Zwodne światło/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Rudyard Kipling
Tytuł Zwodne światło
Wydawca Księgarnia Teodora Paprockiego i S-ki
Data wydania 1893
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Anatol Krzyżanowski
Tytuł orygin. The Light That Failed
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


Rudyard Kipling

ZWODNE ŚWIATŁO.
POWIEŚĆ.
Przełożył z angielskiego
Anatol Krzyżanowski.

WARSZAWA.
NAKŁADEM KSIĘGARNI
Teodora Paprockiego i S-ki.
41. Nowy-Świat 41.

1893.
DEDYKACYA.

Gdybym na stryczku zawisł szubienic,
Matko ty moja — o, moja Matko!
Wiem, czyja miłość, łzy czyich źrenic
Śmierć mi osłodzą — o, moja Matko!

Gdybym się w morskiej pogrążył głębi,
Matko ty moja — o, moja Matko!
Wiem, czyje łkanie, czyj płacz gołębi
Zabrzmi nade mną — o, moja Matko!

Gdybym przeklęty był jak gad podły,
Matko ty moja — o, moja Matko!
Z piekieł czeluści wiem czyje modły
Wyrwą mą duszę — o, moja Matko!





Poświadczam, iż niniejsze wydanie powieści „Zwodne światło“ zgodne jest z pierwotnym, oryginalnym mym pomysłem.
Rudyard Kipling.



ROZDZIAŁ I.

— Jak myślisz? coby też zrobiła, schwyciwszy nas na gorącym uczynku? — pytała Maisie. — No, bo wiesz dobrze, że nam przecie jakich rzeczy mieć nie wolno.
— Coby zrobiła? Mnie obiłaby z pewnością; ciebie zaś gotowa zamknąć za karę w sypialnym pokoju — odparł Ryszard bez wahania. — Czy wzięłaś przynajmniej naboje?
— Wzięłam, schowałam je do kieszeni; podskakują tam nawet i brzęczą strasznie za każdem poruszeniem. Słuchaj, a może one mogą same wystrzelić?
— Nie wiem. Jeżeli się lękasz, to bierz i trzymaj rewolwer; ładunki zaś ja mieć będę.
— Właśnie, że się wcale nie boję.
I z odpowiedzią tą Maisie popędziła na przód. Ręka zanurzona w kieszeni podtrzymywała naboje, główka podniesiona do góry miała być wyrazem odwagi.
Dick pośpieszał za nią z niedużym rewolwerem w ręku.
Od dawna już bowiem doszli do przekonania, że strzelanie jest im niezbędnie do życia potrzebne. Po długich więc namysłach Dick, mocą drobnych oszczędności, praktykowanych z istnem zaparciem się siebie, odłożył siedm szylingów i sześć pensów, za które nabył źle zbudowany belgijski rewolwer. Maisie zdołała przynieść do spółki pół korony tylko; za sumę tę więc zakupiono sto ładunków.
— Tobie łatwiej oszczędzić cośkolwiek — tłómaczyła. — Nie dbasz wcale o łakocie, mnie zaś tak ciężko obyć się bez nich. Zresztą... zresztą rewolwer to rzecz chłopca.
Dick sarkał trochę, lecz niemniej zdobył broń wymarzoną; teraz zaś szli ją wypróbować po raz pierwszy. Strzelanie z rewolweru nie leżało bynajmniej w planie codziennych ich zajęć, w szeregu zatrudnień, dozwolonych przez tę, która najniewłaściwiej obojgu sierotom matkę zastępowała.
Chłopiec od lat sześciu już był pod jej opieką. Przez czas ten stosunek ich wzajemny jej tylko przynosił korzyści. Przyswajając sobie bowiem fundusz, przysyłany na drobne wydatki jego i na ubranie, dawała mu zamiast pobłażania i miłości, której dziecko oczekiwało, najpierw niechęć, a później wstręt i niewytłómaczoną niczem nienawiść. Być może, iż czyniła to więcej bezmyślnie, niż z chęci dokuczenia mu; była to bowiem wdowa w pewnym już wieku, zajęta głównie powtórnem wydaniem się za mąż; niemniej jednak postępowanie takie przynosiło Ryszardowi szkodę rzeczywistą. Tam bowiem, gdzie chłopiec, wzrastając, szukał współczucia, gdzie trzeba było słowa życzliwego, spotykał szyderstwo tylko.
Ponieważ nieduże gospodarstwo mało zabierało jej czasu, godziny więc wolne od zajęć poświęcała tak zwanemu domowemu wychowaniu Ryszarda. Główną w tem pomocą miała jej być religia, uformowana po większej części według własnych pojęć, a poparta badaniem Pisma Świętego. Jeżeli w chwilach podobnych nie była sama z Dicka niezadowolona, natenczas starała się przekonać chłopca, że ma on ciężkie rachunki do załatwienia ze swoim Stworzycielem. Dzięki taktyce tej, stale względem dziecka przybieranej, Dick nauczył się mieć taki sam wstręt do Boga, jakiego doznawał na widok pani Jennett.
Warunki podobne nie mogły wpływać dodatnio na rozwój młodego umysłu. Odkąd zaczęła go uważać za niepoprawnego kłamcę, odtąd chłopiec, w obawie przed bólem kary cielesnej, na seryo kłamać zaczął. Rozwinęło się to nawet w pewien system, na zasadach oszczędności oparty. Nie powiedział nigdy prawdy, jeżeli zdołał się bez niej obejść; w razie jednak potrzeby nie cofał się przed najczarniejszem zmyśleniem, gdy tylko mogło mu ono życie lżejszem uczynić. Taktyka powyższa nauczyła go zamykać się w sobie; zdolność tę zaś powiększył jeszcze pobyt w szkole publicznej, gdzie koledzy szydzili z niedostatecznych i mocno podartych jego sukien. Święta i wakacye zajęte były przez prywatne nauczanie mrs. Jennett. Aby zaś zasada dyscypliny nie osłabła przy zetknięciu ze światem, Dick, w kilka godzin po przybyciu pod dach jej gościnny, bywał zazwyczaj uczciwie zbity pod jakimkolwiek pozorem.
Jednego roku wreszcie jesień przyniosła mu towarzyszkę niewoli. Był to atom drobny, o długich włosach i siwych źrenicach, cichy, i, jak on, wcześnie w sobie zamknięty. Poruszała się tak spokojnie, że nie było jej słychać w domu, a przez kilka pierwszych tygodni mówiła tylko do kozy, pasącej się w końcu ogrodu, stanowiącej zaś jedyną jej przyjaciółkę na ziemi.
Mrs. Jennett jednak postanowiła położyć koniec tej zażyłości. Nie może przecież pozwolić, aby koza, zwierzę niechrześcijańskie (w tem miała racyę), ziemię jej wydeptywała. W atomie objawiła się oporność, nieznana dotąd.
— W takim razie — mówiła, dobierając słów z namysłem, — napiszę natychmiast do opiekunów, donosząc, że pani jesteś bardzo złą kobietą. Amomma jest moją, moją, moją!
Mrs. Jennett uczyniła ruch wymowny w stronę przedpokoju, gdzie stały pewne laski i parabole, znane dobrze sierotom. Atom pojął w lot jej zamysły.
— Uprzedzam — mówiło dziecko tym samym beznamiętnym, spokojnym głosem, — że byłam już nieraz bitą, że bito mnie więcej i silniej, niż pani to kiedykolwiek uczynić zdołasz. Jeżeli więc uderzysz mię choćby raz jeden, zawiadomię mych opiekunów, że nie dostaję jeść, że jestem głodem morzona... O, ja się pani wcale nie boję!
Mrs. Jennett nie poszła do przedpokoju; atom zaś, poczekawszy chwilkę jeszcze, dla upewnienia się, iż wszelkie niebezpieczeństwo wojny minęło, pobiegł do ogrodu, by tam na szyi ukochanej Amommy cały swój żal gorzki wypłakać.
Maleństwo to, które nazywano Maisie, budziło z początku w Ryszardzie uczucie głębokiej nieufności. Lękał się, aby dziewczynka nie krępowała małej i tak swobody działania, jaką mu pozostawiano dotąd. Próżna to jednak była obawa. Maisie trzymała się z daleka, tak, iż pierwsze życzliwsze kroki od chłopca wyjść musiały.
Zanim jednak minęły wakacye, ciężar kar, wspólnie dźwigany, zbliżył dzieci ku sobie, zbliżył choćby dlatego, aby wspierając się wzajem, łatwiej mogli fabrykować kłamstwa, ku zmyleniu czujności pani Jennett. Gdy Dick odjeżdżał do szkół, Maisie szepnęła tylko:
— Teraz będę musiała sama opiekować się sobą. Ale to nic — dodała, wstrząsając główką poważnie, — dam sobie radę. Pamiętaj tylko, żeś mi obiecał obrożę dla Amommy. Przyślij-że ją prędko.
W tydzień później pisała z żądaniem, aby dostarczył ową obrożę odwrotną pocztą. Zwłoka niecierpliwiła ją; pomimo tego, gdy Dick nadesłał nareszcie tak gorąco upragniony podarek, Maisie zapomniała podziękować mu za niego.
Od chwili tej niejedne już minęły wakacye. Ryszard wyrósł na wysmukłego młodzieniaszka, który silniej jeszcze niż dawniej odczuwał niedostateczny stan swej zaniedbanej garderoby. Niestrudzona mrs. Jennett tą samą zawsze, tkliwą, otaczała go pieczą. Plagi wszakże, jakie Dick odbierał w szkole (zdarzało się to przecięciowo trzy razy na miesiąc) nie tylko zahartowały skórę chłopca, lecz przejmowały go pewną pogardą dla siły jej uderzeń.
— To nie boli nawet — tłómaczył Maisie, która go do buntu podniecała. — A przytem ile razy mnie wybije, ile razy złość swą wywrze, tyle razy, uważałem, staje się łagodniejszą dla ciebie.
Wzrastał więc Dick w zaniepokojeniu fizycznem i moralnem, co w duszy jego dzikie nieraz budziło instynkta. Przekonywali się o tem, własnym kosztem, młodsi koledzy, których, gdy go zły humor napadł, uderzał boleśnie a umiejętnie. Ten sam duch przekory, czy złośliwości, kazał mu nieraz drażnić Maisie; dziewczę jednak nie brało tego do serca.
— Po co mamy sobie wzajemnie dokuczać? — mówiła. — Wszak i bez tego dosyć jesteśmy nieszczęśliwi. Lepiej wynajdźmy jaką rozrywkę, która nam pozwoli zapomnieć o doznawanych przykrościach.
I wynaleźli — pistolet. Niestety, mogli go używać tylko na najbardziej błotnistej części wybrzeża, kawał drogi za łazienkami, a poniżej murawą pokrytych stoków fortu Keeling. Przypływ morza sięgał w tem miejscu o dwie mile prawie, — cofnąwszy się zaś, pozostawiał różnokolorowe pokłady błota i mułu, które pod działaniem słońca wydawały następnie wstrętną woń gnijących roślin.
Późno już było owego popołudnia, gdy Dick i Maisie udali się na zwykłe pole swych popisów, z Amommą, drepczącą cierpliwie za nimi.
— Uf! — zawołała Maisie, wciągając powietrze. — A to morze czuć dzisiaj! Nie lubię go za ten zapach.
— Bo ty nigdy nie lubisz rzeczy, niedostępnych dla ciebie — odparł chłopak szorstko. — Dawaj naboje; ja strzelę pierwszy. Nie wiesz czasem, jak daleko taki mały rewolwer niesie?
— O, z pół mili — odrzekła Maisie bez wahania. — A przynajmniej dużo robi hałasu. Ostrożnie tylko z nabojami. Dlaczego tak odszarpujesz brzegi? Dick, uważaj przecież!
— No, no, już ja umiem nabijać. Patrz, strzelę do tego pala w wodzie.
Pociągnął za cyngiel, wraz z hukiem zaś rozległo się beczenie uciekającej Arnommy. Kula podrzuciła kawał biota, po prawej stronie drzewa, pokrytego morskiemi roślinami.
— Niesie w górę i szarpie na prawo. Teraz ty, Maisie. Pamiętaj, że nabity dokoła.
Dziewczę, ująwszy rewolwer, posunęło się delikatnie na sam skraj błota. Dłoń jej trzymała silnie rękojeść; usta i lewe oko zacisnęły się mimowoli.
Ryszard przysiadł na kępie trawy i śmiał się szczerze. Amomma nawet powróciła, skradając się ostrożnie; a że przywykła od dawna do różnych ciekawych doświadczeń w czasie poobiednich tych przechadzek, więc zobaczywszy pudełko z nabojami, wsadziła w nie nos, badając, czy są jadalne. Maisie strzeliła wreszcie, lecz nie mogła dojrzeć, w jakim kierunku kula poszła.
— Zdaje mi się, że trafiłam do celu — mówiła, przysłaniając rączką oczy i patrząc na bezmiar żadnym żaglem niezakłóconego morza.
— Aha, a ja wiem, że kula poleciała w kierunku Marazion-Bell — zaśmiał się Ryszard. — Celuj nizko i na lewo, to może trafisz. Och, spojrzyj tylko na Amommę! Patrz, ależ ona zjada naboje!
Maisie odwróciła się z rewolwerem w ręku, po to już tylko, aby ujrzeć zwierzę, uciekające od gródki ziemi, jaką Dick za nią rzucił. Niema jednak nic świętego dla łakomstwa kozy, szczególniej kozy, rozpieszczonej przez panią, a przysmaczkami żywionej. Amomma więc pozwoliła sobie połknąć dwa naboje. Posłyszawszy to, Maisie pobiegła przeliczyć pozostałe, w nadziei, że Dick pomylił się może.
— Tak, zjadła dwa ładunki.
— Szkaradne zwierzę! Teraz będą podskakiwały w niej dopóty, aż same wybuchną i wystrzelą. Dobrze jej tak...
— Och, Dicku! Czy ja cię zabiłam?
Rewolwery nie są bezpieczną zabawką dla małych rączek. Maisie nie wiedziała, jak się to stało; naraz jednak obłok dymu oddzielił ją od Ryszarda i wtedy to była pewną, że lufa wystrzeliła wprost w jego oczy. Równocześnie posłyszała plucie gwałtowne i przerażona osunęła się przy nim na kolana.
— Dicku! — wołała z płaczem — czy ja cię zraniłam? — Dicku, ja nie chciałam, to nieumyślnie!
— Wiem przecież, że nieumyślnie! — ofuknął, wynurzając się z dymu i ocierając uczernione policzki. — Oślepiłaś mnie prawie z tem wszystkiem. Tfu! jak ten proch czuć obrzydliwie!...
Błyszczący kawałek szarego ołowiu, spłaszczony o kamień poblizki, wskazywał, gdzie poszła kula, która o mały włos chłopca nie zabiła.
Maisie zaczęła popłakiwać.
— Dajże pokój — mówił Ryszard powstając i otrząsając się z wrażenia. — Widzisz przecie, że mi nic nie jest.
— Ale mogłam cię zabić — tłómaczyła ustami, złożonemi w żałosną podkówkę. — I cóżby się wtenczas stało? cobym zrobiła?
— Poszłabyś do domu i opowiedziała wszystko mrs. Jennett — rzucił, zgrzytnąwszy zębami na myśl tę samą; łagodniejąc zaś, dodał: — No, nie martw się już. Zresztą, widzisz, tracimy czas na próżno, a niedługo trzeba wracać na herbatę. Daj rewolwer, teraz ja spróbuję.
Maisie byłaby się rozpłakała rzewnie przy najlżejszem słowie zachęty lub współczucia. Zimna jednak krew Dicka powstrzymywała łzy jej. Chłopiec ręką, która drżała jeszcze, chwycił zabójcze narzędzie i podczas gdy Maisie, ciężko oddychając, leżała na wybrzeżu, on bombardował strzałami pal, wystający z morza.
— Trafiłem! — zawołał z tryumfem, gdy kawał drzazgi odleciał w tej chwili od obranego celu.
— Daj mi rewolwer, teraz na mnie kolej — rozkazała Maisie; — widzisz, że już zupełnie przyszłam do siebie.
I strzelali tak długo, aż ów mały, tandetny rewolwer na kawałki rozleciał się prawie. Amomma, trzymana z dala, w obawie, aby pochłonięte przez nią ładunki nie wybuchnęły, pasła się tymczasem, skubiąc morskie rośliny i dziwiąc się, dlaczego rzucają na nią kamykami i odpędzają ją ciągle.
Później nieco znaleźli belkę, pływająca wśród małej sadzawki, i uradowani usiedli oboje nawprost nowego tego celu. Zrujnowany rewolwer szarpał teraz gwałtownie rękę Dicka.
— Na przyszłe wakacye — mówił chłopiec — zdobędziemy sobie prawdziwy pistolet, taki, który poniesie kulę o wiele dalej.
— Dla mnie nie będzie już wakacyi — przypomniała Maisie. — Wyjeżdżam przecież.
— Dokąd?
— Nie wiem. Opiekun mój pisał do mrs. Jennett, że mam nadal wychowywać się gdzieindziej. Chcą mię posłać na dokończenie edukacyi do Francyi podobno, czy do... Nie pamiętam, co prawda, gdzie; wszystko mi to jedno zresztą. Cieszę się tylko, że tu nie będę.
— Ja tam wcale się z tego nie cieszę. Tem więcej, że mnie pozostawią pewno nadal. Słuchaj, Maisie, czy ty naprawdę wyjeżdżasz? Ostatnie więc wakacye spędzamy razem? A tu na przyszły tydzień trzeba już wracać do szkoły. Chciałbym...
Krew młoda uderzyła mu nagle do głowy, a lica purpurą się pokryły. Maisie zbierała tymczasem kępki trawy, rzucając je zawzięcie w stronę żółtej lilii wodnej, która wychylała się ponad bezmierną płaszczyzną błota i mlecznosrebrnym ogromem oblewającego ją morza.
— Chciałabym — podjęła niedokończone przez niego zdanie — widywać cię później niekiedy. Czy i ty miałeś zamiar powiedzieć to samo?
— Tak. Tylko... tylko... skoro masz wyjechać, trzeba było lepiej... tam... przedtem... kulę prosto w łeb mi wpakować.
Maisie patrzyła na niego szeroko otworzonemi oczyma. Był-że to ten sam wyrostek, który przed dziesięciu dniami jeszcze przystroił rogi Amommy strzępami papieru, z szynki zdjętymi, i skarykaturowawszy w ten sposób biedne zwierzę brodate, wypędził je na trakt publiczny, ku uciesze gawiedzi? Źrenice jej opadły po chwili. Nie — to nie jest już Dick dawny.
— Ogłupiałeś! — oburzyła się i, instynktem wiedziona, uderzyła w słabą jego stronę. — Jaki z ciebie samolub! Pomyśl tylko, coby się ze mną było działo, gdyby ten obrzydliwy gruchot zabił cię na miejscu. Sądzę, że i tak już jestem dosyć nieszczęśliwa.
— Nieszczęśliwa? Dlaczego? Czy dlatego, że odjeżdżasz od mrs. Jennett?
— Nie.
— Więc, że rozstajesz się ze mną?
Dłuższe milczenie jedyną było odpowiedzią. Dick nie miał odwagi spojrzeć na dziewczynę. Czuł w tej chwili, czem te ubiegłe cztery lata były dla niego; czuł tem silniej, że nie umiał myśli, tłoczących mu się tłumnie, w szatę słów przybrać.
— Nie wiem... — zabrzmiało wreszcie cicho. — Być może, że zgadłeś.
— Maisie, musisz przecież wiedzieć? Ja uczuć mych nie przypuszczam, ani nie zgaduję, lecz pewny ich jestem.
— Chodźmy do domu — zaproponowała wymijająco.
— Nie umiem wyrazić tego, co myślę — prosił. — Żałuję jednak, żem ci zrobił przykrość, drażniąc się wtedy z Amommą. Teraz wszystko się zmienia. Czemuż jednak nie uprzedziłaś mię, Maisie, że wyjeżdżasz wkrótce? Czemu ukrywałaś to przede mną?
— Przecież powiedziałam ci sama. Zresztą, co tu pomoże marudzenie?
— Wiem, że nic nie pomoże. Ale, widzisz, byliśmy z sobą lata, lata całe; obecnie więc dopiero pojmuję, co tracę, i żal mi...
— E, nie wierzę, aby cię to obchodziło. Nie lubiłeś mię nawet.
— Prawda, nie lubiłem, lecz teraz zato, teraz kocham, strasznie kocham! — wyrzucił tchem jednym. — Maisie, moja najdroższa, proszę cię, powiedz, że i ty mnie lubisz.
— Sam wiesz o tem — wyznała. — Ale cóż, to się na nic nie zda.
— Dlaczego?
— No, bo ja już wyjeżdżam niedługo.
— To nic, byleś tylko przyrzekła, zanim się rozstaniemy. Powiedz, że zgadzasz się, najdroższa!
Druga pieszczota łatwiej już na usta mu przyszła. Dick tak niewiele w życiu swem słyszał słów tkliwych, że nie znał ich prawie. W chwili więc wzruszenia musiał je odszukiwać i stwarzać nieledwie. Dłonie jego ujęły równocześnie drobne rączki dziewczęcia, poczernione jeszcze od dymu, wydostającego się z rewolweru.
— Dobrze, przyrzekam — odparła uroczyście. — Wobec jednak uczuć mych wszelkie obietnice są tu zbyteczne.
— Więc ci nie jestem obojętny?
I po raz pierwszy od zaczęcia rozmowy oczy ich spotkały się w spojrzeniu długiem, głębokiem, a mówiącem to wszystko, czego usta niewprawne wypowiedzieć jeszcze nie umiały.
— Och, Dick’u, proszę cię, daj pokój, daj pokój!... Mogłeś to robić rano, mówiąc mi dzień dobry... ale teraz... teraz to już zupełnie co innego.
Amomma mierzyła ich z daleka okiem zdziwionem. Nieraz już widziała swych władców, kłócących się zawzięcie, pocałunki jednak zdarzyło się jej spostrzedz po raz pierwszy dopiero. Żółty kwiat, mędrszy znacznie, kiwał pochwalnie główką. Pocałunek to był dorywczy, może i nieudany, lecz niemniej, jako pierwszy dobrowolny, złożony bez obowiązkowego przymusu, otworzył on nowe światy przed nimi. Horyzont sfer tych, dotąd nieznanych, był tak podniosły, o tyle wyższy od drobnych względów ziemi, iż zapomnieli o herbacie i, zapatrzeni w niego, siedzieli ręka w rękę, jednego nawet nie mówiąc słowa.
— Teraz wierzę już, że mnie nie zapomnisz — wyrzekł Dick wreszcie pod wrażeniem pieszczoty, która stokroć silniej od prochu strzelniczego wpiła się w jego policzek.
— I takbym nie zapomniała — zapewniło dziewczę.
Spojrzeli powtórnie na siebie. Rzecz dziwna, zdawało im się w tej chwili, iż każde z nich było istotą inną, niż przed godziną, że zamieniło się w jakiś cud tajemniczy, do zrozumienia niełatwy. Słońce chyliło się tymczasem ku zachodowi, ostry zaś powiew wieczorny podnosił się od morza.
— Wracajmy już, bo się bardzo spóźnimy na wieczerzę — zwróciła uwagę Maisie.
— Trzeba wpierw wystrzelić resztę ładunków — podsunął chłopiec.
Podnieśli się, przyczem chciał jej pomódz, pierwszy raz w życiu, w wejściu na odarniowany stok fortu, jakkolwiek zwykła ona przestrzeń tę w pełnym przebywać biegu. Maisie przyjęła z powagą jego zabłoconą rękę. Chłopak jednak pochylił się niezgrabnie, dziewczę więc cofnęło dłoń swą, co lica jego falą krwi pokryło.
— Bardzo ładny czas dzisiaj — przemówił wreszcie.
— Phi! — zaśmiała się Maisie z wyrazem zadowolonej miłości własnej.
Stała tuż przy nim, gdy nabiwszy ostatnim ładunkiem rewolwer, posyłał kulę w bezmierny obszar morza. Chłopiec, strzelając nawet, doznawał nieokreślonego wrażenia dumy. Na dnie bowiem głowy jego powstawała myśl, iż broni on i ochrania Maisie od wszystkich niebezpieczeństw świata. Ostatnie promienie słońca odbiły się w tej chwili w wielkiej, leżącej wśród błota kałuży i zamieniły ją w olbrzymią, krwawą tarczę. Światło to przykuło uwagę chłopca; zatrzymał się więc, zapatrzony w nie z podniesionym rewolwerem w ręku i po raz wtóry doznał wrażenia czegoś cudownego, a tem potężniejszego, że przecież stała obok Maisie — Maisie, która przyrzekła sprzyjać mu przez czas nieograniczony, aż do chwili, gdy...
Silniejszy powiew wiatru uniósł w tej chwili długie, czarne włosy dziewczęcia i, oplątawszy nimi szyję Dick’a, przysłonił mu twarz i oczy tą masą splotów jedwabistych, pogrążył go w jakiejś dziwnej ciemności, która mu ból sprawiała. Ręka jego drgnęła, a kula biegła bez celu na pusty obszar morza.
— Chybiłem! — zawołał, otrząsając się z w rażenia. Ostatni to był nabój, chodźmy więc do domu.
Ale nie poszli. Przechadzali się dalej, z wolna, ramię w ramię. Obojętne mu nawet było, czy zaniedbana a idąca za nimi Amomma rozerwaną zostanie przez wybuch pękniętych ładunków; sami bowiem posiedli skarb złoty, skarb, którym pilno im było rozporządzić, stosownie do wiedzy i doświadczenia lat własnych.
— Zobaczysz — mówił Dick z wiarą młodości, — gdy tylko zostanę... — Wtem zatrzymał się... — Co prawda, nie wiem, czem zostanę. Dotąd nie byłem w stanie zdać żadnego egzaminu, ale zato umiem robić paradne karykatury z moich profesorów. Ho, ho!
— Kształć się więc na artystę — podsunęła Maisie. — Sądzę, że ci to łatwo przyjdzie; wszak śmiejesz się zawsze z moich prób rysunkowych.
— Nie będę już nigdy żartował z żadnej twojej roboty — zapewnił gorąco. — Wiesz — dodał, — może ty masz racyę; zostanę artystą.
— Tak, ale artystom zawsze podobno brak pieniędzy.
— Mam własnego funduszu sto dwadzieścia funtów rocznie. Procent ten, jak mi mówił opiekun, pobierać mogę z dniem dojścia do pełnoletności. Będzie więc czem zacząć na razie.
— O, ja jestem bogatsza — chwaliła się Maisie. — Posiadam trzysta funtów rocznie. Dostanę je do rozporządzenia, gdy tylko ukończę lat dwadzieścia jeden. To główny powód, dzięki któremu mrs. Jennett łagodniejszą jest dla mnie, niż dla ciebie. Gdybym też miała kogokolwiek z blizkich, matkę lub ojca, wszystkie pragnienia moje byłyby spełnione.
— Masz mnie — wyszeptał Dick, — na zawsze, na życie całe!
— Tak, będziemy należeć do siebie... na zawsze! Jak to dobrze!
Pogłaskała go pieszczotliwie po ramieniu. Ruch ten i ciemność, panująca już dokoła, ośmieliły Dick’a. Teraz, gdy widział tylko profil Maisie i długie rzęsy, przysłaniające siwe jej oczy, czuł się odważniejszym. Przy drzwiach domu więc wykrztusił nareszcie słowa, które go od dwóch godzin w gardle dławiły.
— Maisie, ja... ja kocham cię — wyrzekł szeptem, który zdawał mu się dźwiękiem swym przejmować świat cały, ów świat, czekający tylko, by on, Dick Heldar, jutro lub pojutrze, pobił go i opanował.
Jaka po powrocie do domu nastąpiła scena, tego powtórzyć niepodobna. Mrs. Jennett gniewała się tym razem nie tylko o bezwstydną niepunktualność, lecz i o strzelanie z broni zakazanej, która go o mało nie zabiła.
Ponieważ policzek, prochem osmalony, nie dał się ukryć, Dick więc nie próbował przeczyć nawet.
— Bawiłem się rewolwerem, kurek spadł i wystrzeliło samo — tłómaczył. — Jeżeli pani jednak myślisz, że mnie za to obijesz, to się srodze mylisz. Nie pozwolę się dotknąć nigdy więcej. A teraz proszę siadać i dać nam herbaty. Z tego jednego przecież nie wykwitujesz nas pani.
Mrs. Jennett zbladła śmiertelnie. Maisie nie odzywała się wprawdzie, lecz wzrokiem zachęcała Ryszarda, który przez cały wieczór najniegodziwiej się zachowywał. Mrs. Jennett, doprowadzona do ostateczności, przepowiadała mu natychmiastową karę niebios, w przyszłości zaś zaprzepaszczenie duszy w otchłaniach piekielnych. Chłopak, rozradowany rajem, jaki w sercu nosił, drwił z tych życzeń pobożnych. Gdy się rozstawiali na dobranoc, cna wdowa odzyskała dopiero panowanie nad sobą, a widząc, iż Dick kłania się Maisie z daleka i to ze spuszczonemi oczami, zawołała złośliwie:
— Jeżeli nie jesteś dżentelmanem, mógłbyś się przynajmniej zachowywać jak człowiek dobrze wychowany. Tymczasem widzę, że znów kłóciłeś się z Maisie.
Znaczyło to, iż powinien, jak zwykle, pocałować ją na dobranoc. Dziewczę zbladło gwałtownie, lecz niemniej z minką wspaniale obojętną nadstawiło policzek. Dick dziobnął go wyciągniętemi ustami i, czerwony po białka, jak kula wypadł z pokoju.
Nocy tej dzikie sny go trapiły. Zdobył świat cały i, złożywszy go w pudełku od ładunków, przyniósł Maisie w ofierze. Ona jednak, zamiast podziękować, odtrąciła skarb ów nóżką, wołając:
— Gdzie jest obroża, którą mi obiecałeś dla Amommy? Och, jakiż z ciebie samolub!




