Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/97

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Ładnie mnie pani urządziła! — zawołał bez powitania do Magdy. — Dałem się złapać najgłupiéj. Z namowy pani poszedłem po te książki do Finka, a on mnie zaaresztował. Zabrali mi surdut, kamizelkę i kapelusz i kazali rysować. Ja tego pani do śmierci nie daruję!
— Przecie pan sobie zaradził i uszedł — śmiała się Magda.
— At, gdybym pani nie wypowiedział swéj pretensyi, toby mnie żółć zalała. Przekupiłem chłopca z drukarni, zdarłem mu spencer i przyszedłem. Pani musi być w zmowie z Finkiem; to niegodne!
Zaczął szperać po kieszeniach i wydobył kilka srebrników.
— Dalibóg, cztery szóstki. Solidny chłopak! Wstąpię do bawaryi i wypiję za jego zdrowie. A na pani potrafię się zemścić. Teraz, dalibóg, nie wiem, co się stanie z Boińską. Pani, po kobiecemu, urządziła czułą scenę, zapaliła się i zgasła. Niczego trwałego spodziewać się nie trzeba. To dopiéro plemię utrapione!
— Może pan chociaż ofiaruje na obiad dla Boińskiej te cztery szóstki?
— A nie wstyd pani nawet takie rzeczy proponować. Toć kobieta-siostra w niedoli, a pani ma bezczelność mnie jéj utrzymaniem obarczać!
— Owszem, wstydzę się, rumienię i dziękuję