Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/72

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Zaczął jeść prędko, niedbale, byle prędzej skończyć.
Magda zwróciła się do siostry.
— Zdaje mi się, że ty uajlepiéj załatwisz sprawę, o któréj przed chwilą mówiliśmy. Napisz list do proboszcza w Buczaczu o losie Boińskiéj, z prośbą, aby zawiadomił o tém jéj ciotkę.
— Owszem. A ta ciotka ma środki?
— Śpi na reńskich, ropucha! — mruknął Oryż. — Jeżeli nie zrobi tego dla siostrzenicy, to ja ją wymaluję jako jędzę na łopacie i dodam bardzo ładne akcesorya na flamandzki sposób.
— Pfe! Zaczynasz pan! — oburzyła się majorowa. — Magda, czemu nie jesz? Toć zwierzyna!
— A prawda! Nie uważałam.
— Znowu pewnie coś nowego zaczęłaś smarować, bo już się stajesz nieprzytomną. Idź na spacer po obiedzie. Przemęczyłaś się widocznie.
— Nie. Muszę pracować dzisiaj. Wieczorem pójdę do Berwińskiéj.
— Wieczorem Filip przyjdzie. Obiecał za godzinę wrócić.
Ruszyła ramionami.
— Zabawisz go sama. Dawnom Berwińskiéj nie widziała, a to jest jedyna osoba, od któréj mogę się czegoś nowego nauczyć.
Majorowa wcale się nie obraziła, ale Oryż zaprotestował.