ROZDZIAŁ II.

— Nie jestem w rozterce z publicznością angielską, a jednak z całą przyjemnością rozsypałbym kilka tysięcy godnych jej przedstawicieli wśród tych skał nagich. Może wtedy nie byłoby im tak pilno do porannych dzienników. I cóż ty na to? Wyobraź sobie tylko, jakby tu rozmaite głowy domu: „Miłośnik sprawiedliwości,“ „Stały czytelnik,“ „Paterfamilias“ i inni, kurczyli się na tym żwirze rozpalonym.
— Z niebieską zasłoną nad czołem, a ubraniem całem w strzępach. Ładny widok! Nie ma tam który z was igły? Udało mi się dostać kawał starego worka.
— Dobrze, pożyczę ci grubą iglicę od pakowania, ale dasz mi w zamian sześć cali kwadratowych płótna z owego worka. Kolana mi już na wierzch wylazły.
— Patrzcie go! Sześć cali! Czemu nie sześć akrów, kiedyś taki hojny?... No, daj wreszcie igłę, a zobaczę, może ci zostawię kawałek krajki. Chociaż, co prawda, nie wiem, czy wystarczy jej nawet, aby okryć królewskie me ciało przed tym wichrem zimnym. Dick, co tam znów bazgrzesz w nieśmiertelnym twoim albumie?
— Nic. Szkicuję tylko „Specjalnego korespondenta“ przy naprawianiu podartej garderoby — brzmiała poważna odpowiedź.
Tamten, nie słysząc złośliwej tej uwagi, zdjął tymczasem parę srodze poszarpanych spodni i zaczął przykładać kwadratowy kawałek grubego płótna do największej dziury, która czarną swą paszczę otwierała przed nim. Pojąwszy wreszcie całą rozległość zniszczenia i przyjrzawszy się strzępami obramowanej próżni tam, gdzie sukno niegdyś było, zafrasował się, mrucząc gniewnie:
— Stary worek! Aha! Phi, słuchaj-no, panie sterniku, nie mógłbyś mi czasem pożyczyć wszystkich żagli z tego statku?
Na głośny ten okrzyk w tyle okrętu ukazała się głowa, czerwonym fezem ozdobiona, i pokiwawszy na prawo i na lewo z dziwnem jakiemś skrzywieniem, zniknęła zaraz napowrót.
Człowiek, trzymający w garści podarte spodnie, nie zważał na to, a ubrany tylko w kaftan i szarą flanelową koszulę, pochylał się dalej nad niezdarnem swem szyciem. Dick rysował go ciągle, zanosząc się od śmiechu.
Ze dwadzieścia łodzi, używanych zazwyczaj do połowu wielorybów, rozłożyło się w pobliżu dokoła piaszczystego wybrzeża, najeżonego żołnierstwem angielskiem. Pozbierani z kilku korpusów, używali wywczasu, kąpiąc się, lub piorąc swe szmaty. Kupy całe sznurów, żelaztwa, beczek od cukru, skrzynek od mąki, broni ręcznej i amunicji, wskazywały miejsce, gdzie uszkodzenie nagłe zmusiło do niespodzianego wyładowania statku. Cieśla pułkowy klął właśnie głośno nad niedostateczną ilością cyny, jaką kazano mu zalewać szeroką szparę w boku przechylonej łodzi.
— Tak — mruczał, odwołując się do świata wogóle, — najwpierw pryska sobie ster, otwiera się, niby kwiatek; potem idzie maszt, a w końcu, gdy jej już nic innego nie zostało, rozpęka się sama, jak lotus na chińskich wodach.
— Prędzej, jak moje spodnie; pozwól, kochanku, że cię poprawię, choć nie wiem, kto jesteś — odezwał się zaimprowizowany krawiec, nie podnosząc głowy od roboty. — Dick — dodał nagle, — powiedz, mój chłopcze, kiedy ja znów spotkam się z jakim przyzwoitym sklepem, czy magazynem?
Nie było odpowiedzi. Stanowił ją tylko gniewny szum Nilu, który pędząc wśród ścian bazaltowych, rozbijał się dalej nieco o grzbiet skał nadbrzeżnych i z wściekłości pianą je pokrywał. Zdawało się, iż brunatny prąd wody chce porwać tych ludzi białych, by unieść ich do oddalonej ojczyzny. Właściwa mieliznom nilowym, a niedająca się opisać, ostra woń błota wskazywała wyraźnie, że wody, opadłszy w tem miejscu, uczynią przejazd dla statków ciężkim bardzo na przestrzeni mil kilku. Pustynia dochodziła tutaj do samego prawie koryta rzeki; stąd też stado wielbłądów umieszczone zostało tuż u jej brzegów, wśród drobnych wzgórzy, mieniących się barwą szarą, czerwoną i czarną.
Jakkolwiek od wielu tygodni żadna nie zaszła utarczka, Nil we wściekłym swym biegu tak bardzo nie oszczędzał ludzi, iż dzisiaj żaden już nie ośmielał się oddalić na dzień jeden od flotylli, złożonej z tych olbrzymich łodzi rybackich. Wir następował za wirem, skała za skałą, grupa wysp za rafą podwodną, tak, że wśród przeszkód tych ciągłych stracono już i porządek wyprawy, i kierunek i rachubę czasu nawet. Płynęli, nie wiedząc gdzie; posuwali się na przód, nie zdając sobie sprawy, dlaczego. Przed nimi Nil toczył groźne swe fale, a tam na drugim ich końcu jakiś Gordon walczył przecież o życie w mieście Khartum zwanem. Kolumny wojsk brytańskich uwijały się po pustyni, a raczej po wielu pustyniach; kolumny ich roiły się na wodzie, kolumny stały u wybrzeża, by wsiąść na statki, idące w dół rzeki: nowe wreszcie posiłki czekały w Assuanie. Ponieważ zaś równocześnie opowiadano niestworzone rzeczy o beznadziejnej, dzikiej powierzchni ziemi między Suakimem a szóstą kataraktą, ludzie ci więc byli pewni, iż na czele wyprawy musi stać władza jakaś, która kieruje planem głównym i rozlicznymi ruchami.
Obowiązki owej kolumny Nilowej bardzo były proste: miała ona utrzymywać flotyllę na rzece, — przeciągając zaś statki rybackie przez mielizny, winna była nie niszczyć i nie deptać zboża miejscowych wieśniaków. Poza tem mogli żołnierze spać i jeść, ile się podobało, byle tylko szli coraz dalej, w samą paszczę huczącego Nilu.
Wraz z wojskiem pracowali w krwawym pocie korespondenci gazet. Przyszłość i los wyprawy były dla nich również zakryte. Narażali jednak życie, kierował bowiem nimi cel wyższej wagi. Oto Anglia musiała być zabawiana; musiała przy każdem śniadaniu drżeć z ciekawości, czy Gordon żyje lub umarł, czy połowa armii brytańskiej nie wyginęła wśród gorących piasków pustyni.
Kampania sudańska, jako bardzo malownicza, nadawała się doskonale do żywych opisów, do obrazów, słowami odtwarzanych. Od czasu do czasu zraniono jakiegoś specyalnego korespondenta, co nie przynosi bynajmniej straty pismu, które go wysłało. Częściej walka w blizkich starciach, ciało o ciało, pozwalała na cudowne ocalenie, zasługujące na to, aby je obwieścić światu w telegramie umyślnym, płaconym po ośmnaście pensów za wyraz. Korespondentów tych wreszcie moc była niezliczona. Każdy korpus, każda kolumna, posiadały oddzielnych. Starsi, weterani, postępowali za kawaleryą, która zająwszy w r. 82-im Kair, pozwoliła Arabi’emu-Paszy królem się ogłosić. Inni otaczali Suakim, patrząc na ciągłe niepowodzenia i conocne wycinanie straży. Najmłodsi wreszcie szli na końcu, czepiali się telegrafu, w oczekiwaniu, aż śmierć lub rana ciężka bliźniego pozwoli im miejsce jego zająć.
Wśród najstarszych tych jedynym, który znał wszystkie wybiegi i zdumiewające zmiany urządzeń pocztowych, — jedynym, świadomym rzeczywistej wartości rzeczy, wystawionych na sprzedaż w Kairze lub Aleksandryi, — jedynym wreszcie, który umiał zmusić do uprzejmości urzędnika telegrafu, lub ugłaskać miłość własną świeżo naznaczonego oficera sztabu generalnego tam, gdzie wymagania prasy stawały się nieco uciążliwe, — jedynym człowiekiem takim był ów Torpenhow, przybrany we flanelową koszulę tylko.
Podczas kampanii tej, jak podczas wojny egipskiej i innych, stanowił on głównego przedstawiciela Centralnego Południowego Syndykatu prasy.
Syndykat ów nie troszczył się bynajmniej ani o krytykowanie wyprawy, ani o jej powodzenie. Chodziło mu głównie o dostarczanie masom zajmujących szczegółów wojennych, o malowniczość ich i obfitość. Znając bowiem publiczność swą, wiedzieli, że Anglia cała więcej dozna pociechy i radości nad nieposłuszeństwem żołnierza, występującego z szeregu, by podać dłoń pomocną towarzyszowi, niż nad niewolniczą służbą dwudziestu generałów, którzy wśród troski o szczegóły dostaw i transportów potężnej doczekali się łysiny.
On to spotkał w Suakimie młodego człowieka, siedzącego na skraju świeżo opuszczonej reduty, tak wielkiej, jak dobre pudełko od kapelusza. Nieznajomy ów szkicował właśnie grupę ciał, porwanych na strzępy, a zastygłych na żwirze twardym.
— Po co tu przyszedłeś? — zapytał Torpenhow. Powitanie bowiem korespondenta równa się zazdrosnej indagacyi kupca, gdy spotka kogoś na drodze swego handlu. — Co cię tu sprowadza?
— Własna fantazya — brzmiała odpowiedź.
I nie podnosząc głowy, młody człowiek dodał:
— Nie masz tam tytuniu?
Torpenhow poczekał, aż szkic będzie skończonym, poczem przyjrzawszy mu się dobrze, zapytał raz jeszcze:
— Co tu robisz?
— Nic. Posłyszałem strzały, więc przybiegłem przyjrzeć się utarczce. Chcesz wiedzieć, kim jestem? A to mam zajęcie przy malowaniu statków; należę do załogi jednego z nich, nie wiem nawet którego.
— Czy często tak rysujesz? — podjął Torpenhow, zbliżając się do nowej znajomości.
Młody człowiek przewrócił karty albumu, pokazując inne szkice.
— Wyprawa na chińskim okręcie — objaśniał, podając mu jeden rysunek po drugim. — Zasztyletowanie dowodzącego. Przewodnik mułów pod batami. Napad na obóz w Berberyi. Żołnierze, zamordowani u bram Suakimu, leżący w świetle księżyca. Podrzynanie gardeł...
— Hm — przerwał Torpenhow, — nie mogę powiedzieć, abym przepadał za sztuką w rodzaju Wereszczagina. Za gusta jednak nikt nie odpowiada. Czy wykończasz co większego teraz?
— Nie. Bawię się tutaj.
Torpenhow spojrzał dokoła, na pustkę, rozpaczne czyniącą wrażenie.
— No, nie wiele ci, widać, do zabawy potrzeba. Czy masz przynajmniej pieniądze?
— Dosyć, jak na moje wydatki. Słuchaj, chcesz, abym się zaciągnął do pracy wojennej?
Ja? Ani myślę! Mój syndykat jednak to co innego. Rysujesz nieźle, co prawda, a przytem sądzę, iż nie będziesz dbał o wysoką zapłatę.
— Tym razem... być może. Chodzi mi bowiem o sposobność wybicia się.
Torpenhow przejrzał ponownie szkice, a kiwając nad nimi głową, zauważył:
— Masz racyę, iż chcesz się dać poznać, i dobrze czynisz, chwytając za pierwszą ku temu okazyę.
Odjechał szybko, kierując się przez bramę Dwóch wojennych okrętów; minąwszy zaś szosę, wpadł do miasta, gdzie w chwilę później telegrafował do swego syndykatu:
„Odkryłem rysownika. Dobry i tani. Czy zawrzeć układ? Szkice z opisami, wielkie wrażenie.“
Ów człowiek siedział tymczasem dalej na swej reducie, a bujając nogami, mówił w zamyśleniu:
— Wiedziałem, że wcześniej czy później sposobność znaleźć się musi. Na szatana! jeżeli ze sprawy tej żyw wyjdę, będziecie wy mnie prosić w pocie czoła o świstek każdy!
Tegoż jeszcze wieczora Torpenhow mógł zawiadomić nowego swego przyjaciela, iż Centralna Agencya Południowa zgadza się przyjąć go na próbę trzymiesięczną, płacąc przez czas ten wszelkie poniesione przez niego wydatki.
— Skoro zaś tak rzeczy stanęły, powiedz mi, jak się nazywasz — dorzucił Torpenhow.
— Heldar. Czy zostawiają mi pełną swobodę?
— Wzięli cię na próbę. Twoja rzecz wybór usprawiedliwić. Radzę, zamiast swobody, trzymaj się lepiej mojej osoby. Idę właśnie w głąb kraju z przeznaczoną tam kolumną, uczynię więc dla ciebie, co będzie w mej mocy. Daj mi kilka szkiców, tu już wykonanych, a poślę im od razu.
W myśli zaś dodał:
— Najlepszy to interes, jaki Centralnej Agencyi udało się zawrzeć kiedykolwiek, nie licząc, że i mnie przecież mają za psie pieniądze.
W ten więc sposób Dick, po odkupieniu się za pomocą końskiego mięsa i rozmaitych finansowo-politycznych układów, zaliczony został do Nowego a Czcigodnego Bractwa korespondentów wojennych. Członkowie jego posiadali niezaprzeczone prawo pracowania, ile tylko siły ludzkie wydołać mogą, oraz otrzymywania w zamian takiej zapłaty, jaką się Opatrzności i właścicielom Syndykatu wydzielić im spodoba.
Do przywilejów tych przybywają jeszcze z czasem, o ile druh okaże się tego godnym, inne skarby. A więc wolno mu posiąść wymowę, której żadna ludzka istota oprzeć się nie zdoła, szczególniej jeżeli chodzi o trochę pożywienia lub miejsce do wyciągnięcia kości strudzonych. Dalej winien on wyrobić sobie: oczy koniokrada, zdolności kucharza, siły wołu, strawność strusia i nieskończoną podatność w stosowaniu się do wszelakich okoliczności. Wielu z nich jednak umiera, nie dosięgnąwszy, niestety, tego stopnia doskonałości. Wytrwalsi zaś, powróciwszy do Anglii, chodzą w zwyczajnych tużurkach, tak, że sława ich i wspaniałość nie zostaje należycie ocenioną przez tłumy.
Dick pozwolił, aby Torpenhow wiódł go z sobą wszędzie, gdzie mu się tylko podobało. Wspólnemi siłami zdołali oni dokonać rzeczy, które ich prawie zadawalniały. Życie, jakie tu pędzili, nie było łatwem bynajmniej; trudności zaś przezwyciężane musiały ich zbliżyć ku sobie.
