Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/140

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Sylwestra i Malickiego, przegawędzili wesoło godzinę. Dowiedziała się, że Filip swoje konie ofiarował baronowéj, że ona niemi rozjeżdża cały ranek i że go pasowała na swego sezonowego ulubieńca.
Gdy się z nimi pożegnała, ruszyła do domu, lecz przed kościołem Panny Maryi spotkała całą gromadkę swoich nowych znajomych.
Okęcka i ksiądz Oryż stali, zadarłszy głowy na wieżę kościelną, i gapili się, jak rzetelni wieśniacy. Osiecka mężnie dotrzymywała im placu, a trochę dalej Boińska z malcem czekali na koniec zachwytów.
Ksiądz był suchy i czarny, jak Oryż, ale miał dobroduszny wyraz wiejskiego proboszcza.
Stara Okęcka, drobna i chuda, ubrana według mody z przed lat trzydziestu, była skończonym typem sknery i egoistki. Jednakże na widok Magdy rozmarszczyła twarz i niby się uśmiechnęła.
Ksiądz odrazu powitał ją radośnie, jakby się znali od dziesiątków lat, a Janek Boiński rzucił się do niéj z niekłamanym dziecięcym zachwytem i już jéj ręki ze swojéj nie wypuścił.
Poszli gwarząc ku Floryańskiéj i na zawrocie natknęli się na powóz baronowéj.
Jechała z Filipem, rozbawiona i śmiejąca się. Zamieniono ukłony, więc ksiądz spytał:
— Kto to?
— Baronowa Faustanger — odparła Magda.