Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/301

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


i wstąpił do portyera, zapytać: w którą stronę poszła na spacer?
Portyer popatrzał nań zdziwiony.
Oh! madame est partie — odparł.
— Wyjechała? Dokąd? Nie zostawiła listu?
— Nie. To jest, owszem, mam coś do tego numeru. Depesza.
Filip spojrzał, coraz mniéj pojmując. Była to jego depesza, wysłana z drogi wczoraj. Co to znaczy?
Tymczasem portyer, jakby sobie powoli tę sprawę przypominał, rzekł:
— Pani wyjechała nagle i na czas krótki zapewne bo kufry zostały w mieszkaniu.
— Proszę o klucz zatem! — odetchnął Filip.
Poszedł do mieszkania. Zdradzało ono rzeczywiście wyjazd niespodziewany, jakby ucieczkę: kufry otwarte, ubranie porozrzucane, pościel zmięta.
Nigdzie jednak listu, ani słowa jednego.
Oszołomiony, z chaosem myśli, tracąc głowę, chodził z pokoju do pokoju, od sprzętu do sprzętu, jak manijak, wciąż szukając kartki, jakiegoś znaku wytłómaczenia.
Wreszcie padł na fotel, począł zbierać zmysły, kombinować i nagle myśl jedna, jak wyzwolenie, wzbiła się nad chaos.
— Uciekła od Faustangera! Ten bydlak może jéj ubliżył, może napadł, może groził? Uciekła biedna!