Nie mogło być zresztą inaczej. Jedli z jednej miski, pili wodę z tej samej butelki, dzielili wszystko, dolę i niedolę, a co najważniejsza, we wspólnej kopercie odsyłali swe prace. Dick to, jako więcej przedsiębiorczy, upoił telegrafistę w palmowej chatce, daleko poza drugą kataraktą, i podczas gdy urzędnik spał na podłodze snem błogosławionych, on dobrał się do informacyi, z trudem zdobytych, przesyłanych zaś przez innego korespondenta wrogiemu a współzawodniczącemu z nimi syndykatowi. Dick również, skopiowawszy papiery te starannie, przyniósł je Torpenhowowi. A że na wojnie i w miłości podstęp uchodzi, publiczność więc angielska czytała wkrótce doskonały artykuł, oparty na faktach, zdobytych przez rywala.
Torpenhow znów, — ale nie, trudno opowiadać; dzieje bowiem wspólnych ich wypraw, od Philac do dzikich pustek Heravi i Muella, tomyby całe zapełniły. Uwięzieni i zamknięci razem, drżeli, aby wzburzone żołdactwo nie rozstrzelało ich na miejscu. Innym razem walczyli wspólnie, w szarem świetle poranku, z jucznymi wielbłądami; przebiegali wielkie przestrzenie, na niestrudzonych egipskich kucach, wśród ciszy gnębiącej, a pod promieniami słońca, które zdawały się mózg wypalać; pluskali się wreszcie razem w falach Nilu, gdy statkowi rybackiemu, na którym obrali sobie schronienie, podobało się rozerwać boki o skałę ukrytą.
Wskutek przygody tej właśnie siedzieli teraz obaj na wybrzeżu piaszczystem, podczas gdy łodzie przewoziły resztę kolumny wojskowej.
— No — zawołał Torpenhow, dodawszy ostatni ścieg do zbyt długo zaniedbanego ubrania, — trzeba przyznać, że się udała.
— Co? Łata, czy kampania? Bo co do mnie, nie zachwycam się ani jedną, ani drugą.
— Jesteś wymagający. Chciałbyś może przenieść Euryalus’a przez trzecią kataraktę, lub mieć już w Jakdul z ośmdziesiąt jeden tonn broni? Ja tam umiem być zupełnie ze spodni mych zadowolony.
I obracał się z powagą clowna, pokazując je na wsze strony.
— Śliczna łata! Szczególniej podobają mi się litery, w pośrodku niej wyryte: G. B. T. Jeżeli się nie mylę, oznaczają one po angielsku: Rządowe stada cieląt. Worek musiał z Indyi pochodzić.
— Bardzo proszę, to moje inicyały, moje cyfry; G. B. T. znaczy: Gilbert-Belling-Torpenhow. Dla miłości ich nawet płótno to ukradłem. Patrz-no, co te wielbłądy wyrabiają!
Torpenhow przysłonił ręką oczy, spoglądając w stronę wybrzeża, na którem zostawiono zwierzęta.
Równocześnie rozległ się gwałtowny odgłos trąbki, a kto żyw, rzucił się do sukien i broni.
— Żołnierze pizańscy, zaskoczeni w kąpieli — zauważył Dick spokojnie. — Wszak pamiętasz ten obraz Michała-Anioła? Wszyscy początkujący malarze kopiują go przecież. Spojrzyj tylko, te wywłoki otoczone są bodaj przez nieprzyjaciela.
Oddział wielbłądzi nawoływał piechurów, aby mu śpieszyli na pomoc; krzyki zaś, dochodzące z dołu rzeki, wskazywały jasno, że i reszta kolumny spostrzegła niebezpieczeństwo i bieży zagrożonym na pomoc. Piaszczyste wydmy, skały nadbrzeżne i poblizkie pagórki, wszystko to tak szybko zaroiło się uzbrojonymi ludźmi, jak szybko powierzchnia wody marszczy się pod wiatru podmuchem.
Na szczęście, zamiast strzelać, wróg zatrzymał się na pewnej odległości, nawołując i gestykulując radośnie. Jednemu z ludzi tych przyszło nawet na myśl zacząć opowiadanie jakiejś długiej historyi. Oddział na wielbłądach nie dawał również ognia. Zadowolony z darowanej mu chwili, usiłował doprowadzić do porządku swe szeregi. Żołnierze z wydmy piaszczystej pośpieszyli tymczasem zagrożonym na pomoc, a statki, przyholowane do najbliższego brzegu, opróżniono z całej załogi, tak, że straż tylko i kilku chorych pozostało na ich pokładzie.
Mówca arabski skończył tymczasem okrzyki, a przyjaciele jego zawyli radośnie.
— Wyglądają na wojsko Mahdi’ego — mówił Torpenhow, torując sobie łokciami drogę na czoło szeregów. — Robią przytem wrażenie kilku tysięcy ludzi! Dziwna rzecz, wiem przecież, że pokolenia okoliczne nie są przeciw nam zbuntowane.
— W takim razie Mahdi zdobył znów jakieś miasto i uwolnił wszystkich tych wrzeszczących dyabłów, aby nas żywcem pożarli — odparł Dick. — Pożycz lunety; zobaczę i ja, co to za jedni.
— Straże powinny były ostrzedz wojsko. Wpadliśmy widocznie w zasadzkę — wtrącił jeden z podwładnych. — Cóż, czy nasi nie myślą zacząć strzelać? Zmiłujcie się, ludzie, prędzej!
Nie potrzeba tu było żadnych rozkazów. Żołnierze rzucali się sami w szeregi czworoboku, z doświadczenia bowiem wiedzieli, że kto poza nim zostanie, tego niezawodna a bardzo niemiła śmierć czeka. Małe, stopięćdziesięciofuntowe armatki, ustawione na czele, rozpoczęły muzykę, podczas gdy cały korpus posunął się na przód, w celu zajęcia najbliższego wzgórza. Wszyscy oni walczyli już dziesiątki razy w ten sposób, atak więc nic nie przedstawiał dla nich nowego. Zawsze to samo pośpieszne formowanie się, ta sama dusząca atmosfera kurzu i zapach skóry, zawsze niespodziany a jak strzała szybki napad nieprzyjaciela. Dalej nacisk na najsłabszą stronę czworoboku, złamanie go i walka na noże, ręka w rękę, ciało o ciało, walka rozpaczna, po której następuje znów cisza pustyni... Przerywa ją tylko dzikie wycie tych, których garstka kawaleryi gonić usiłuje. Ta jednostajność utarczek, znieczuliła ludzi. Stali się obojętni, niedbali. Armaty huczały w rzadkich przerwach, czworobok zaś posuwał się na przód wśród mruczącego protestu wielbłądów. Potem nastąpił atak trzech tysięcy ludzi, którzy nie nauczyli się z książek, iż niepodobieństwem jest iść w ścieśnionych szeregach na ogień broni odtylcowej.
Zbliżali się więc, wysławszy, jako zapowiedź, kilka strzałów. Prowadziła ich do boju garść ludzi na koniach, za nimi jednak reszta przedstawiała jedną brutalną a zbitą masę ciał nagich, pijanych wściekłością, zbrojnych zaś w lance i miecze tylko.
Instynkt pustyni, gdzie wiecznie toczy się walki, powiedział im od razu, iż prawa strona czworoboku najsłabszą będzie. W jednej też chwili opuścili front, zwracając atak w tamtym kierunku. Kule armatnie dziesiątkowały ich tymczasem, przecinając wśród tego zbitego w masę mięsa ulice i szpalery, podobne do owych ścieżynek wygracowanych, jakie się spostrzega nieraz z okna wagonu, w ogrodach, otaczających zalotne wille przydrożne. Równocześnie zaś karabinowy ogień piechoty, powstrzymywany dotąd, setkami kładł nagie te ciała na miejscu.
Żadne cywilizowane wojsko tego świata nie zniosłoby piekła, przez jakie oni przechodzili.
Żywi skakali do góry, aby uniknąć umarłych i konających, którzy chwytali za nogi ich, stóp się czepiając; ranni potykali się, padali i znów podnosili, dążąc wśród klątw na przód, aż konali wreszcie, tworząc całą powodzią ciał czarnych, na prawym boku szczególniej, istną tamę, przez którą dalsze zastępy przebić się już nie mogły.
Znużone więc, pyłem pokryte wojska skłębiły się razem, a błękit nieba zniknął pod chmurą gryzącego dymu. Kupy łachmanów, jak hubka suchych, drobne kamyki na rozpalonym piasku, stały się naraz przedmiotami cennymi, drogowskazami dla tych ludzi nieszczęsnych, którzy, pasując się ze śmiercią, sądzili, że znajdą ocalenie, gdy doczołgają się do upatrzonej gałęzi lub krzemienia.
Nikt tu nie dbał o pozory nawet walki regularnej. Nie wiedziano, czy nieprzyjaciel atakuje wszystkie skrzydła, czy jeden tylko bok czworokątu. Nie obchodziło ich to zresztą wcale. Zadaniem każdego było niszczyć i zabijać to, co się tuż przed nim znajdowało; mordować bagnetem tego, który stał najbliżej; dobijać rannych, ściągać na dół napastnika, dopóki kolba czaszki jego nie roztrzaskała.
Dick stał spokojnie, z boku, z Torpenhow’em i młodym doktorem. Bezczynne to wszakże oczekiwanie zdawało mu się męczarnią. O niesieniu pomocy rannym nie mogło być mowy nawet, dopóki atak odpartym nie zostanie. Wszyscy trzej więc posunęli się ostrożnie ku prawemu, najsłabszemu skrzydłu.
Wtem zrobił się ruch na zewnątrz i z charakterystycznym zgrzytem siekających lanc wypadł z szeregu człowiek jakiś na koniu, za nim zaś, wyjąc i tłukąc, pędziło ze trzydziestu innych. Szeregi ścieśniły się i zamknęły za nimi natychmiast, z innych zaś stron pośpieszono osaczonemu z pomocą.
Ranieni, wiedząc, że nic im już nie zostaje, że i tak życie ucieka, chwytali w głuchej wściekłości zastępy uciekających, a czepiając się szat ich, szarpiąc za ciało, ściągali i obalali na ziemię. Odważniejsi lub silniejsi czołgali się do porzuconych karabinów i, podjąwszy je, strzelali w grupę skłębioną.
Wśród zamieszania tego Dick poczuł nagle, iż ktoś wymierzył mu silne cięcie przez Środek hełmu. Wiedział, że on w zamian skierował lufę swego rewolweru w twarz czarną, pianą wściekłości pokrytą, w twarz, która przestała już przypominać ludzkie oblicze. Pamiętał jeszcze, że Torpenhow wił się równocześnie w walce z zaciekłym Arabem, któremu na próżno usiłował wymierzyć cios w same oczy, — że doktor uderzał bagnetem, na chybi trafi, gdzie się uda, a jakiś żołnierz z odkrytą głową strzelał, celując karabinem przez ramię Dick’a, któremu nawet proch policzek osmalił. Co się jednak dalej działo, o tem nie miał już pojęcia. Instynktem tylko kierowany zwrócił się w stronę Torpenhow’a.
Przedstawiciel Południowego Syndykatu, uporawszy się tymczasem z zaciekłym Arabem, palce w krwi zbroczone o spodnie ocierał. Arab zawył głośno, a chwyciwszy się obu dłońmi za głowę, skoczył wprost na przeciwnika. Torpenhow jednak, dyszący ze znużenia, stał już pod obroną rewolweru Dick’a. Dwa strzały, rzucone szybko, powaliły na miejscu Araba. Twarz jego, do góry zwrócona, błyszczała bielmem jednego oka, podczas gdy krwawa jama wskazywała miejsce, gdzie drugie się znajdowało.
Zdwojony ogień wystrzałów mieszał się w tej chwili z okrzykami tryumfu. Napad został zwycięzko odparty. Nieprzyjaciel cofał się, pierzchał, tyły podając. Jeżeli środek czworoboku przypominał jatki, pustynia poza nim przybrała cechy sklepu rzeźniczego.
Dick zwrócił się raz jeszcze w środek rozszalałej hordy. Była to drobna resztka nieprzyjaciela, która również szybko rzuciła się do ucieczki. Garść kawaleryi angielskiej, bardzo szczupła zresztą, puściła się w pogoń za maruderami.
Poza linią poległych leżał Arab rosły, krwią oblany. Słońce, zachodzące na skraju pustyni, odbiło się w ostrzu jego lancy, zamieniając krew, żelazo i wszystko w jedną ognistą plamę.
— Usuń się, ty bydlę dzikie! — zawołał ktoś równocześnie.
Dick podniósł rewolwer, mierząc w Araba. Ten widok jednak zachodu, ta plama krwawa, wstrzymały jego rękę. Zdawało mu się, iż dochodzi go jakiś szmer, jakiś szum, niby odgłos poblizkiego morza... Przytem rewolwer i to światło czerwone... a dalej... dalej głos niewyraźny... Gdzie on to wszystko słyszał? Czyby w przeszłem życiu?
Dick czekał, wspomnieniem uniesiony. W tejże jednak chwili coś zdawało się łamać w jego głowie i ogarnęła go nagle ciemność, ciemność straszna, która ból mu sprawiała. Strzelił bezwiednie, a podczas gdy kula leciała gdzieś, hen, w piaski pustyni, usta jego wyszeptały:
— Nie trafiłem do celu; szkoda, niema już ładunków. Biegnijmy teraz na herbatę.
Podniósł rękę do głowy. Gdy ją odjął, była cała krwią zbroczona.
— Cóż to, stary, skrobnęli cię szpetnie? — posłyszał nad sobą głos Torpenhow’a. — Oberwałeś, broniąc mnie poniekąd; dziękuję ci i nie zapomnę o tem. Ale wstań; nie możesz przecież leżeć tutaj.
Dick opadł ciężko na podnoszące go ramię, usta zaś jego szeptały równocześnie niezrozumiałe słowa, zalecały komuś celować nizko i na lewo. Z ostatnim wreszcie wyrazem runął na ziemię.
Torpenhow zawlókł go do doktora, poczem sam usiadł pisać co prędzej sprawozdanie o starciu, które podobało mu się nazywać „krwawą walką, uwieńczoną zupełnem powodzeniem wojsk naszych i t. p.“
Nocy tej, podczas gdy wojska rozłożyły się tuż przy łodziach, na piaszczystem wybrzeżu, oblana silnem światłem księżyca skakała jakaś postać czarna, wołając: że przeklęte Khartum zostało obalone — obalone — obalone; że dwa statki rozbito na Nilu, tuż u bram miasta; z załogi nie ocalała ani żywa dusza, a Khartum obalone — obalone — obalone!
Torpenhow nie zwracał na to uwagi. Czuwał nad Dick’iem, który ze źrenicami szeroko otwartemi, a wlepionemi w Nil bezdenny, wzywał Maisie — Maisie — i znów Maisie!
— Patrzcie, co za fenomen — mruknął Torpenhow, poprawiając kołdrę na chorym. — Oto mężczyzna, żywy przecież i na podobieństwo innych stworzony, a który wspomina imię jednej tylko kobiety. Nie pierwszą już widzę gorączkę, takiego jednakże bredzenia w malignie nie zdarzyło mi się słyszeć. Dick, napij się trochę...
— Dziękuję, Maisie — brzmiała odpowiedź.




