Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/139

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— A więc zmykam. Czemu nigdy nie odwiedzisz méj pracowni?
— Wpadnę w tych dniach.
Wyszedł, a ona czuła wyraźnie, że wszelki łącznik zerwał się między nimi, że go straci niechybnie. Przestała malować, ubrała się i wyszła. Po drodze spotkała ojca Berwińskiéj, który szedł z głową zwieszoną, tak zamyślony, że jéj nie zauważył nawet.
— Dzień dobry! Co pan porabia w téj stronie? — zagadnęła go wesoło.
Ocknął się i prawie przeraził.
— Tak sobie. Spaceruję! — odparł, siląc się na uśmiech.
— Helenka zdrowa? Proszę ją napędzić do mnie. Obiecała być w niedzielę, i chybiła.
— Zdrowa, ale w niedzielę trochę ją głowa bolała. Przyjdzie w następną
Ukłonił się i odszedł, a ona zatrzymała się i ścigała go wzrokiem. Na Rynku wszedł do kamienicy radczyni, a więc kłamał, że na spacer idzie. Łączyła ich jakaś tajemnica, nieszczęśliwa czy haniebna. Teraz dopiéro zauważyła, że często oboje mieli pozór skazańców na dożywotnie ciężkie roboty.
— Pójdę do niéj wieczorem i zapytam — pomyślała.
Poszła na wystawę i poleciła wydać portret Filipowi; potém obejrzała nowe płótna, a że spotkała