Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/124

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nie cierpi tego, co czyste. Po drugie, baronową to drażni, że ona ma tylko piękność, a o pani nikt nie mówi, żeś piękna.
— Bo piękną nie jestem.
— A nie! Pani jest piękna, ale to nie bije w oczy, lecz bije umysł i dusza. Ta moc poniża baronową, gniewa. A wreszcie, pani nie zdaje się dbać o nią ani ją miéć za niebezpieczną. Tego ona nie daruje. Niech się pani spodziewa prześladowania.
Magda roześmiała się.
— Ależ pan mi dziś powiedział mnóstwo komplimentów! Co się stało? Ktoś pana mi odmienił u Finka.
— Nie, Oryża nikt nie odmieni! Może pani być tego pewna.
— Ależ ja jestem kobieta, i pan mi przyznaje duszę! Opamiętaj się pan!
— Bywają cielęta z dwiema głowami: dlaczego niema być kobiety z duszą? Natura czasem tworzy dziwolągi, żeby jéj nie posądzono, iż w pomysłach się wyczerpała. Pani niech to w dumę nie wzbija. Ma pani duszę, ale ją pani zmarnuje! Wszystko zaś to opowiedziałem pani na pamiątkę po sobie, przez wdzięczność, żeście mnie stołowały i uratowały od kataru żołądka. Myślę się wynieść od miesiąca, a może od jutra przestanę przychodzić.
— Gdzież się pan wynosi?