ROZDZIAŁ III.

Wojna sudańska należała już do przeszłości, rana zaś na głowie Dick’a od kilku miesięcy zagojoną została. Przyszedłszy do siebie, otrzymał on pewną sumkę od Centralnego Południowego Syndykatu w zamian za prace swe, które — jak mu to nie omieszkano nadmienić — nie zupełnie jednak dorosły do poziomu, wymaganego przez wydawnictwa syndykatu. Dick list odebrany w Kairze rzucił w nurty nilowe; spieniężywszy zaś w temże mieście nadesłany mu przekaz, pożegnał najserdeczniej Torpenhow’a, wracającego do Anglii.
— Muszę poleżeć czas jakiś i wypocząć — mówił główny korespondent. — Nie wiem, gdzie zamieszkam w Londynie, lecz sądzę, że, jeżeli Bóg pozwoli, spotkamy się jeszcze. Ale po co ty zostajesz tutaj? Jeżeli liczysz na możliwość nowej wojny, to się mylisz. Nastąpi ona wtedy dopiero, gdy wojska nasze zajmą napowrót Sudan południowy. Zapamiętaj moje słowa i do widzenia! A przyślij mi swój adres.
Dick włóczył się po Kairze, Aleksandryi i Port-Saidzie, — głównie po Port-Saidzie. Niegodziwość spotyka się w wielu zakątkach świata, występek — we wszystkich. Takiej jednak skoncentrowanej esencyi nieprawości, niegodziwości i występku, z jakich słynie Port-Said, nie znajdziesz na żadnym ze stałych lądów kuli ziemskiej. Zbiór to szumowin ze wszystkich miejsc podobnego rodzaju. W środku też jaskini tej, otoczonej zewsząd piaskami, nad którymi złudne unoszą się miraże, zobaczysz wielu mężczyzn i kobiet, znanych ci dawniej w innych krajach.
Dick umieścił się w otoczeniu więcej burzliwem, niż przyzwoitem. Wieczory spędzał na wybrzeżu, przyglądając się okrętom, gawędząc ze znajomymi. Spotykał więc piękne Angielki, widziane już na werendzie hotelu Shepheard’a, — korespondentów wojennych, w wiecznym żyjących pośpiechu, — marynarzy, przysłanych wraz z flotą na czas wojny, a dziś wracających radośnie do domu, — mnóstwo wreszcie oficerów i całe gromady ludzi mniej szanowanego fachu.
Zyskiwał on tu rzadką sposobność studyowania ludzi wszelkich ras i narodowości, a co więcej — studyowania ich w świetle potężnych wzruszeń i namiętności. Widywał hordy te przy stołach gry, w knajpach, w tanecznych piekłach, wszędzie wreszcie. Jeżeli silne wrażenia zbrzydły mu, miał na odpoczynek piękny krajobraz kanału i piasków błyszczących, istne szeregi okrętów, a wreszcie białe szpitale, gdzie leżeli biedni angielscy żołnierze.
Korzystając z bogactwa materyału, próbował odtworzyć go bądź na sucho, kredą czarną i białą, bądź farbami, naśladującemi gorące barwy rzeczywistości. Gdy okazy przez Opatrzność zesłane spowszedniały mu, szukał nowego materyału. Było to zajęcie miłe, pełne niespodzianek i rozmaitości, lecz, niestety, wyczerpywało fundusze, a i tak już wziął naprzód owe sto dwadzieścia funtów, jakie stanowiły roczną rentę jego, z ojcowizny wyciągniętą.
— Teraz trzeba będzie pracować i... może z głodu umrzeć — myślał, zwracając się do nieznanej swej przyszłości, gdy najniespodziewaniej nadszedł z Anglii telegram od Torpenhow‘a, zawierający lakoniczne te słowa:
„Wracaj szybko. Udało ci się. Przyjeżdżaj.“
Uśmiech zadowolenia rozpromienił jego lica.
— Tak prędko! — zawołał. — To mi dobra nowina! Pozwalam sobie na orgię dzisiejszego wieczora; trzeba wypróbować szczęście, trzeba mu pokłon złożyć. Co prawda, w porę przychodzi.
Złożył połowę swych kapitałów w ręce dobrych znajomych, Monsieur et Madame Binat, i obstalował najszaleńszy taniec zanzibarski. Monsieur Binat był tak uraczony, iż zataczał się potężnie, Madame jednak przyjęła propozycyę z uprzejmym uśmiechem.
— Monsieur zażąda, rzecz prosta, krzesła — mówiła łamaną, międzynarodową gwarą — i Monsieur będzie pewno szkicować. Już-to Monsieur dziwne ma, co prawda, pojęcie o zabawie.
Sina twarz Binat’a wychyliła się w tej chwili z drugiego pokoju.
— Rozumiem — bełkotał. — Rozumiem. Wszyscy tu znamy pana. Monsieur jest takim artystą, jakim ja niegdyś byłem.
Dick skinął twierdząco głową.
— Piękny to fach — ciągnął Binat poważnie, — piękny. Ale w końcu i Monsieur, tak jak ja, zstąpi żywcem do piekła.
Zaśmiał się szyderczo.
— Musisz i pan wziąć udział w tańcach — mówił Ryszard tymczasem. — Potrzebny mi będziesz.
— Dla typu? Nie prawdaż? Wiedziałem, że do tego przyjdzie. Dla typu? Boże, mój Boże! dla typu, dla strasznego upadku, w jakim się pogrążyłem! Nie, nie chcę, nie przyjdę... Zabierzcie go stąd precz! Zabierzcie go... to wcielenie szatana! Albo nie; niech zostanie; tylko słuchaj, Céleste, zażądaj od niego dużo więcej.
I zacny papa Binat zaczął podrygiwać wyjąc z radości.
— Mój mąż ma racyę — przyznała Madame. — W Port-Said wszystko jest na sprzedanie. Jeżeli więc obecność jego może być potrzebną panu, zapłacisz w zamian więcej; nie wiele zresztą: pół... pół... eh, jakżeż tam pieniądz ten nazywacie? Pół suwerena.
Cena z góry uiszczoną została, a taniec ów szalony, taniec furyi, urządzono o północy, na podwórzu, dotykającem domu państwa Binat, a murem wysokim opasanem. Sama Madame, w jedwabiu słomkowej barwy, spadającym ustawicznie z żółtych jej ramion, wtórowała na fortepianie dźwiękom blach wielkich, w jakie bili krajowcy. Przy odgłosie piekielnego tego hałasu, przy świetle lamp naftowych, nagie zanzibarskie dziewczyny zawodziły tan dziki.
Binat siedział z dala na krześle, przyglądając się mętnemi źrenicami, które zdawały się nie rozróżniać przedmiotów nawet. Stopniowo jednak wir tańca i dźwięki rozbitego fortepianu zaczęły rozpalać spirytus, który w żyłach jego krew zastępował; oczy ożywiły się, lica błyszczały. Wtedy to Ryszard pochwycił go brutalnie za podbródek i twarz tę ku światłu odwrócił. Madame Binat, spojrzawszy równocześnie przez ramię, uśmiechnęła się do nich, odsłaniając wszystkie zęby.
Dick, oparty plecami o mur, szkicował godzinę przeszło. Lampy jednak naftowe zaczęły w końcu czadzić i przygasać, a dziewczęta, z sił wyczerpane, rzuciły się, dysząc, na ziemię. Zamknąwszy też z trzaskiem album, chciał się usunąć, gdy Binat pochwycił go błagalnie za łokieć.
— Pokaż mi — wybełkotał. — I ja przecież byłem kiedyś artystą... ja nawet.
Dick odsłonił zarys szkicu.
— Co? to ma być moje oblicze? — wykrzyknął przerażony. — Chcesz może zabrać to z sobą, by pokazywać całemu światu, że tak wygląda Binat?
Jęknął i załkał głucho.
— Monsieur zapłacił za wszystko — wtrąciła pani. — Monsieur ma prawo do tych rysunków. Do widzenia, do miłego widzenia, Monsieur.
Skrzypnęły wrota podwórza i zatrzasnęły się za Ryszardem, który podążył piaszczystą ulicą wprost do jaskini gry, znanej mu od dawna.
— Jeżeli szczęście mi posłuży, wezmę to za przepowiednię na przyszłość — mówił do siebie. — W razie bowiem przegranej będę musiał pozostać w tej dziurze.
Rozłożył pieniądze malowniczo na brzegu stołu i nie śmiał prawie patrzeć na nie. Szczęście jednak wiernem mu było. Trzy pierwsze obroty koła wzbogaciły go o dwadzieścia funtów. Uznając to za dostateczne, przestał grać, by, poszedłszy prosto do portu, zapoznać się tam z kapitanem starej okrętowej rudery. Zamówione na niej miejsce nie przewyższało ceną jego funduszów, statek zaś wysadził go na bruk Londynu z tak skromnym zapasem pieniędzy, iż wolał o czarnym tym punkcie nie myśleć nawet.


