Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/340

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


jak i co było. Ja go znam; żona tu niedaleko: zaczekajmy trochę. Rzecz się sama wyjaśni; jestem przekonany, że nikogo ścigać nie trzeba będzie.
Ułatwiwszy się z tém, co było najpilniejsze, pobiegł na spotkanie Magdy. Gdy go spostrzegła na drodze, zrozumiała, że coś się stało, i przemówiła po francusku.
Oryż, nie wezwany, wskoczył na bryczkę i rzekł:
— Piekielna noc! Gdybym choć był pewien, żem postąpił wedle myśli pani! Pan Filip leży na plebanii ranny.
Drgnęła i spojrzała nań bystro.
— Nie żyje! Pan tak mówi, by mnie oszczędzić: niepotrzebnie! Ten człowiek zabił siebie już dawno!
— Żyje i żyć będzie. Nigdym pani nie kłamał.
— Zkądże się znalazł na plebanii?
— Ja go przywiozłem. Znalazłem rannego na drodze. Był już doktor i policya. Czy pani go chce zobaczyć?
— Naturalnie. Takie jego niedole należą do mnie.
Oryż kazał zawrócić na plebanię i Magda po chwili weszła do izby, gdzie chory leżał.
Otworzył już oczy, ale był jakby błędny; na jéj widok zadrżały mu powieki, poruszył ustami.
Był tak zmieniony, że go ledwie poznała. Popatrzała chwilę bardzo poważnie i smutno; potem powitała księdza i doktora, który ją znał.