Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/105

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


rowałeś jéj ten stolik saski porcelanowy, za który ci dawałem więcéj złota, niż sam wart jesteś.
— Awantura! Zkądże wiész o tém?
— Od jéj matki. Pochwaliła się zaraz twoją głupotą, a córka pewnie drwi z ciebie w duchu.
— Mój łaskawco! — rzekł Sylwester. — Moich stolików nie mam na sprzedaż, a nie zawsze ten robi dobry interes, kto się przechwala lub drwi. Z mojéj tranzakcyi z baronową jestem zupełnie zadowolony, chociaż milczę.
— Phy! — lekceważąco odparł Fink — i mnie stać na podobną tranzakcyę. Z baronową jesteśmy dawni znajomi.
Filip, słuchając tego, to bladł, to czerwieniał. Ledwie się hamował, by nie wybuchnąć i nie spoliczkować tych dwóch starców, plwających na jego ideał.
Spojrzał na Magdę wzrokiem rozpaczliwym a oburzonym zarazem, ona zaś zrozumiała go i rzekła z uśmiechem:
— Jutro rano powiem baronowéj, co prawicie, i słusznie uczyni, zamykając wam drzwi przed nosem.
Sylwester odrazu ucichł, ale Fink nie dał za wygraną.
— Czy pani jest spowiednikiem baronowéj, że tak broni jéj cnoty?
— Nie znoszę krytyk zaocznych. Jeśli pan