Delikatna, szara mgła zawisła nad stolicą, na ulicach zaś przejmujące panowało zimno. Nic dziwnego, w Anglii cieszono się latem właśnie.
— I tu dziczyzna swego rodzaju; milsza wprawdzie, ale niemająca ochoty zmienić się na lepsze — myślał Dick, idąc od portu w stronę zachodnią miasta. — No, a teraz ciekawa rzecz, co ja dalej zrobię?
Domy ciasne, przepełnione, żadnej na pytanie to nie dały odpowiedzi. Dick patrzył ciekawie na długą, pozbawioną światła ulicę i żywy jej ruch handlowy.
— Poczekajcie — mówił, zwracając się do kilku wspanialszych kamienic, stojących nieco na uboczu. — Poczekajcie, przyjdzie i na was kolej. Będziecie musiały jeszcze dostarczać mi całego szeregu lokajów i służebnych, starać się o królewskie skarby dla mnie.
Cmoknął wymownie ustami.
— Nie lękajcie się — ciągnął. — Postaram się tymczasem o ubranie i buty dość mocne, abym was nimi mógł kopnąć z całej siły.
Illustrując słowa, machnął nogą i spostrzegł... potężną dziurę w kamaszu. Cały bok pękł wzdłuż podeszwy. Dick zatrzymał się, aby obejrzeć szkodę; w tejże jednak chwili przechodzień jakiś zepchnął go w sam rynsztok.
— Bardzo dobrze — powiedział sobie. — Jedna to jeszcze kreska w rachunku. Przyjdzie i na mnie kolej; będę i ja was spychał do rynsztoka.
Mocne obuwie i porządne suknie nie są rzeczą tanią. Dick, wychodząc z ostatniego magazynu, spostrzegł, iż, obok przyzwoitego ubrania na czas jakiś, posiada tylko pięćdziesiąt szylingów w kieszeni. Powrócił do miasta i umieścił się w pokoju, w którym pościel na łóżku, w przewidywaniu złodziejstwa, szczególnymi opatrzona była znakami. Gdy nadesłano mu nowy garnitur, przywdział go natychmiast i poszedł do biura Centralnego Południowego Syndykatu, prosząc o adres Torpenhow’a. Udzielono mu go najchętniej, nadmieniając, że z rachunku za rysunki, nadsyłane z Afryki, pozostała tu jeszcze dla niego, Ryszarda Heldar, pewna kwota pieniędzy.
— Ile? — zapytał Dick z taką miną, jak gdyby zazwyczaj z milionami miał tylko do czynienia.
— Trzydzieści kilka, do czterdziestu funtów. Gdyby panu na tem zależało, możemy, rzecz prosta, wypłacić je zaraz. Zazwyczaj jednak regulujemy rachunki miesięcznie tylko.
— No, jeżeli okażę pośpiech, jeżeli przeczują, że jestem w potrzebie, będę zgubiony — myślał artysta; głośno więc dodał: — Och, nie mogę drobnostką taką zabierać czasu ani panu, ani sobie; tem więcej, że mi pilno, wyjeżdżam bowiem bezzwłocznie na wieś na miesiąc cały. Raczy pan więc wstrzymać się z rachunkiem aż do mego powrotu.
— W każdym jednak razie, mamy nadzieję, panie Heldar, iż nie zechcesz zrywać stosunku z nami?
Głównem zadaniem w życiu Dick’a było studyowanie ludzkich fizyognomii; i teraz więc nie spuszczał oka z mówiącego, śledząc bacznie wyraz jego rysów.
— Ten człowiek ukrywa myśl jakąś; chce mnie naciągnąć — rozumował w duchu. — Nie dam mu żadnej odpowiedzi, nie zwiążę się niczem, dopóki nie zobaczę Torpenhowa. Tu musi o duże rzeczy chodzić.
Pożegnał się więc i powrócił do swego ubogiego pokoiku, położonego w portowej dzielnicy miasta. Był to dopiero siódmy dzień miesiąca, który, jak to Dick pamiętał doskonale, trzydzieści jeden dni takich liczył! Trzeba było jednak czekać do pierwszego.
Przeżyć dwadzieścia cztery doby za pięćdziesiąt szylingów — zadanie to niełatwe dla człowieka o guście wyrobionym i zdrowym apetycie młodości. Rzeczą zaś mniej jeszcze przyjemną jest czynienie doświadczeń takich, gdy się kto znajdzie rzuconym samotnie wśród wielkiego mrowiska Londynu.
Mieszkanie, zajmowane przez Dick’a, zgodzone było siedm szylingów tygodniowo; pozostawał mu więc szyling jeden niespełna na całodzienne utrzymanie, na jedzenie, picie i t. p. Pierwszym zaś, pomimo tego, wydatkiem było zakupienie materyałów malarskich i rysunkowych. Wszak i tak musiał zbyt długo już obywać się bez nich. Wyżywić się za pozostałe fundusze istną stanowiło sztukę.
Po całodziennych obliczeniach i porównaniach przyszedł wreszcie do przekonania, że kawałek kiełbasy i talerz tartych kartofli, wszystko razem w cenie dwóch pensów, to wcale przyzwoite i smaczne pożywienie. Otóż kiełbaski, raz lub dwa razy tygodniowo, na śniadanie są dosyć znośną potrawą; na drugie śniadanie, z kartoflami, przejadają się szybko. Na obiad zaś, jako główna jego podstawa, stają się prostą impertynencyą.
Po upływie trzech dni Dick nie mógł już patrzeć na kartofle z kiełbasą i, zastawiwszy zegarek, uraczył się, dla odmiany, główką baranią. Zawiódł się wszakże; potrawa ta, dzięki kościom oraz obfitości sosu, nie jest tak tanią, jakby się to zdawać mogło. Powrócił więc do kartofli z kiełbasą. Następnego dnia ograniczył się na tartych ziemniakach tylko; był jednak bardzo nieszczęśliwy, wskutek osłabienia i boleści, jakie mu dyeta podobna przyniosła. Wtedy to, rozmyślając ze smutkiem o szczęśliwych czasach, w których rozrzucał pieniądze, poszedł zastawić kamizelkę i krawat. Niewiele to jednak pomogło. Kosztem też własnym przekonał się wkrótce, iż nic tak nie zaostrza bystrości w sądzeniu ludzkich twarzy, jak odzywające się, wbrew naszej woli, kurcze głodowe.
Wśród rzadkich swych wycieczek — Ryszard nie lubił teraz wychodzić, spacery bowiem były istną pokusą, narażającą go na ciągłe pożądania, — otóż wśród wycieczek tych przyuczył on się dzielić ludzi na dwie kategorye. Do pierwszej należeli tacy, którzy, sądząc po pozorach, mogliby mu dać zjeść cokolwiek; do drugiej ci, których powierzchowność nie budziła złudzeń pod tym względem.
— Nie przypuszczałem nawet — myślał, — iż w zakresie fizyognomiki istnieje tyle szczegółów, nieznanych mi dotąd.
W zamian za pokorę tę Opatrzność wynagrodziła go natychmiast. Tegoż samego dnia bowiem dorożkarz jakiś, stołujący się w tejże co on garkuchni, pozostawił z obiadu kawał niedojedzonego chleba. Dick pochwycił go; był nawet w stanie walczyć z całym światem o tę nadłamaną kromkę. Parę jej kęsów posiliło go i ożywiło.
Miesiąc, wlokący się wolno, niedołężnie, minął nareszcie. Ryszard, pełen radości, pobiegł po pieniądze swe do Syndykatu. Odzyskawszy je, pojechał natychmiast odszukać Torpenhow’a. Na korytarzu już nozdrza jego wciągały z rozkoszą zapach świeżo smażonego mięsa. Afrykański korespondent mieszkał u szczytu domu, pod dachem nieledwie. Gdy Dick wpadł jak bomba, przyjęły go szeroko rozwarte ramiona i uścisk gorący, a tak silny, że gość z trudnością żeber się własnych doliczył.
Torpenhow, rzuciwszy jednym tchem cały szereg pytań, pociągnął go szybko ku światłu.
— Co tobie? Wychudłeś strasznie!
— Litości! Czy nie masz nic do zjedzenia? — pytał Dick, badając pokój wzrokiem zgłodniałego wilka.
— Za chwilę przyniosą mi śniadanie. Może chcesz kiełbasek?
— Wszystko, byle nie kiełbaski! Czy wiesz, Torp, że ja trzydzieści dni i trzydzieści nocy umieram z głodu na tem przeklętem końskiem mięsie?
— A cóż za obłęd znów cię opanował?
Dick opowiedział dzieje ostatnich tygodni, nie owijając nic w bawełnę. Skończywszy smagać się własnemi słowami, rozpiął tużurek. Pod spodem widniał brak kamizelki.
— Cienko było ze mną, bardzo cienko — kończył; — ale jakoś przetrzymałem.
— Niema w tem dużo sensu, jest wszakże dużo silnej woli; zyskałeś podstawę — zadecydował Torpenhow. — A teraz jedz — dodał, podsunąwszy mu potrawy.
Ryszard rzucił się na jaja i słoninę, używając, dopóki tylko używać był w stanie. Gospodarz podał mu na zakończenie fajkę napełnioną. Młody człowiek palił z rozkoszą taką, jakiej może tylko doznać zwolennik dobrego tytuniu, który przez trzy tygodnie pozbawiony go był zupełnie.
— Uf! — wykrzyknął w końcu. — Cóż za boskie uczucie!
— Wytłumacz mi, dlaczego nie przyszedłeś do mnie?
— Nie mogłem. Już i tak, stary druhu, za wiele ci zawdzięczam. Przytem... cóż chcesz, może to przesąd... miałem jednak przeczucie, że ten głód chwilowy, bo to był głód ze wszystkiemi jego męczarniami, przyniesie mi szczęście później. Jak widzisz, minęło wszystko pomyślnie; potrafiłem brak srogi przeżyć, w syndykacie zaś nikt nie wie, nikt nie przeczuwa nawet, o ile ciężkiemi były chwile te dla mnie. A teraz wystrzel! Mów, na czem właściwie stanęły moje sprawy?
— Wszak dostałeś telegram? Otóż idziesz niezmiernie w górę. Prace twoje podobają się i ogólne budzą zajęcie. Czemu, dlaczego?... Nie wiem. Stwierdzam tylko fakt: idziesz w górę. Mówią, że masz odrębny koloryt i siłę pędzla, że rysunek twój tchnie oryginalnością. Anglicy, wychowani wśród czterech ścian własnych, dowodzą, że posiadasz intuicyę i przenikliwość w odtwarzaniu scen obcych. Zresztą, wszystko jedno, co mówią, dość, że pół tuzina pism pragnie pozyskać twe współpracownictwo, że chcą cię namówić do illustrowania książek.
Dick mruknął tylko wzgardliwie.
— Handlarze obrazów, uderzeni powodzeniem, pragną, abyś wykończał szkice drobniejsze dla nich, na sprzedaż. Wyobrażają oni sobie widocznie, że pieniądze, wpakowane w ciebie, będą na dobry procent umieszczone. Boże święty! Któż może w tym razie odpowiadać za bezmierną głupotę publiczności.
— Daj jej pokój... Wcale rozsądni ludzie.
— Którzy podlegają różnym napadom; to zapewne chciałeś powiedzieć? Otóż cały odłam owej publiczności, zajmujący się sztuką, obrał sobie, na szczęście, za przedmiot ostatniej swej fantazyi twoją osobę. Jesteś w tej chwili w modzie; stałeś się fenomenem, zjawiskiem, czem ci się podoba... Na próżno się jednak dopytują, na próżno cię szukają... Ja jeden bodaj w całym Londynie wiedziałem coś bliższego o tobie. Skorzystawszy z tego, posuwałem sprawę, pokazując tym z pośród interesowanych, którzy ci najwięcej mogli być użyteczni, kilka szkiców, jakie mi darowałeś w Afryce. Połączone z rysunkami, ogłaszanemi przez Syndykat, podniosły one wyżej jeszcze twą sławę. Masz szczęście, chłopcze.
— Phi! Piękne mi szczęście, na które trzeba pracować, wałęsając się, jak pies, po świecie. Szczęście! Naczekałem ja się za niem!... Ale potrafię to ludziom odpłacić! Niech tylko zdobędę wpierw warsztat, niech znajdę zbyt na pracę...
— Chodź tutaj! — wołał Torpenhow, prowadząc go na drugą stronę schodów. — Pokój to podobny, co prawda, do dużego pudełka, ale dla ciebie wystarczy chyba. Masz okno u góry, masz światło północne, czy jak je tam nazywasz; jednem słowem: dosyć przestrzeni i warunki wygodne na pracownię. A że jest obok osobna sypialnia, więc cóż ci lepszego potrzeba?
— Wystarczy mi to najzupełniej — przyznał Ryszard, rozglądając się po mieszkanku, które zajmowało trzecie skrzydło starego, zrujnowanego domu o oknach wychodzących na Tamizę. Blade, żółte słońce oświecało je właśnie, wykazując całe opuszczenie, cały brud tej rudery. Trzy schody tylko prowadziły stąd do sieni, trzy drugie do mieszkania Torpenhow’a.
Klatka schodowa tonęła w ciemnościach, rozpraszanych przez blade płomyki gazu. Poniżej, w przepaści, zstępującej o siedm piętr na dół, słychać było głosy męskie, hałas i łoskot drzwi, z trzaskiem zamykanych.
— Czy można tu zapewnić sobie zupełną swobodę działania? — zapytał Heldar, dla którego wolność była pierwszym warunkiem życia.
— Najzupełniejszą. Dostajesz klucz od zatrzasku i robisz, co ci się podoba. Jesteśmy tu wszyscy prawie stałymi mieszkańcami. Być może zresztą, że nie zalecałbym tych chambres garnies na lokal dla „Chrześcijańskiego stowarzyszenia młodzieży,“ nam jednak wystarczą one zupełnie. Telegrafując do Port-Said, z góry już pokoje te dla ciebie zatrzymałem.
— Zbyt dobrym jesteś, stary druhu.
— Sądziłeś więc może, że ci pozwolę stąd odjechać, że się z tobą rozdzielę?
Torpenhow oparł rękę na ramieniu Heldara, i tak złączeni, nie tylko uściskiem, lecz jednością myśli, gawędzili, chodząc po obszernym pokoju, który miał odtąd miano pracowni nosić. Wtem posłyszeli pukanie do drzwi Torpenhow’a.
— Oho, któryś z tych durni przychodzi do mnie na kieliszek — zawołał korespondent, i podnosząc głos, zawiadomił, że można go zastać po drugiej stronie.
Domniemany dureń okazał się dżentelmanem lat średnich, w tużurku czarnym o atlasowych wyłogach. Blade jego usta rozchylone były lekko, pod oczami zwieszała się skóra, jak dwa woreczki.
— Słaba wola i słabe serce — myślał Dick, ujmując wyciągniętą ku sobie rękę. — O, nawet bardzo słabe i tchórzliwe usposobienie. Bicie pulsu przyprawia palce jego o drżenie.
Przybyły przedstawił się jako naczelnik Południowego Syndykatu a zarazem „jeden z najgorętszych wielbicieli prac pańskich, mrs. Heldar. Chciałem zapewnić pana, w imieniu instytucyi, iż czujemy się prawdziwymi jego dłużnikami i dlatego to właśnie podwójnie nam miło, iż staliśmy się narzędziem pośredniem pańskiej sławy. Mamy nadzieję, iż nie zechcesz zapomnieć, panie Heldar, że nam to przypadło w udziale przedstawić dzieła pańskie po raz pierwszy szerszemu ogółowi.“
Zmęczony siedmiu piętrami, oddychał ciężko i głęboko.
Dick spojrzał w stronę Torpenhow’a, którego lewa powieka opadła w znaczący sposób na policzek. Cały instynkt samoobrony zbudził się w tej chwili w Ryszardzie.
— Nie zapomnę — odparł. — Nie mógłbym nawet: zbyt dobrze zapłaciliście mnie przecież. Pan wiesz najlepiej. Skoro już o tem mowa, muszę nadmienić, że po urządzeniu się tutaj przyślę do Syndykatu po moje szkice. Przypuszczam, że zebrało ich się u panów około stu pięćdziesięciu.
— Jest to... hm, hm, rzecz, o której... tego... przyszedłem właśnie pomówić. Lękam się bowiem, iż nie będziemy mogli oddać ci ich, panie Heldar. Ponieważ nie zastrzegłeś zwrotu prac tych żadną specyalną umową, a więc, rzecz prosta, stały się one naszą własnością.
— Masz pan więc zamiar, jeżeli dobrze rozumiem, zatrzymać moje szkice?
— Tak. Liczymy przytem na pańską pomoc, na warunkach, jakie sam naznaczysz, w urządzeniu specyalnej wystawy prac tych. Poparta naszem nazwiskiem, reklamowana wpływami, jakie posiadamy w prasie, może ona oddać panu poważne materyalne przysługi. Szkice...
— Należą przedewszystkiem do mnie. Nie może być mowy o specyalnych zastrzeżeniach, bo pan zawarłeś ze mną umowę na drodze telegraficznej, przyczem płaciłeś mi najniższe ceny, jakieś się podać ośmielił. Zatrzymać moje szkice! Cóż to za pomysł! Ależ, na Boga! człowieku, czy wiesz, że są one wszystkiem, co na świecie posiadam?
Torpenhow, przyglądający się bacznie Dick’owi, gwizdnął przeciągle.
Heldar chodził tymczasem, w myślach pogrążony. Widział już owoc długoletniej pracy swej wystawiony na sprzedaż, przywłaszczony, u wstępu do powodzenia, do życia, przez tego niemłodego jegomościa, którego nazwiska nie dosłyszał nawet. Podawał on się nawet za przedstawiciela jakiegoś Syndykatu, ale cóż to obchodziło Dick’a? Syndykat nie imponował mu wcale. Niesprawiedliwość, oszustwo, mało go obchodziły. Zbyt często widział w życiu siłę, górującą nad prawem, aby go przemoc jej dziwiła, aby się rozczulał nad szelmowstwem, którego padał ofiarą. Nie zastanawiał się nad istotą złego i dobrego, lecz po prostu pragnął krwi tego słodkiego jegomościa w tużurku o jedwabnych wyłogach. Głos jego, gdy przemówił wreszcie, brzmiał taką miodową słodyczą, że Torpenhow, znający Ryszarda, nie wątpił już ani na chwilę, iż przymus, jaki on sobie zadawał, musi doprowadzić do wybuchu, do starcia.
— Przepraszam najmocniej, czy niema jednak u panów nikogo... nikogo młodszego, któryby się podjął interes ten załatwić ze mną?
— Przemawiam w imieniu Syndykatu; wobec tego więc nie widzę powodu, aby osoba trzecia...
— Zobaczysz go pan zaraz. Proszę, racz łaskawie oddać natychmiast moje szkice.
Nieznajomy pobladł lekko. Spojrzenie jego skierowało się najwpierw na Ryszarda, później na Torpenhow’a, który stał w milczeniu, plecami o mur oparty. Przedstawiciel Syndykatu nie był przyzwyczajony, aby jego eks-urzędnicy prosili o coś tonem, noszącym tak wyraźne cechy rozkazu.
— Tak, trzeba przyznać — odezwał się Torpenhow, — że wygląda to na kradzież rozmyślną, w biały dzień popełnioną... Zdaje mi się jednak, że się pan przeliczyłeś, nie biorąc w rachubę, z kim masz do czynienia. Dick, baczność! Pamiętaj, że tu nie Sudan.
Uwaga źle była zastosowaną. Zamiast bowiem uspokoić Heldara, przypomniała mu tylko długie lata włóczęgi, samotności, biedy i pragnień nigdy niezadowolonych. Pamięć ich uwydatniała tem silniej tylko kontrast, zachodzący między przecierpianą przez niego nędzą a tym zamożnym widocznie człowiekiem, który miał zamiar owoce lat tych ciężkich na swoją zagarnąć własność.
— Nie wiem na razie, co z panem zrobić — mówił Dick po krótkim namyśle. — Jesteś, rzecz prosta, nikczemnym złodziejem, któregoby należało zbić uczciwie. Gotówbyś jednak umrzeć ze strachu. Otóż nie życzę sobie uśmiercić cię na miejscu, bo trup na nowem mieszkaniu szczęścia nie przynosi. Nie zamierzaj się, mój panie, na próżno zirytowałbyś się tylko.
I ręką jak stal silną a sprężystą pochwycił ramię mężczyzny, podczas gdy dłoń prawą przesunął szybko po okrągłym jego korpusie pod owym czarnym o atłasowych wyłogach tużurkiem.
— Boże Święty! — mówił równocześnie do Torpenhow’a — i taki stary głupiec ośmiela się jeszcze być złodziejem! Widziałem raz, jak darto pasy z czarnego poganiacza wielbłądów za to, że odważył się ukraść pół funta świeżych daktyli. Skóra tamtego była przynajmniej twarda, na równi z rzemieniem, używanym na batogi; ale ten, patrz, miękkie to wszędzie i delikatne... jak kobieta.
Niema sroższego, bardziej dojmującego upokorzenia nad podobnie wzgardliwe traktowanie ze strony człowieka, który nie chce nawet uderzyć. Naczelnik Syndykatu zaczął oddychać ciężko. Dick obchodził go tymczasem dokoła, obmacując i głaszcząc tak, jak kot głaszcze i pociera się o dywan miękki. Dokonawszy tego, podkreślił palcem ołowianoszare worki pod jego oczami, przyczem potrząsał głową ze zdumieniem.
— I ty, ty chciałeś ukraść moją własność, moją, moją, moją? Ty, który nie wiesz, czy ci dziś jeszcze umrzeć nie przyjdzie? Siadaj i pisz mi bezzwłocznie rozkaz do biur Syndykatu; powiedziałeś przecież, że jesteś jego naczelnikiem, a więc rozkaż, aby wszystkie moje szkice, słyszysz, wszystkie, co do ostatniego, wydano natychmiast Torpenhow’owi. Czekaj! Ręka ci się trzęsie, nie będziesz mógł pióra utrzymać.
Skreślił szybko polecenie na kartce, z pugilaresu wyrwanej, i podsunął mu je do podpisania.
Torpenhow, pochwyciwszy gotowy już dokument, oddalił się z nim prędko. Dick chodził tymczasem dokoła więźnia swego, przykutego do miejsca siłą woli Heldara, i dawał mu takie rady i nauki, jakie dla przyszłego zbawienia duszy jego za najkorzystniejsze uważał.
Gdy Torpenhow wracał z olbrzymią teką w ręku, posłyszał jeszcze głos Ryszarda, który mówił właśnie w przekonywający sposób:
— No, mam nadzieję, że ta lekcya na zdrowie ci pójdzie. Gdyby zaś przyszło ci na myśl przeszkadzać mi w robocie jakiemiś głupiemi skargami do sądu o napad, pamiętaj, że cię pochwycę i sprawię takie kije, iż ducha przy nich wyzioniesz. Wiesz, że i tak już niewiele ci pozostaje do życia, a ja umiem słowa dotrzymać. Idź teraz, Imshi—Vootsak! Precz!
Ogłuszony, wyszedł, potykając się. Dick odetchnął głęboko.
— Tfu! Cóż to za szajka łotrów! Rozbój na prostej drodze, zorganizowane złodziejstwo... pierwsza rzecz, z jaką biedny sierota spotyka się u wstępu do życia! Pomyśl tylko, co to za czarna dusza siedzi w takim człowieku! Słuchaj, Torp, czy szkice moje są przynajmniej w porządku?
— Przeliczyłem; nie braknie ani jednego. Sto czterdzieści siedm sztuk. Wiesz, Dick’u, muszę ci przyznać: dzielnie zacząłeś!
— Czegóż mi stawał na drodze? Dla niego warte to kilka funtów może, dla mnie stanowi majątek cały. Nie sądzę nawet, aby podał skargę. Udzieliłem mu tu bowiem parę rad lekarskich gratis i kilka wskazówek co do stanu jego zdrowia. Tanio go to kosztowało: trochę wzruszenia, nic więcej. A teraz przejrzyjmy moje szkice.
W chwilę później Dick leżał na podłodze, zagłębiony cały w tece i rysunkach, przewracając je ostrożnie, z lubością, i śmiejąc się od czasu do czasu na wspomnienie ceny, za jaką skarb ten odzyskał.
Wieczór już nadchodził, gdy Torpenhow, zbliżywszy się do drzwi, ujrzał Dick’a, skaczącego, jakby w rozkosznej, dzikiej sarabandzie.
— Przyjacielu! — zawołał, nie przerywając tańca — czy wiesz? udało mi się, bezwiednie prawie, założyć mocną podwalinę. Dobre są! Wściekle dobre. Popłynę szeroką rzeką. Urządzę osobną wystawę, ale puszczę ją na własnej wędce. I ten człowiek miał czoło chcieć mnie wykwitować ze wszystkiego! Żałuję teraz, żem go czynnie nie nauczył rozumu.
— Wychodź stąd! Wychodź i proś Boga, aby cię uwolnił od grzechu arogancyi, którego, jak widzę, nie pozbędziesz się już nigdy. No, idź-że i sprowadzaj swoje rzeczy, gdziekolwiekby one nie były dotąd. Trzeba przecież dziurze tej nadać pozór ludzkiego mieszkania.
— A wtedy — wołał Dick, podskakując ciągle, — wtedy zabierzemy się do Egipcyan.




ROZDZIAŁ IV.

