą jerychonkę. Poczém umieściła ją na świetle nieopodal pieca.
— Cóż to? Próbujesz, czy ci zakwitnie? — spytał.
— A tak. Doktorowa Malicka prosiła mnie o tę próbę. Ciekawam, czy się uda? Dawno ją masz?
— O, więcéj niż od roku. Znaleźliśmy ją po drodzę z panią Thomas. To była kapitalna kobietka! Cré nom, bodaj tego dnia właśnie w czasie téj wycieczki, doszliśmy do porozumienia.
Kłamał. Pani Thomas nigdy nie flirtowała z nim nawet, ale chciał spróbować, jakie wrażenie zrobi na Magdzie ta brutalna wzmianka.
Artystka wzięła wielkie in folio, pełne rysunków ubiorów, kapłanów żydowskich, i t. d. i — poczęła przerzucać kartki.
— Może masz fotografię téj pani Thomas? Pokaż, czy ładna? — spytała obojętnie.
— O, ładna twarz to mała część ładnéj osoby, więc fotografia to głupstwo. Możesz mi wierzyć na słowo, że warta była — zapomnienia.