Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/290

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Właśnie. Teraz pora na to! Mogę go udzielić z całą przyjemnością.
— Może, aby poślubić pannę Lili Fanchon?
— A choćby! Nie będę miał żadnych złudzeń, ani rozczarowań.
I zaczął gwizdać przez zęby.
Baronowa przeciągnęła się ruchem rozkosznym i, uśmiechając się, rzekła:
— O, co za poza niezręczna! Nie udawaj, bo ci to nie do twarzy. Chodź bliżej: możesz pocałować.
Faustanger skoczył jak rozjuszony tygrys.
— Ja? Chodź bliżej! Cha, cha! Dobra sobie! To ty mi do nóg i na kolana! Zapominasz, że się role zmieniły! Pisałem ci, żebyś gachów przegnała na cztery wiatry. Nie spełniłaś: teraz cierp! Ja tyle dbam o ciebie, co o robaka pod nogą. Rozdepcę i daléj pójdę.
— Albert! — krzyknęła.
— Milcz. Łaski proś i rozkazy spełniaj. Byłem ci sługą, kochankiem, mężem — deptałaś mnie. Teraz, jeśli chcesz pana i kata, to nim mogę być. Niczém inném! Jesteś nędznicą bez czci i wiary; ale że moje nazwisko nosisz i dużo mi od ciebie się należy, więc cię przyjąć mogę, tylko zanim się na to zdecydujesz, dobrze się namyśl, bo ci oddam za wszystko. Pamiętaj!
Oczyma jéj groził i, — smagał; pochylony naprzód, miał ruch tygrysa, gotowego do skoku.