— No i cóż, jakżeż ci powodzenie smakuje? — pytał w trzy miesiące później Torpenhow, wracając z jednodniowej wycieczki na wieś, do wspólnego ich mieszkania.
— Dobrze, bardzo dobrze — odparł Dick, siedzący właśnie przed sztalugami. I oblizując się, dodał: — Tak mi potrawa ta przypadła do gustu, że muszę jej dostać więcej, dużo więcej. Chude lata minęły, a tłuste dosyć mi się podobają.
— Ostrożnie, druhu. Na drodze tej leży partactwo.
Torpenhow wyciągnął się na szezlongu, mając na piersiach małego psiaczka, jamnika, podczas gdy Ryszard przygotowywał płótno. Manekin i sztuczne tło, na ramach rozpięte, wyróżniały się tu ponad całą masą pleśnią pokrytych butelek, połamanej broni, skrzyń i skrzynek, podrzędnych mundurów i zwykłego wojennego bagażu. Ślady nóg zabłoconych na podłodze wskazywały, że jakiś obozowy model opuścił właśnie pracownię. Wodniste, jesienne słońce gasło z wolna, a szary cień rozsiadł się już w kątach pokoju.
— Przyznaję — mówił Dick z wolna, — że lubię potęgę, lubię powodzenie, lubię wesołość i zabawę, a przedewszystkiem... lubię pieniądze! Wiesz, zdaje mi się, że nawet prawie lubię tych, którzy, podnosząc echo mego rozgłosu, złoto mi w zamian niosą. Ale tylko „prawie lubię.“ Bo, co prawda, ciekawa to szajka, bardzo ciekawa szajka...
— W każdym razie byli oni dobrzy dla ciebie. Wystawa szkiców musiała ci się porządnie opłacić. Czy wiesz, że dzienniki nazwały ją wystawą prac szalonych, wystawą dziczyzny?
— A cóż mi to szkodzi? Sprzedałem każdy skrawek płótna, jaki się tam znajdował. Przypuszczam, na honor, że kupowali dlatego jedynie, iż brali mnie za samouczka, który wśród włóczęg zamorskich bezwiednie wszystko to stworzył. Gdybym był szkice owe wykonał na jakiej tkaninie wełnianej, gdybym był zużywał farby i kredy nie na płótnie, lecz na kościach wielbłądzich, podwójne daliby za wszystko ceny. Doprawdy, horda ciekawych głupców. Ty powiedziałbyś zapewne, że to ludzie... trochę ograniczeni. Przed paru dniami, na przykład, jakiś chłystek dowodził mi, iż niepodobną jest rzeczą, aby cienie na piasku białym zaznaczały się niebieskawo, aby je robić ultramaryną, jak ja to czynię. Cóż powiesz? Dobadałem się później, że nie wyścibiał on nosa za bramy miejskie, że nie był dalej jak w Brighton. I taka przeklęta istota będzie ci o sztuce rozprawiała! Mało tego: powiadam ci, że dał mi potężną naukę, radząc, abym poszedł do szkoły uczyć się techniki. Ciekawy jestem, coby też rzekł na to stary Kami?
— A kiedyż pracowałeś u Kami’ego, człowieku o nadzwyczajnych przygodach?
— Przesiedziałem dwa lata w szkole jego w Paryżu. Cny mistrz nauczał nas głównie za pomocą osobistego magnetyzmu, lekcye swe bowiem ograniczał do ustawicznego powtarzania: Continuez, mes enfants. Słowa te całą były wskazówką. Swoją drogą posiada on boskie dotknięcie pędzla i pewną oryginalną siłę kolorytu. Kami musi śnić i marzyć o barwach, musi je odgadywać intuicyą. Przysiągłbym bowiem, że wielu rzeczy nigdy na oczy swe nie oglądał, a jednak odtwarza je poprawnie i przepysznie.
— Czy pamiętasz owe krajobrazy sudańskie, które oglądaliśmy razem? — podsunął Torpenhow z cmoknięciem zachwytu, obliczonem na podniecenie Ryszarda.
Dick poruszył się żywo.
— Nie mów mi o nich. Samo wspomnienie to budzi we mnie chęć powrotu. Cóż to za koloryt, co za barwy, co za orgia barw! Opal i umbra, złoto i krew, siarka i całe upierzenie papuzie na tle bronzu, a w pośrodku skała, jak Murzyn czarna, uwieńczona, niby fryzem dekoracyjnym, szeregiem wielbłądów, odcinających się ostro na tle najpyszniejszego lazuru niebios.
Wzburzony, zaczął chodzić szybko.
— A jednak spróbuj tylko dać tym ludziom rzecz podobną, spróbuj barwy, jakiemi ją Bóg umalował, odtworzyć według siły i zdolności, wlanych w duszę twą przez Niego...
— O, skromności uosobiona! Mów dalej!
— Możesz zaś być pewnym, iż garść głupców bezpłciowych powie ci natychmiast, choć żaden z nich nie był nigdy w Algierze, że najwpierw pojęcia twoje są przesadne, powtóre że tego rodzaju malarstwo nie jest właściwą sztuką.
— Oho, jak to znać, że mnie przez cały miesiąc nie było w Londynie. Słuchaj, Dick’u, przyznaj się... tyś chodził po sklepach, po wystawach, i nasłuchiwał, co ludzie mówią.
— Prawda, ale nie mogłem wytrzymać — przyznał się Dick pokornie. — Wieczory bez ciebie takie mi się wydały strasznie samotne, a przytem przecież człowiek nie może pracować tylko zawsze.
— Niechaj człowiek idzie w takim razie do knajpy i upije się uczciwie.
— Masz racyę; żałuję, żem tego nie zrobił. Ale, widzisz, spotkałem kilku kolegów; dowodzili, że są także artystami; przypuszczam nawet, że umieliby, lecz nic chcą, poprawnie rysować. Otóż zaprosili mię oni na herbatę... Wyobraź sobie... herbata o piątej po południu!... Raczyli zaś rozmową o sztuce i o własnem usposobieniu, o stanie swej duszy. Stan ich duszy! A cóż mię to może obchodzić? Co do sztuki znów, to więcej o niej słyszę, a mniej jej widzę przez ostatnie pół roku, niż przez całe moje życie. Czy pamiętasz Cassavetti’ego, tego, który pracował przy oddziale, idącym na pustynię, dla jakiegoś kontynentalnego syndykatu? Czy pamiętasz, jakie on czynił przygotowania, ile zabierał przyborów? A później... później nic, zdaje mi się, nie robił. Odkradał gotowe już raporty Nilghai’emu, i oto wszystko. Rozumiesz teraz?
— Poczciwy Nilghai! Jest właśnie w mieście; utył więcej jeszcze. Powinienby tu zajrzeć dzisiaj wieczorem. Co zaś do twego porównania, pojmuję doskonale. Ale dobrze ci tak! Należało się trzymać z daleka od tych fabrykantów modnej galanteryi. Wytrącili cię, jak widzę, z równowagi.
— Broń Boże! Nauczyli mię, czem jest sztuka, święta, boska sztuka.
— O, przybyło ci więc wiadomości przez czas tak krótki. Czemże więc jest ich sztuka?
— Aby tchnienie jej pojęli, należy im dawać to, co już dobrze znają. Gdy zaś raz wejdziesz na drogę podobną, trzymaj jej się stale.
Dick wyciągnął ku światłu płótno, odwrócone do ściany i o nią oparte.
— Oto próba rzeczywistej sztuki, przygotowana dla jednego z tygodników, który da zaraz wierną kopię z obrazu. Nazwałem go Ostatni strzał, a odrobiłem według małej akwareli, naszkicowanej pod El Maghrib; pamiętasz ją może? Chcąc rzecz wykończyć, zwabiłem tu tęgiego strzelca i, spoiwszy porządnie, wziąłem za model. Pod urokiem trunku dał się namówić. Obracałem go potem, wykręcałem, męczyłem dopóty, aż rozczerwieniony, potargany, oszalały, do szatana prędzej niż do człowieka podobny, z hełmem zepchniętym na tył głowy i trwogą śmierci w oczach, mierzył ów strzał ostatni. Krew buchała równocześnie z nogi, rozpłatanej potężnie powyżej kostki. Przedstawiony tak, nie był może ładny, ale wierz mi, że był na wskróś prawdziwy i czysto ludzki, a przytem doskonale odtwarzał żołnierza w chwili walki podobnej.
— Powtarzam: jesteś istnem uosobieniem skromności.
Dick rozśmiał się tylko.
— Mówię przecież do ciebie jedynie. Słuchaj jednak dalej: W obraz włożyłem całą moją umiejętność i wykonałem go tak dobrze, tak wiernie, jak tylko pozwalały środki malarskie i miękki ton oleju. Kierownik jednak przeklęcie artystycznego dziennika powiedział mi, że jego prenumeratorom nie będzie się to podobało. Rzecz cała zdawała mu się za brutalna, za ordynarna, za gwałtowna; no, bo człowiek bywa zazwyczaj słodki i wytworny, gdy walczy o życie... Tygodnik potrzebował coś łagodniejszego, spokojniejszego, o weselszych barwach. Mogłem mu powiedzieć wiele rzeczy, ale mówić do barana, czy do takiego artystycznego kierownika, to na jedno wychodzi. Zabrałem więc tylko Ostatni strzał napowrót do siebie.
Heldar odwrócił żywo płótno.
— Patrz — wołał, — oto rezultat owych uwag! Przerobiłem według nich cały obraz. Żołnierz dostał piękny, czerwony mundur, bez jednej plamki, bez jednej skazy. To nazywa się... Sztuką. Wylakierowałem mu buty; spojrzyj tylko, jak błyszczą na obcasach. To jest... Sztuka. Oczyściłem mu karabin, aż lśni z daleka; karabiny są, wiesz o tem, zawsze lśniąco czyste na polu walki, bo tak chce Sztuka. Hełm wyszorowałem pomadką; o, bo pomadka jest niezmiennie używaną w służbie czynnej, a przytem rzecz to niezbędna w pojęciu Sztuki. Ogoliłem mu świeżo brodę, umyłem ręce i dałem wyraz utuczonego spokoju. Dzięki zmianom tym obraz przeistoczył się w kolorowaną rycinę mód, przeznaczoną chyba dla krawca wojskowego. Cena w zamian wzrosła w dwójnasób. Dostałem więc, chwała Bogu, dwa razy tyle, ile za ów szkic pierwszy, wcale nieźle malowany.
— I masz zamiar rzecz tę wydać, podpisać ją, jako własny utwór?
— Dlaczego nie? Przecież ja ją robiłem. Stworzyłem ją sam, własną pracą, stworzyłem w imię świętej, domorosłej Sztuki i tygodnika Dickenson’s Weekly.
Torpenhow milczał przez chwilę, otaczając się gęstymi kłębami dymu. Z obłoków tych wypadł wreszcie wyrok grzmiący:
— Słuchaj, Dick. Gdybyś był jednym stekiem próżności tylko, małoby mię to obchodziło. Pozwoliłbym ci iść na zatracenie razem z twoim malunkiem. Gdy pomyślę jednak, czem jesteś dla mnie, i gdy słucham takiego gadania, w którem czuć przedewszystkiem jakąś tanią, zdawkową urazę dwunastoletniego podrostka, to się wszystko przewraca we mnie. Teraz wiesz już, co o tem myśleć! Masz!
Wzgardliwe kopnięcie przedziurawiło w tej chwili płótno, tak, że but Torpenhow’a na drugą przeszedł stronę. Jamnik, zbudzony łoskotem, zeskoczył na ziemię, sądząc zapewne, że to szczury wyprawiają podobne hałasy.
— Jeżeli chcesz zwymyślać mnie — ciągnął Torpenhow, — nie krępuj się. Cóż, nic nie mówisz? A więc ja kończę: Jesteś idyota! Niema bowiem człowieka dość silnego, aby mógł kpić bezkarnie z tłumu, z ogółu; choćby ten ogół był nawet tak głupi, jak ty utrzymujesz, co zresztą nie jest prawdą.
— Ależ oni się na tem nie znają po prostu. Czegóż możesz żądać od ludzi, zrodzonych i wychowanych w podobnym klimacie, w podobnem oświetleniu?
Ryszard wskazał na mgłę żółtą, zalegającą przestworze.
— Skoro więc lubią politurę i chcą politury, a płacą za nią dobrze, czemu nie mam smaku ich nie zadowolić? Zwyczajni to ludzie, a ty o nich mówisz jak o półbogach.
— Czcze gadanie, źle zastosowane. „Zwyczajni ci ludzie“ stanowią ogół, dla którego musisz pracować, czy ci się podoba lub nie. Publiczność to twój władca, Ryszardzie, twój pan. Dick’u, nie bądź dzieckiem, nie oszukuj sam siebie; nie jesteś bowiem dość silnym, aby igrać z nimi, aby igrać z samym sobą, co jest rzeczą stokroć ważniejszą. Widzisz więc, że ci tego czerwonego bohomazu nie wolno pokazywać nikomu. Inaczej, pamiętaj, że popadniesz w najsroższą niewolę, że zawiśnie nad tobą stokroć od śmierci gorsza klątwa pieniędzy. Upoisz się... bo już dziś jesteś w połowie odurzony, pijany... mamoną, zbyt łatwo nabytą. Dla tych pieniędzy, dla piekielnej twej próżności, gotów jesteś obniżać rozmyślnie poziom twego talentu i stwarzać miernoty. Daj pokój, wszak i bezwiednie dosyć ich napłodzisz. I dlatego właśnie, Dick’u, dlatego, że jesteś mi drogi, dlatego, że i ty mnie kochasz, nie pozwolę ci, nawet za złoto Anglii całej, karykaturować własnego moralnego oblicza; nie pozwolę, abyś, obciąwszy nos na niem, dobrowolnie za kalekę się podawał. Skończyłem. Teraz wymyślaj, jeżeli chcesz.
— Nie mogę — brzmiała spokojna odpowiedź. — Próbowałem przez cały ten czas wpaść w pasyę, ale mi się nie udało, bo jesteś wstrętnie rozsądny. Phiu! Będzie burza z Dickenson’s Weekly! Boję się...
— A cóż cię, u licha, z tym Dickenson’em oplątało? Skąd przyszło ci do głowy pracować w tygodniku? Czy nie wiesz, że to powolne osłabianie się, powolne upuszczanie krwi talentowi?
— Co mnie oplątało? Rzecz bardzo pożądana: dolary! — odparł Dick, zapuszczając ręce w kieszenie.
Torpenhow patrzył na niego z nieukrywaną pogardą.
— I ja brałem go za człowieka! — zawołał wreszcie. — A to dzieciak!
— Nie, nie jestem dzieciakiem! — zaprzeczył Dick, zwracając się ku niemu szybko. — Ale ty nie masz pojęcia, co to znaczy pewność zarobku dla tego, który zawsze łaknął pieniędzy. Nic mi dziś nie zapłaci za niektóre radości życia, na zawsze utracone, nic... Czy wiesz n. p., czem było podróżowanie na owym chińskim statku, przewożącym nierogaciznę, gdzie prócz chleba z powidłami nie dostawaliśmy nic innego do jedzenia, bo Ho-Wang znajdował, że szkoda dla nas lepszego posiłku? I chleb ten wreszcie czuć było chlewem, czuć chińską świniną. O, pracowałem ja w pocie czoła, umierałem z głodu, dzień po dniu, godzina po godzinie, dla dzisiejszego powodzenia. Osiągnąwszy je nareszcie, chcę wyzyskać, chcę zużyć do ostatniej okruszyny, dopóki tylko trwać będzie. Nie broń ich dobra. Niech płacą, niech płacą za partactwa nawet, skoro się na rzeczy nie znają.
— Czegóż to Wasza Królewska Mość raczy pragnąć jeszcze? Czy wolno wiedzieć, na co jej pieniądze te tak potrzebne? Palić nie mógłbyś już więcej, niż to czynisz dzisiaj; do picia nie weźmiesz się, mam nadzieję. Żarłokiem wielkim nie jesteś, ubierasz się ciemno. Gdym ci proponował nie dawno trzymanie konia, odpowiedziałeś mi, że miałbyś tylko wieczny z nim kłopot: kulałby, chorował i t. d... wolisz używać doróżki. Poza tem zaś nie jesteś dość szalonym, aby sądzić, że teatr, widowiska i wszelkie inne rozrywki, jakie za pieniądze kupić można, stanowią życie, że urok mu nadają... A więc powiedz, skąd ta żądza pieniędzy? Po co ci złoto?
— Po co? Dzięki Bogu, że je posiadam; dzięki Opatrzności, że nie zesłała mi orzechów wtedy dopiero, gdy nie będę już miał zębów do gryzienia ich. O, zęby moje mocne jeszcze; oszczędzam je też do tego jednego orzecha, którego mi brak dotąd, który posiąść muszę!... Może przytem wybierzemy się kiedy obaj na spacer daleki dookoła ziemi.
— Bez żadnego jednak nudnego towarzystwa, bez żadnej roboty, bez konkurencyjnego pośpiechu? Tak? Tylko że w podobnych warunkach nie możnaby mówić z tobą po upływie tygodnia. A przytem jabym nie pojechał. Nie chciałbym odnosić korzyści, ani okupywać przyjemności kosztem ludzkiej duszy; ty zaś takąbyś ceną spacer ów przypłacił. Dick, po co rzucać czcze słowa? Tyś oszalał chyba?
— Nie zdaje mi się. Gdy jeździłem na owym statku z chińską nierogacizną, kapitan nasz zyskał olbrzymie pochwały za to, że, kiedy stara ta, przegniła rudera rozbiła się wreszcie, zdołał on ocalić dwadzieścia pięć tysięcy małych prosiąt od utonięcia. Otóż, biorąc świnie owe za punkt porównania...
