Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/341

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Pan mi powie, co trzeba przy nim robić, jaki porządek lekarstw i opatrunków? — rzekła zcicha.
Żadnych scen, ni jęków. Dowiedziała się o swych obowiązkach dozorczyni; zajęła miejsce obok posłania i zaczęła je spełniać cicho i delikatnie, o nic więcéj nie pytając.
Nawet Oryż nie odkrył z jéj rysów, czy bardziéj cierpiała, czy téż rozdrażniona była wypadkiem. Ofiarował się jéj z pomocą, ale odmówiła.
— Pan odpocznie i zaśnie. Potem zamęczę pana poleceniami i prośbami. Tymczasem trzeba tylko wysłać depeszę do Maryni i czekać, co Bóg da.
Zwróciła się do proboszcza:
— Darujcie, taki wielki kłopot.
— Co za gadanie! — ksiądz przerwał. — Daj Boże go uratować od śmierci doczesnéj i wiecznéj. Biedny szaleniec!
Odszedł, wezwany do swoich obowiązków, odszedł téż lekarz i Oryż. Magda została sama z chorym i siedziała cichutko, zamyślona, gdy Filip zcicha zawołał:
— Magda!
Pochyliła się nieco nad nim.
— Po co wy mnie ratujecie, kiedy ja już żyć nie mogę, nie będę, nie chcę! — wyszeptał.
— Jak wyzdrowiejesz, może rad będziesz ratunkowi. Tam, za grobem, czy wiesz, co cię czeka?