Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/53

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Chodźmy do pracowni. Mówiła, że portret pyszny, i że patrząc nań, prędzéj się jéj doczekam.
— Ach, więc się umówiliście na spotkanie u mnie! — rzekła z dziwnym uśmiechem.
— Tak. Wiedziałem, że u ciebie będę jak w domu. Parę godzin spokoju i szczęścia będę ci zawdzięczał!
Magda weszła do pracowni, usiadła do roboty. Filip stanął za nią i wchłaniał w siebie oczyma urok pięknej kobiety. Słyszała, jak oddychał nerwowo i prędko. Potém zaczął mówić urywanemi zdaniami:
— Przepyszna. Co za linia, wzrost, całość doskonała! Głos jéj to pieszczota, ruch każdy to wcielenie wdzięku. Pomyśléć, jak te usta całują! To bóstwo!
Magda słuchała w milczeniu, rada, że mówić nie potrzebuje. Twarz miała surową, a w oczach wielki żal i smutek. Filip, zwalczony uczuciem, z odetchnieniem ulgi zaczął swoją spowiedź.
— Poznałem ją w Ostendzie na wybrzeżu, i mówię ci, to był piorun. Straciłem odrazu głowę a zarazem całą odwagę i śmiałość. Chodziłem za nią, jak cień milczący, jak duch pokutujący, jak obłąkany. Wreszcie przedstawiono nas sobie; przyjęła mnie łaskawie. Odtąd zaczęło się życie jak we śnie. Byliśmy ciągle razem i widziałem wyraźnie, że mi rada. Miałem niebo na ziemi. Odjeżdżając, powiedziała, że mnie czeka w Krakowie i żem jéj ani razu