— A niechże licho porwie twój punkt porównania! Ile razy mówię poważnie, ile razy próbuję odwołać się do twojej duszy, ty musisz wyjechać w tej chwili z jakąś nieciekawą anegdotką z owej ciemnej przeszłości! Zrozumże, że publiczność angielska nie jest nierogacizną; że uznanie na pełnem morzu, a tutaj, to dwie odrębne rzeczy; że jednak godność własna i szacunek dla samego siebie wszędzie tę samą posiadają wartość. Wstań i idź się przejść trochę; może cię świeże powietrze otrzeźwi, może ci przywróci pojęcie owej godności i szacunku dla samego siebie... Ale, ale... słuchaj-no, ma tu przyjść dziś wieczorem Nilghai; czy mogę mu pokazać twoje roboty?
— Ma się rozumieć. Niedługo gotówbyś zapytać, jak widzę, czy masz pukać do drzwi, wchodząc do mego pokoju?
I Dick wyszedł na miasto, aby się zastanowić nad sobą samym, wśród zbierającej się coraz chyżej ciemnej mgły londyńskiej.
W pół godziny później Nilghai piął się z trudnością po schodach, wiodących do ich mieszkania. Był on najgłówniejszym a zarazem najbardziej olbrzymim ze wszystkich korespondentów wojennych. Karyera jego zaczęła się wraz z narodzinami iglicówki. Oprócz towarzysza, Kenen, zwanego „Wielkim orłem wojennym,“ nie było nikogo, ktoby mu dorównał siłą. Zatopiony w jednym przedmiocie, zaczynał on zwykle rozmowę od zapewnienia, że na wiosnę przyjdzie do poważnych rozruchów w Bałkanach. Gdy wchodził więc, Torpenhow, żartując, uprzedził z góry jego słowa:
— Mniejsza o Bałkany; te małe państewka wiecznie się gryzą. Mów lepiej, czy słyszałeś o powodzeniu Dick’a?
— Wiem; zabłysnął szybko, zwrócił na siebie ogólną uwagę... Radzę wszakże, nie daj mu się wbić zbytnio w dumę. Natura to, która potrzebuje być w karbach trzymana.
— Prawda. I teraz już zaczyna igrać z tem, co nazywa rozgłosem swym, sławą.
— Wcześnie, co najmniej. Na Jowisza, odważny chłopiec! O sławie jego nic dotąd nie wiem; w zamian jednak mogę mu zaręczyć, że, wszedłszy na tę drogę, nie daleko zajdzie.
— Powiedziałem mu słowo w słowo to samo. Zdawał się wszakże nie wierzyć.
— Żaden z nich nie wierzy w niestałość fortuny przy pierwszym jej uśmiechu. Cóż to za ruina leży na ziemi?
— Próbka ostatniej jego impertynencyi.
Torpenhow złożył rozbitą ramę i, zwracając obraz do światła, pokazał go przybyłemu. Nilghai, popatrzywszy chwilę, gwizdnął przeciągle.
— Co to jest? chromolitografia? — zapytał. — Nie, to jakaś chromolitografia, błyszcząca, jak krąg margaryny. Co jego opętało z taką robotą? A jednak, wiesz, cudownie pochwycił ton, ulubiony przez ów odłam publiczności, która zwykła czytać łokciami, a myśleć za pomocą butów. Wytrawna, pełna zimnej krwi czelność tej roboty ocala ją poniekąd. Tylko, na Boga, ani kroku dalej! Nie można mu pozwolić iść tą drogą. Musiał być zanadto psuty, zanadto chwalony; ci ludzie nie mają w niczem poczucia miary. Gdy raz wszedł w modę, gotowi go nazywać drugim Detaille’em, porównywać z Meissonier’em. Ślepy poklask to zła strawa dla burzliwej młodości.
— Nie sądzę, aby te rzeczy wpływały na Ryszarda. Gdybyś spróbował wmawiać w wilka, że jest lwem, królem pustyni, wątpię, by dla czczych słów twoich wyrzekł się golenia, trzymanego właśnie w zębach. Dick zaprzedał duszę całą mamonie, pracuje dla złota tylko.
— Teraz więc, gdy porzucił już służbę obozową, nie sarka nawet; zapewne nie widzi, że obowiązki i praca pozostały te same. Właściciel ich zmienił się tylko.
— Och, nie przychodzi mu to nawet na myśl. Żyje w błogiem przekonaniu, że jest swym panem, że zależy od siebie tylko.
— Doprawdy? Hm, mógłbym go rozczarować; jeżeli tylko słowo drukowane czyni na nim wrażenie, gotówbym sprawić mu cięgi. Potrzebuje widocznie podniety.
— I owszem, dodaj mu jej, byle ostrożnie a rozumnie. Ja sambym to może uczynił, ale... zanadto go lubię.
— Co do mnie, nie lubię dziecinnych skrupułów. Miał on śmiałość współzawodniczyć z moją osobą o względy pewnej kobiety w Kairze. Zapomniałem o tem; teraz jednak w samą porę przyszedł mi ów szczegół na myśl.
— I cóż, odebrał ci ją wtedy?
— Dowiesz się o tem z tonu, w jakim się z nim rozprawię. Powiedz mi jednak, po co my się do niego mieszamy? Najlepiej zostawić go własnemu losowi. Jeżeli ma talent i siłę, sam trafi na drogę właściwą. Tydzień życia więcej uczy, niż najżywszy tygodnik. Pomimo tego, sprawię mu cięgi, sprawię mu potężne cięgi w Kataklizmie. Spadną mu niespodzianie, jak dachówka na głowę.
— Daj Boże, aby pomogły. Zdaje mi się jednak, iż belka nawet nie przestraszyłaby Dicka! Dusza to, którą musiał rozpalić jakiś płomień, zanim myśmy go poznali jeszcze.
— Kwestya temperamentu — zapewnił Nilghai. — Tak samo dzieje się z końmi: Jedne, pod grozą bata, pracują, drugie stają dęba i narowią się. Wśród ludzi znajdują się i tacy, którzy, włożywszy ręce w kieszenie, idą wtedy na spacer.
— Ryszard to samo właśnie uczynił. Musisz zaczekać, aż powróci. Tymczasem, jeżeli chcesz, rób studya przygotowawcze do owej dachówki, jaką masz go otrzeźwić. Pokażę ci w pracowni próbki jego ostatnich a najgorszych robót.
Dick tymczasem skierował się instynktownie w stronę wody. Bieg jej niósł mu pewne ukojenie w podobnem, jak dzisiaj, usposobieniu umysłu. Oparłszy się też o łuk Westminsterskiego mostu, stanął, patrząc na bystre nurty Tamizy. Myśl jego zatrzymała się czas jakiś na posłyszanych przed chwilą radach Torpenhow’a; trwało to krótko wszakże. Przyzwyczajenie artystyczne zwyciężyło — i Heldar, zapatrzony w typowe twarze wśród przechodzących tu osób, zapomniał o wszystkiem, zajęty jedynie studyowaniem charakterystyki barwnego tłumu. Niektóre oblicza nosiły wyryte na sobie piętno śmierci. Dick nie pojmował, jak ludzie ci mogą mówić, jak zdołają śmiać się jeszcze. Inni, niezdarni najczęściej, źle zbudowani, mieli oczy promieniejące błyskiem miłości. Obok nich przesuwały się postacie, pracą i troską zgnębione. Dla Heldara każdy był materyałem, był stopniem do nowego dzieła. Ubodzy muszą pozwolić, aby się na nich uczył; bogaci muszą mu za pracę tę zapłacić. Zarówno bowiem powodzenie jego, jak suma składana w banku, powinny rość ciągle, powinny i pójdą w górę. Tem lepiej, że skończył z przeszłością. Dosyć się już nacierpiał, dosyć zniósł w życiu. Teraz, stanąwszy na bitym gościńcu powodzenia, on będzie brał opłatę od wszystkich, od wszystkich!...
Blade słońce, rozsunąwszy mgłę w tej chwili, odbiło się jak tarcza krwawa na wodzie. Dick patrzył dopóty w odblask jej purpurowy, aż łoskot fali, rozbijającej się o kamienne filary mostu, zamienił się dla niego w daleki szum morza... Dziewczę, przytulone silnie do piersi rozkochanego chłopca, wołało równocześnie na kozę, pasącą się obok: „A idźże precz, ty zwierzę szkaradne!...“
I podmuch tego samego wiatru, który przed chwilą rozdarł gęstą mgły zasłonę, zakręciwszy czarnym dymem stojącego poniżej parowca, przysłonił nim nagle oczy Ryszarda. Chcąc się uwolnić od oślepiającej firanki, Dick odwrócił się i ujrzał... Maisie.
Nie, nie mogła tu zachodzić żadna pomyłka. Wprawdzie lata ubiegłe zamieniły dziecko w kobietę, lecz nie odebrały jej ani wielkich, siwych oczu, ani delikatnych ust szkarłatowych, ani silnie zarysowanego podbródka. Dla dopełnienia zaś podobieństwa, miała ona na sobie, jak w owych dawnych czasach, obcisłą, szarą sukienkę.
Ponieważ duch ludzki jest czemś odrębnem, niepodlegającem rozkazom własnej nawet woli, Heldar więc poruszył się żywo i, zanim miał czas zastanowić się, co czyni, już na usta jego wybiegł znany im obojgu okrzyk żakowski:
— Hola! Hola! Stój!...
Maisie poznała go natychmiast.
— Ach, to ty, Dick’u?
I znów, wbrew własnej woli, a zanim mózg, zajęty przed chwilą obliczaniem zysków, zdołał wydać stosowne rozkazy i zapanować nad nerwami, Heldar poczuł, że każdy puls jego drży i bije szalenie, że podniebienie zaschło mu nagle w ustach. Opona z mgły zasunęła się tymczasem, kryjąc napowrót słońce; w świetle jej bladem twarzyczka Maisie wydała się kredowo-białą.
Nie przemówili ani słowa więcej. Ryszard przesunął się tylko na jej stronę i szli razem wzdłuż mostu, ramię w ramię, tak samo, jak niegdyś, podczas wspólnych wycieczek na błotniste morskie wybrzeże.
Heldar przerwał pierwszy milczenie głosem stłumionym, jakby ochrypłym:
— Co się stało z Amommą?
— Zdechła. Nie sądź, Dick’u, że przez te naboje. Nie; przejadła się po prostu. Zawsze była łakoma. Nie prawda, jak to zabawnie?
— Tak... Nie... To jest, czy mówisz o Amommie?
— Nie. Ta-ak... Żeśmy się też spotkali... Z której strony ty szedłeś?
— Z tej — wskazał na wschód, mgłą przysłonięty. — A ty?
— O, ja mieszkam w północnej dzielnicy. Tam, precz, za parkiem. Ogromnie pracuję.
— A co robisz?
— Maluję bezustannie. To całe moje zajęcie.
— Jakto? Czy cię co złego spotkało? Przecież miałaś zapewnione trzysta funtów rocznej renty?
— I mam je dotąd. Maluję jednak, pomimo tego.
— Więc jesteś sama?
— Nie; mieszka ze mną druga panienka. Za szybko idziesz, Dick’u; zaczynasz mnie wyprzedzać.
— Patrz, i tyś to zauważyła?
— Rzecz prosta; zawsze miałeś skłonność do wyprzedzania mnie.
— Prawda. Przepraszam. Więc kształciłaś się w malarstwie?
— Tak. Wówczas już przecież miałam ten zamiar. Byłam u Slade’a, w wielkiej pracowni Merton’a, w St. John’s Wood, potem przeszłam do Galeryi Narodowej, a teraz uczę się u Kami’ego.
— Przecież Kami jest w Paryżu?
— Nie; przeniósł pracownię do Vitry sur Marne. Latem więc jeżdżę do niego, a zimą studyuję samoistnie w Londynie.
— Czy dużo sprzedajesz?
— Niekiedy, drobiazgi. Ale to mój omnibus; muszę w niego siadać, inaczej straciłabym pół godziny. Do widzenia, Dick’u.
— Do widzenia. Czy nie powiesz mi nawet, gdzie mieszkasz, Maisie? Muszę cię przecież zobaczyć, muszę się z tobą widywać. Być może, że potrafiłbym stać ci się użytecznym. Ja sam... maluję... trochę.
— Jeżeli jutro okaże się za ciemno, jeżeli nie będę miała dobrego światła, przyjdę prawdopodobnie do parku. Spaceruję zwykle około Łuku Marmurowego; to moje ulubione miejsce przechadzki. Ma się rozumieć, że zobaczymy się jeszcze.
Weszła na stopnie omnibusu i szara mgła pochłonęła ją po chwili.
— Trudno się mylić; prze-pa-dłem! — zawołał Ryszard, wracając do swego mieszkania.
Torpenhow i Nilghai zastali go w jakiś czas później siedzącego na progu pracowni i powtarzającego te same słowa z uroczystą powagą.
— Przepadniesz ty lepiej, gdy ja się z tobą załatwię — zauważył Nilghai, przechylając potężną swą postać przez ramię Torpenhow’a i wstrząsając w ręku wilgotny jeszcze rękopis. — Dick, czy wiesz, że, według utartej pogłoski, cierpisz podobno na puchlinę w głowie?
— Hola, to Nilghai? Jakto, już wróciłeś? A co się dzieje w Bałkanach? co robią wszystkie bałkańskie kraiki? Połowa twego oblicza zachowała, jak widzę, ten sam zawsze krzywy rysunek.
— No, no, daj jej pokój. Myśl lepiej o własnym rysunku. Jestem wydelegowany, aby ci sprawić za niego uczciwe lanie w druku. Torpenhow powinien to był dawno uczynić. Wstrzymywała go tylko fałszywa delikatność. Przejrzałem ostatnie bohomazy w twojej pracowni. Ależ to skandal istny, to hańba!
— Oho! z tej strony wiatr wieje? Sądzisz może, że mię uśmiercisz, albo przerazisz? Nic tak to łatwo... Ponieważ zaś możesz tylko opisać każde me poruszenie pędzla na papierze, co ci dużo miejsca i czasu zabierze, więc się śpiesz. Ja tymczasem kładę się spać!
— Hm, hm, hm... nie bądź taki pewny siebie. Pierwsza tylko część artykułu mówi o obrazach. Druga zaczyna się tak: „Za dzieła, wykonywane bez przekonania, za marnowanie siły i talentu na trywialne szczegóły, za pracę obniżaną umyślnie, a kierowaną ku temu jedynie, aby uzyskać tani i łatwy poklask goniących za modą tłumów...“
— Rozumiem, chodzi o drugie wydanie Ostatniego strzału. Idź dalej.
— „...za grzech ten, przeciw sztuce popełniony, pozostaje jedna kara: zapomnienie, na wzgardzie oparte. Czy pan Heldar potrafi ustrzedz się losu podobnego, o tem przekonają nas dopiero dalsze jego utwory.“
— Hau, hau, hau! — naśladował Dick szczekanie. — Niezdarne to i czysto dziennikarskie zakończenie, a jednak jest w niem racya. Lecz co tobie do tego? — Tu poskoczył i wyrwał mu rękopis. — Po co się mieszasz w nieswoje rzeczy, ty poraniony, zbity, bliznami naznaczony, stary gladyatorze! Twoje pole działania to wojna, to zasycanie ślepych, brutalnych instynktów i zwierzęcego pragnienia krwi, jakie odczuwa cywilizowana publiczność angielska. Zamiast dawnej, posoką zbryzganej areny, dano im dziś specyalnych korespondentów. Jesteś właśnie owym zapaśnikiem, który, wychodząc przez drzwi ukryte, opowiada zebranym o doznanych przygodach. Stoisz więc na tym samym poziomie, co zręczna aktorka, co cyklon niszczący... I ty, ty chciałbyś krytykować moje prace?... Słuchaj, Nilghai, gdyby mi nie żal było roboty, wyrysowałbym twoją karykaturę i pomieściłbym ją we czterech pismach od razu.
Nilghai cofnął się mimowoli. Możliwość taka nie przyszła mu na myśl.
— Ponieważ jednak szkoda mego trudu, poprzestanę więc na podarciu głupstw tych w drobne kawałki.
Rękopis zamienił się w garść białych płateczków, które, fruwając w powietrzu, opadały wzdłuż klatki schodowej.
— A teraz idź do domu, Nilghai — dorzucił Dick. — Idź do domu i kładź się spać, mnie zaś pozostaw w spokoju. Zamykam się przed wami aż do jutra rana.
— Co? Przecież to zaledwo siódma godzina! — rzucił Torpenhow ze zdumieniem.
— Wolno mi się położyć i o drugiej w południe, gdy mi ku temu przyjdzie ochota — odparł Ryszard. — Zresztą potrzebuję się wziąć za łeb z własnem usposobieniem; za obiad więc dziękuję.
Drzwi zatrzasnęły się, a klucz zgrzytnął w zamku.
— I co tu robić z takim człowiekiem? — pytał Nilghai.
— Pozostawić go w spokoju. Zły jak osa.
O jedenastej dało się słyszeć stukanie do drzwi.
— Czy Nilghai jest jeszcze u ciebie? — zabrzmiał głos z zewnątrz.
— Tak.
— A więc powiedz mu, że całą tę swoją czczą gadaninę mógł streścić w jednym epigramacie: „Wolny tylko zna kajdany, niewolnik jedynie... może być wolnym.“ Dodaj jeszcze, Torp, że on jest jednym idyotą, a ja... drugim.
— Słuszna racya. Chodź jednak na wieczerzę. Jesteś na czczo prawie, a palisz ciągle.
Milczenie jedyną było odpowiedzią.




