Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/303

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


potém uczuł jakby zgrozę śmierci i stracił zupełnie przytomność.
Gdy przyszedł do siebie, ujrzał obcego człowieka, który go trzeźwił. Był to lekarz, którego odźwierny sprowadził, przerażony wypadkiem.
Pierwsza myśl nieszczęsnego była o niéj. Oburącz za głowę się objął i zajęczał.
— Niema jéj, niéma! Zdradziła!
Żadnéj iluzyi nie miał, żadnéj nadziei, i żyć nie chciał. Odtrącił doktora, który mu podawał jakąś miksturę, zerwał się, rzucił do drzwi.
Pochwycono go, odprowadzono do łóżka. Wtedy kląć zaczął:
— Precz ztąd, szakale! Zdrów jestem, nie potrzebuję nikogo. Bodaj was piekło pochłonęło!
Potém rozpacz go porwała znowu. Zwinął się jak robak, twarz ukrył w dłonie, zajęczał.
— Atak mózgowy — zdecydował doktor, pisząc drugą receptę.
A Filip, dysząc nierówno, drżał na całém ciele. Prawdzie strasznéj, co mu druzgotała życie, chciał w oczy zajrzéć i nie mógł jeszcze.
— Boże, Boże! Com ja jéj zawinił? Za co mnie opuściła? To być nie może!
Uczepił się, jak topielec, téj wątpliwości.
— To być nie może! Pojechała gdzieindziéj, może na parodniową wycieczkę. Wróci!