Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/307

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


darowałem scenę przeprosin wobec amanta, którego nota bene nie było w téj chwili pod ręką. Mniejsza o to: jest zupełnie upokorzona i podbita, a liczę, że dosyć posiada arytmetyki, żeby mi się nie narażać w przyszłości. Wyjeżdżamy dzisiaj wprost do teściowéj, do Sokolina. Wyobrażam sobie słodkie oczy ropuchy na mój widok. No, tedy interes załatwiony. Polecam ci sprzedaż moich ruchomości w Wenecyi. Ile za to weźmiesz, odeślij Lili do Paryża. A pamiętaj, że masz przyjaciela na całe życie. Faustanger.“
Filip się zerwał, cisnął list w stronę Oryża.
— Więc pan tu pozostał, aby czatować na mnie i zobaczyć skutek téj intrygi? Może tu jesteś z polecenia mojéj żony? Tryumfujecie teraz! Precz ztąd!
Był blady, wściekły, bez kropli krwi na wargach. Rzucił się na Oryża, chciał bić, szarpać, deptać go, w swym szale niepoczytalny.
Nagle chwycił go zawrót głowy, przez sekundę widział jakby przepaść pod nogami, strach, zgrozę — zatoczył się, rękami uderzył w próżnię, i Oryż pochwycił go, gdy już padał nieprzytomny.
Teraz nie był to atak chwilowy; była to śmiertelna choroba. Do wieczora leżał już bez pamięci i czucia, w boju o śmierć lub życie, z zapaleniem mózgu.
Oryż wezwał trzech lekarzy i zasiadł u jego łóżka, z troskliwością niańki doglądając go, jakby mu był najbliższym.