Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/29

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Wróg sromotną podjął ucieczkę! — zadeklamował Oryż — pozostawiając łupy w ręku zwycięzcy.
Zebrał kwiaty i chwilę trzymał je w ręku, smutno się wpatrując. Wybrał jeden, włożył w klapę surduta, potem, jakby zawstydzony, wyjął. Na to wróciła Magda, już przebrana do obiadu, nucąc półgłosem.
— Co to? Pan stokrotki obrywa! — zaśmiała się.
— Tak, pytam, czy mnie kto kocha — odparł ironicznie.
— Niech pan mnie spyta. Ja wiem!
— A ja wcale słyszéć nie chcę tego, co pani wié. Wolę stokroć kochać bez nadziei, niż być kochanym przez kogoś obojętnego.
— To dowód, żeś pan bardzo jeszcze młody.
— Miałem już czas młodość zmarnować, ale miłość beznadziejna daje natchnienie, a tamta odbiera. Więc nie głupim zmieniać.
— Patrzcie-no, więc pan w sercu krwawą ranę nosi! Niechże się panu przypatrzę i oddam cześć.
— Słuszną. I przyjmuję. Uczynię panią nawet moją powiernicą. Kocham bez wzajemności moją praczkę.
— Winszuję, ale się jéj nie dziwię. Żadna praczka nie odda serca abnegatowi. Toby była za wielka ofiara. Miałam dzisiaj trzy godziny baronową... wie pan!
Oryż podszedł do stalug i odkrył portret. Długi