ROZDZIAŁ V.

Wszedłszy nazajutrz do pokoju Ryszarda, Torpenhow zastał go otoczonego gęstymi kłębami dymu.
— I cóż, szaleńcze, jakże się czujesz?
— Nie wiem. Namyślam się właśnie nad tem.
— Zabrałbyś się lepiej do roboty.
— Być może, tylko że mi do niej nie pilno. Zrobiłem od wczoraj odkrycie. Wiesz, Torp, znajduję, że za wiele jest ego w mojem comos.
— Doprawdy! Komuż zawdzięczasz ten wynalazek? Mnie, czy Nilghai’emu?
— Jest on własną moją zasługą, nagłym wynikiem własnych dociekań. O, za dużo ego, za wiele mego ja. A teraz będę pracować.
Przejrzał kilka niewykończonych szkiców, pobębnił palcami po nowem płótnie, oczyścił parę pędzli, poprawił zbroje, przestawił przyrządy i, rzucając wszystko, oświadczył, że dosyć już ma roboty na dzisiaj.
— Nie, to prosta nieprzyzwoitość — mówił Torpenhow do siebie. — Co mu się stało? Po raz pierwszy nie korzysta ze światła porannego. Czyżby odkrył niespodzianie, że ma duszę, temperament artystyczny, lub jakiś skarb równie cenny, który mu nadal pracować nie pozwoli? A może wychodził pod moją nieobecność wieczorami i zaplątał się gdzie w kabałę? Muszę ja to sprawdzić.
Zadzwonił na starego, łysego odźwiernego, którego nic nie zwykło gniewać, ani dziwić.
— Powiedz mi, Beeton — zapytał, — czy mr. Heldar obiadował na mieście, podczas gdy mnie tu nie było?
— Nie, proszę pana, jadał w domu. Nie przypominam sobie nawet, abym mu wydostawał choć raz jeden garnitur wizytowy.
— Po teatrze przyprowadzał tu z sobą rozmaitych panów; ciekawe to były figury. Wogóle lokatorzy na wyższych piętrach nie zachowują się zbyt cicho, przywykłem więc do ich hałasów. Spuszczać jednak laski wzdłuż schodów, a później gonić je na czworakach, lub zawodzić chórem, o drugiej w nocy, pijackie piosenki, to niezbyt grzeczne zachowanie, ze względu na sąsiadów. Ja też przypominałem tym panom: Nie czyńcie tego, czego nie chcecie, aby wam czyniono. Taką jest przynajmniej moja zasada.
— Słusznie, bardzo słusznie! Miałeś więc kłopot z górnem piętrem?
— Nie skarżę się, sir, nie skarżę wcale. Powiedziałem jednak po przyjacielsku panu Heldarowi, co o tem myślę... Uśmiał się tylko i zrobił mi portret mojej żony, bardzo podobny, mało co gorszy od oleodruku. Nie jest to równie piękne jak fotografia, ale ja wiem, że: „Darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby.“ Tak, tak... pan Heldar nie ubierał się ani razu wieczorem.
— Tem lepiej — myślał Torpenhow. — Hulanka mu nie zaszkodzi; Dick tęgą ma głowę. Gdyby jednak kobieta jaka zaczęła stroić do niego słodkie oczy, wtedy nie byłbym pewny swego. Słuchaj, Binkie, ciesz się, że nie jesteś człowiekiem. Ludzie to także zwierzęta, w czynach ich żadnego nie dopatrzysz sensu.
Ryszard, skierowawszy się tymczasem w północną stronę parku, doznawał wrażenia, że idzie wraz z Maisie wzdłuż błotnistego wybrzeża. Przypominał sobie dzień, w którym oplątał rogi Amommy strzępkami białego papieru, i śmiał się głośno na wspomnienie bladej z wściekłości twarzyczki Maisie, którą figiel ten mocno rozgniewał. Spędzili cztery lata, każdy zaś dzień ich, każda godzina związana była ściśle z obrazem dziewczęcia. Przebiegając je myślą, Dick łączność tę spostrzegł teraz dopiero.
W oddali łoskot burzy morskiej, na brzegu zaś Maisie w szarej sukience odrzuca mokre włosy z czoła i śmieje się z pośpiechu łodzi, pędzących ku domowi. Mokradła lśnią odblaskiem słońca, a Maisie z podbródkiem podniesionym do góry krzywi się pogardliwie, wciągając w nozdrza ostrą woń morskich wyziewów. Dalej: Maisie uciekająca przed wiatrem, który gna za nią tumany piasku; Maisie okłamująca mrs. Jennett z minką spokojną i arogancką; Maisie skacząca po wodzie, z kamienia na kamień, z rewolwerem w dłoni i zaciśniętymi rezolutnie zębami; Maisie wreszcie w szarej znów sukience, siedząca na trawie, między rozwartą paszczą armaty a kielichem żółtej lilii wodnej.
Obrazy te zatrzymywały się kolejno przed jego oczyma; ostatni trwał najdłużej, budząc w sercu Dick’a uczucie szczęścia i spokój tem rozkoszniejszy, że nieznany dotąd. Nie przyszło mu też wcale na myśl, aby w ranek ów pogodny istniało dla niego jakiekolwiek inne zajęcie nad spacerowanie po alejach parku.
— Doskonałe światło do pracy — mówił spokojnie, patrząc na własny cień, posuwający się na piasku. — Doskonałe. Niejeden bazgracz pewno się cieszy z tego. Ach, otóż i Maisie.
Szła ku niemu od strony Marmurowego Łuku. Dick spostrzegł, że ruchy jej żadnej nie uległy zmianie, a świadomość, iż odnajduje Maisie taką samą, jak była, dziwne sprawiła mu zadowolenie. Nie przywitali się, bo przecież i dawniej grzeczności tego rodzaju uważali za rzecz zbyteczną.
— Dlaczego opuszczasz o tej godzinie pracownię? — zapytał Dick tonem człowieka, który ma prawo do uwag podobnych.
— Bo mię opanowało lenistwo, po prostu lenistwo. Rozgniewałam się na źle zrobiony podbródek, wyskrobałam go i uciekłam potem na świeże powietrze.
— Oho, znam skrobanie; wiem, jaka to rzecz miła. A co przedstawia obraz?
— Główkę fantastyczną, która źle wychodzi. Uwzięło się na mnie to szkaradzieństwo.
— Nie lubię malować ciała na tle raz podskrobanem. W miarę jak farba zasycha, w miejscu tem występują zawsze włókniste pasemka płótna.
— Bo nie umiesz się wziąć do rzeczy — zapewniła i, podnosząc rękę dla poparcia metody swej, ruchem żywym odsłoniła mankiet, na którym odcinała się żywo barwna plama.
— Patrz, jesteś widocznie równie nieuważną, jak dawniej — zaśmiał się Ryszard.
— Łatwiej dojrzeć źdźbło w oku bliźniego, niż belkę we własnem. Spojrzyj na swój mankiet.
— Na Jowisza! prawda. Gorzej umalowany od twego. Widać, żeśmy oboje niewiele się zmienili. Czekaj, zobaczymy; muszę ci się przyjrzeć.
Przystanął, badając rysy jej krytycznie. Blade światło dnia jesiennego, przyćmione przez drzew konary, stanowiło delikatne tło, na którem odcinała się szara sukienka, toczek czarny aksamitny, spoczywający na kruczych włosach, i profil o regularnym, czystym zarysie.
— Nie, nie zmieniłaś się, dzięki Bogu, ani odrobinę. Czy pamiętasz, Maisie, jak ci raz zaplątałem włosy w zatrzask od torby podróżnej?
Skinęła twierdząco główką i z błyskiem wesela w oczach zwróciła ku niemu twarzyczkę, pełnem światłem oblaną.
— Zaczekaj — mówił, wpatrując się w nią bacznie; — dlaczego kąciki ust twych osuwają się na dół? Czy ci kto przykrość wyrządził, Maisie?
— Nie, sama dręczę się ciągle. Pomimo całej uciążliwej pracy, robota moja nic nie postępuje. A jednak Kami mówił...
Continuez, mesdemoiselles. Continuez toujours, mes enfants. Och, Kami zniechęcić tylko może.
— Prawda, zawsze słowa te powtarza. Zeszłego lata wszakże zapewniał, że robię postępy; powiedział, że w tym roku pośle jedną z prac moich na wystawę.
— Nie tutaj przecież?
— Cóż znowu! Do Salonu.
— Wysoko szybujesz.
— Dość już długo podcinałam sobie skrzydła. Ale gdzie ty, Dick’u, wystawiasz swoje prace?
— Nie wystawiam wcale. Sprzedaję.
— A w jakim kierunku tworzysz?
— Jakto, nie słyszałaś o mnie nigdy?
Dick patrzył na nią szeroko otwartemi oczami, nie mogąc pojąć podobnego zacofania. Nie słyszała o nim! Jak ją tu przekonać? Na szczęście, znajdowali się blizko Łuku Marmurowego.
— Chodź na ulicę Oksfordzką, bliziutko stąd, a ja ci wszystko wytłumaczę i pokażę.
Garść widzów stała właśnie przed sklepem z rycinami, dobrze znanym Dick’owi.
— Patrz, cisną się, aby zobaczyć kopię mego obrazu — wołał z nieukrywanym tryumfem; nigdy zaś powodzenie nie posiadało dlań takiej wartości, takiej upajającej słodyczy. — Teraz wiesz już, w jakim kierunku pracuję. Cóż, czy podobają ci się moje utwory?
Maisie patrzyła na szalony ruch bateryi polnej, idącej do ataku. Wśród tłumu, tuż za nią, dwóch artylerzystów wypowiadało zachwyt swój w gorących wyrazach. Odczuwali ważność chwili — sądzili, że biorą w niej udział, że są tam, na miejscu.
Dick, słuchając słów ich prostych, patrzył tryumfująco na dziewczę i rósł w pospolitem, brutalnem poczuciu wyższości swej i powodzenia. Maisie jednak więcej okazywała zajęcia dla tłumu, zebranego przed sklepem, niż dla obrazu. Zapał ludzi tych bardziej był dla niej zrozumiałym, niż wszelkie sceny wojenne.
— Och, tak pragnęłam chwili podobnej dla siebie, tak pragnęłam! — wyszeptała wreszcie.
— To mnie podziwiają, moje dzieło, moją pracę — mówił Dick tymczasem. — Patrz, oni nie wiedzą nawet, co ich przykuwa, co wzrusza; nie pojmują, czemu oczy ich rozszerzają się, a usta otwierają z zachwytem. Ale ja rozumiem przyczynę tego wrażenia i dumny jestem z pracy, która tłumy elektryzować potrafi.
— Nie dziwię się twej dumie. Boże, cóż to za rozkosz podobne powodzenie!...
— Alboż mało napracowałem się na nie? O, ty nie wiesz, ile chwila ta wynagradza lat pracy ciężkiej a mozolnej.
— Warto walczyć dla takiego tryumfu. Powiedz mi, jak je zdobyłeś?
Wrócili do parku i tu dopiero Dick, puściwszy wodze wymowie, przesunął przed jej oczami całe dzieje dotychczasowej swej działalności, dzieje, opowiadane z arogancyą i przechwałkami, do jakich wobec kobiety skłonnym jest każdy młody mężczyzna. W ciągu sprawozdania tego ja, ja i ja przesuwało się ciągle przed Maisie, jak słupy telegraficzne przed oczami podróżnego, patrzącego w okna wagonu.
Dziewczę, słuchając, kiwało tylko główką od czasu do czasu. Historya przecierpianej biedy, szczegóły głodowych męczarni nie wzruszały Maisie ani na chwilę. Uwaga jej wzrastała wtedy tylko, gdy Dick dodawał przy końcu każdego okresu:
— I to właśnie dało mi pojęcie barw, światła, prawdy w sztuce.
Słowami podobnemi, niby zaklęciem czarodziejskiem, prowadził ją z powstrzymywanym oddechem przez życie swe, przez świat nieznany jej a opisywany z ogniem i werwą, jakiej Ryszard Heldar nigdy nie wykazał dotąd. W uniesieniu tem zaś, w wylewie egzaltacyi, artysta czuł jedno tylko pragnienie. Oto, patrząc na kruczą główkę, która od czasu do czasu pochylała się, jak gdyby chciała powiedzieć: „Rozumiem, mów dalej!“ doznawał dzikiej chęci porwania jej w ramiona i przytulenia do piersi. Marzył, aby ją zabrać stąd, unieść z sobą; bo była to przecież Maisie, bo ona jedna go pojmowała, bo stanowiła jego własność, jego dobro, istotę nad wszystkie pożądaną i upragnioną.
Pokusa stawała się tak silną, iż dla stłumienia jej przerwał opowiadanie.
— Jak widzisz, umiałem dotąd zdobyć wszystko, po co sięgnąłem — kończył, — chociaż mi nieraz ciężko o to walczyć przyszło. A teraz mów ty z kolei.
Życie Maisie było szarem, jak jej sukienka. Obejmowało długie lata pracy wytrwałej, niezmordowanej, którą podniecała duma zacięta, niedająca się złamać ani śmiechem handlarzy, ani mgłą gęstą, przeszkadzającą w robocie, ani sarkaniem Kami’ego, ani nawet ucinkową grzecznością towarzyszek i koleżanek z innych pracowni. Jedyny jaśniejszy punkt stanowiło przyjęcie paru obrazków na wystawy prowincyonalne. W opowiadaniu dziewczęcia przewijała się też ciągle bolesna skarga:
— Jak widzisz, Dick’u, nie mogę, pomimo najsilniejszych starań, dobić się powodzenia, nie mogę trafić do celu.
W sercu Ryszarda głębokie zapanowało współczucie. Tak właśnie mówiła mała Maisie, gdy strzał jej chybiał drewnianego pala, — tak się skarżyła przed wyznaniem ich uczuć i pamiętnymi pocałunkami, — a on doznawał złudzenia, że działo się to przed pół godziną zaledwo.
— Mniejsza o powodzenie — pocieszał. — Wierzaj mi, Maisie — tu słowa następne bezwiednie wybiegły mu na usta, — wierzaj, iż wszystko to razem, wszystkie pędzle i artyzm cały, nie warte jednej lilii wodnej, rosnącej tam, poniżej Fort-Keeling’u.
Pokraśniała lekko.
— Łatwo ci mówić, boś zdobył poklask ogólny, ale ja...
— Pozwól, abym skończył myśl swoją. Wiem... że zrozumiesz... Maisie, może ci się to wyda szaleństwem, lecz dla mnie te dziesięć lat rozłąki nie istniały wcale... Wracam do ciebie... takim, jakim mnie żegnałaś; uczuć moich nic nie zmieniło. Nic również nie zmieniło się w naszem położeniu; jesteśmy, jak wówczas, samotni oboje i sobie zostawieni. Zamiast więc martwić się i toczyć walkę z życiem, chodź do mnie, jedyna.
Maisie siedziała spokojnie na ławeczce, kreśląc czubkiem parasolki znaki fantastyczne na żwirze.
— Rozumiem cię — odparła wreszcie zwolna. — Wyznaczywszy sobie jednak raz cel w życiu, muszę go osiągnąć. Dzieła zaczętego nie rzuca się w połowie.
— Kończ je więc ze mną i przy mnie, najdroższa; nie będę ci przeszkadzał.
— Nie, nie mogłabym. Praca ta musi być moją własną, moją, moją i tylko moją! Całe życie szłam dotąd samotnie i dziś nie umiałabym już należeć do nikogo, prócz do siebie samej. Pamiętam chwile owe tak dobrze, jak i ty, Ryszardzie; ale nie próbowałabym już brać ich dziś w rachubę. Byliśmy dziećmi, które nie wiedziały, co przyszłość kryje przed niemi. Później inne pragnienie opanowało mą duszę; dla spełnienia go długie lata poświęciłam. Dziś więc, gdy zdaje mi się, że jestem bliższą mety, że rok przyszły przyniesie mi względne chociaż powodzenie, dziś nie bądź samolubnym, Dick’u, i nie zabieraj mi tej odrobiny trymfu.
— Przepraszam cię, Maisie, najdroższa moja. Zawiniłem, odzywając się zbyt szybko a nierozważnie. Trudno żądać, abyś rzuciła dotychczasowe twe życie i cel jego dlatego tylko, że ja wróciłem. Odejdę więc i... i... zaczekam trochę...
— Ależ ja nie chcę, abyś odszedł! Nie chcę cię tracić, nie chcę wykreślać z mego... z mego... istnienia teraz, gdy po długiej rozłące odzyskałam cię zaledwo.
— Przebacz raz jeszcze i... rozporządzaj mną, jak zechcesz; zastosuję się do twej woli.
Pożerał rysy jej drobne, zmieszaniem i wzruszeniem nacechowane, w oczach zaś jego zaczął się przebijać błysk tryumfu. Nie przypuszczał bowiem, aby, zatrzymując go przy sobie, mogła nie pokochać go z czasem, aby gorącą miłością swoją nie zdobył nawzajem jej uczuć.
— Wiem, że to źle z mej strony — mówiła Maisie, wolniej niż przedtem, — źle i samolubnie; ale, Dick’u, ja tak długo, och, tak długo byłam sama, sama jedna na świecie! Nie, nie próbuj fałszywie mnie zrozumieć... Teraz jednak, gdy wróciłeś nareszcie, chciałabym zatrzymać cię, jako jedno z ogniw mego życia.
— Rzecz prosta. Należymy przecież do siebie.
— Nie, nie należymy. Ja nie chcę wracać do tego dzieciństwa; wiesz o tem, Dick’u, bo ty jeden pojmowałeś mię zawsze. Przytem dzisiaj wiąże nas jeszcze praca na wspólnem polu. Zaszedłeś dalej, niż ja; mógłbyś mi tyle rzeczy wyjaśnić, w tylu pomagać. Zapanowałeś nad techniką, nad środkami; musisz więc nauczyć mię, jaką drogą dochodzi się do celu. Czy zgoda?
— Zgoda na wszystko; tylko... zdaje mi się, że nie dobrze rozumiem, o co ci chodzi. Czy ma to znaczyć, iż nie chcesz tracić mię z oczu i dlatego proponujesz, abym ci na przyszłość w pracy pomagał?
— Tak; ale pamiętaj, Dick’u, że w słowach moich niema żadnej innej myśli, że stosunek nasz musi poprzestać na cechach koleżeństwa i przyjaźni. Ten warunek właśnie każe mi odczuwać cały mój egoizm. Ale rozstać się z tobą byłoby mi dziś przykro... Pozostawmy więc rzeczy, jak są... i... i będziesz mi pomagał.
— Dobrze. Aby jednak radzić skutecznie, muszę wpierw zobaczyć twoje prace, przejrzeć szkice, zbadać kierunek i tendencye. Wtedy dopiero będę mógł udzielać wskazówek, w miarę postępu roboty. Wszak o to ci chodzi, Maisie?
W błysku jego oczów przebijał znów z trudnością ukrywany wyraz tryumfu.
— Jesteś dobry, bardzo dobry — przyznała. — Czuję, iż opierasz przyrzeczenie swe na wyrachowaniu, które się nigdy nie spełni; czuję to i widzę; źle więc robię, zatrzymując cię przy sobie. Pamiętaj, Dick’u, abyś później nie miał do mnie urazy.
— Nie, Maisie; układ nasz zawieram z całą świadomością; zresztą królowa się nie myli, królowa nie może zbłądzić. Nie sądź więc, iż zdumiewa mnie twój egoizm; nie, uderzony tylko jestem śmiałością, z jaką mnie zużyć próbujesz.
— Phi! — zaśmiała się. — Dla mnie jesteś tylko Dick’iem.
— Tem lepiej, bo Dick’iem tylko pragnę dla ciebie pozostać. Powiedz mi jednak, Maisie, wszak wierzysz, że cię kocham? Pomnij i ty później, w przyszłości kiedyś, że kładę nacisk na to, że nie chcę, abyś się łudziła niedobrzecznem przypuszczeniem braterskich uczuć z mej strony.
Dziewczę popatrzyło na niego badawczo, poczem długie jej rzęsy przysłoniły źrenice.
— Wierzysz, że cię kocham?
— Wierzę; jakkolwiek szaleństwem to jest z mej strony, wierzę. I dlatego właśnie żałuję, że nie mam siły rozstać się z tobą na zawsze, zanim w sercu twojem gniew zapanuje. Towarzyszka jednak, z którą mieszkam, jest nie tylko ruda jak wiewiórka, lecz w dodatku impresyonistka; wszystkie nasze pojęcia różnią się krańcowo, co mnie tem więcej samotną czyni.
— Zdaje mi się, że i nasze się różnią. Nie zwracaj wszakże na to uwagi. Za trzy miesiące będziemy się, mam nadzieję, śmieli oboje z dzisiejszej rozmowy.
Maisie wstrząsnęła smutnie główką.
— Wiedziałam, że nie zechcesz mnie zrozumieć, i że potem, pojąwszy myśl moją, tem sroższą czuć będziesz urazę. Przyjrzyj się wszakże rysom mym, Dick’u, i powiedz, co one ci mówią.
Powstali, patrząc na siebie, oko w oko. Mgła coraz gęstsza tłumiła głuchy łoskot i szum ulicy, kratą żelazną od parku oddzielonej. Dick przywołał całą swą, doświadczeniem życia zdobytą znajomość ludzkiej fizyognomii, aby czytać tem snadniej w tej drobnej, delikatnej twarzyczce, pod czarnym kapelusikiem ukrytej, — w zdobiących ją dużych, siwych oczach, w ustach wytwornie zarysowanych i profilu kruczymi włosami otoczonym.
— Ta sama, moja Maisie, tak jak ja tym samym Dick’iem zostałem — wyrzekł wreszcie. — Oboje posiadamy przytem zadatek uporu i wolę niezłomną; jedna więc z dwóch złamaną być musi... A teraz ułóżmy plany na przyszłość. Mam przecież przyjść obejrzeć twoje obrazy. Może naznaczymy dzień, w którym ruda towarzyszka...
— Najlepiej w niedzielę. Przychodź w niedzielę zawsze. W tylu rzeczach potrzebuję zasięgnąć twej rady, o tylu pogawędzić, lecz teraz czas już wracać do roboty.
— A więc do niedzieli! Tymczasem zaś, Maisie, spróbuj dociec, kim jestem i jakim jestem właściwie. Nie wierz na ślepo uległości mej i słowom, wypowiedzianym tutaj. Do widzenia, ukochana; niech cię Bóg ma w swej opiece!
Maisie odbiegła cicho, jak mała myszka szara. Dick stał w miejscu, śledząc postać jej wysmukłą, dopóki nie zniknęła mu wśród tłumu. Na szczęście jednak, nie słyszał, iż, odchodząc, mówiła do siebie:
— Złe ze mnie, szkaradne, samolubne stworzenie. Ale to Dick przecież, a Dick powinien mnie rozumieć.
Ów Dick tymczasem starał się wytłómaczyć sam sobie, iż dłuższa jego obecność i wpływ serdecznego uczucia muszą rozgrzać Maisie, muszą zmienić obecne jej zapatrywania. Wtem w myśli artysty stanął obraz rysów jej i wszystkiego, co mu one powiedziały.
— Ktokolwiek umie czytać w ludzkiem obliczu, ten musi przyznać, iż w twarzyczce jej odzwierciadla się wszystko, prócz odrobiny uczucia, prócz cienia tkliwości. Będę więc musiał zbudzić je dopiero; usta te zaś mówią wyraźnie, iż nie łatwo zdobyć je przyjdzie. A jednak ona ma racyę; skoro wie, czego chce, powinna dążyć do celu, raz wytkniętego. Co za zuchwalstwo wszakże... zużywać mnie do tego! Mnie! No, ale to Maisie, jej wszystko wolno. Faktowi temu nikt i nic zaprzeczyć nie zdoła. Możność zaś częstego widywania jej sowicie trudy me opłaci. To zarzewie — ciągnął dalej — musiało nigdy nie wygasnąć, lecz tlało widać przez lata długie w mej duszy. Nic w naturze nie ginie; teraz będzie mnie ona zużywać do swych celów, jak ja zużywałem Binat’a w Port-Said. Ha, ma racyę; to jej prawo; niemniej boli to troszkę. Wolno mi więc odwiedzać ją w niedzielę tylko, zupełnie jak kawalerowi, który chodzi w zaloty do kucharki. Przekonam ją jednak, nawrócę; chociaż te usta nie mówią o uległości. Chęć ucałowania ich będzie mnie prześladowała, tak jak dzisiaj, przez cały czas, a ona, zamiast upragnionej pieszczoty, da mi pędzle, każe oglądać obrazy swoje, nie wiem dotąd jakie, i mówić o sztuce, o sztuce niewieściej w dodatku. Och, niechżeż ta przeklęta sztuka przepadnie raz, ze wszystkiemi swemi odmianami! Co prawda, oddawała mi ona dotąd niezłe przysługi, ale czegóż teraz w drogę mi wchodzi? Dla przebłagania, pójdę do domu i spróbuję, o sztuko, złożyć ci należną daninę.
W połowie drogi jednak nowa, smutna myśl uderzyła malarza. Podsunęła ją postać kobiety, przebijającej się przez mgłę gęstą.
— Sama jedna w Londynie, bez żadnej opieki, a w towarzystwie tej rudowłosej impresyonistki, która posiada może strusi żołądek. Wszystkie wiewiórki odznaczają się niebywałą strawnością; tymczasem Maisie taka drobna i delikatna. Jadają pewno nieregularnie, zasycają się herbatą. Życie podobne wycieńcza; może zachorować kiedykolwiek, a ja nawet nie będę mógł nieść jej pomocy. Och, ależ to męka istna! Gdyby była moją żoną, ta troska, ten niepokój, nie psułyby mi chwili każdej.
O zmierzchu do pracowni Dick’a wszedł Torpenhow. W męskich jego rysach odzwierciadlała się troska również i owa miłość surowa, znana tylko mężczyznom, których złączyło jarzmo wspólnej pracy, razem przebytych niebezpieczeństw, długiego przyzwyczajenia, trudów i zabiegów. Uczucie takie opiera się wszelkim próbom — zarówno sprzeczce, jak ostrym uwagom i brutalnej szczerości. Przeciwnie, po otwartem wypowiedzeniu myśli wzrasta, stając się silniejszem nad rozłąkę, nad złe postępowanie nawet.
Podawszy mu fajkę, Dick milczał dalej. Myśli jego zajęte były w tej chwili obrazem Maisie oraz obliczaniem możliwych jej potrzeb. Troszczyć się o kogokolwiek innego oprócz Torpenhow’a, który doskonale radził sam sobie, była to dla Ryszarda nowość, pełna uroku. Teraz wiedział nareszcie, na co pracował; wiedział, co ma zrobić z pieniędzmi. Będzie obsypywał Maisie klejnotami. Zawiesi na delikatnej jej szyi gruby łańcuch złoty, okrągłe ramiona pokryje bransoletami, w pierścienie drogocenne ubierze te rączki drobne, chłodne, a wszelkich świecideł pozbawione, te rączki, które z takim spokojem spoczywały nie dawno w jego dłoniach.
Wtem myśl ta cała wydała mu się niedorzeczną. Wszak Maisie nie pozwalała mu włożyć jednego, jedynego pierścionka na swój paluszek; inne więc złote okowy śmiechem przyjęłaby zapewne. Nie; lepiej byłoby o szarej, jak ta, godzinie siedzieć z nią razem; ręką opasać kibić, a czarną główkę przygarnąć do ramienia; ona oparłaby mu ją tu, na piersiach — i siedzieliby cichutko, wsłuchani we własne słowa, lub w spokój, panujący dokoła.
Buty Torpenhow’a skrzypnęły w tej chwili, a ostry głos jego przerwał nić marzeń dalszych. Heldar ściągnął brwi i zaklął z cicha; przypomniało mu to bowiem, iż w powodzeniu, branem za rzecz z prawa sobie przynależną, za słuszną nagrodę cierpień przebytych, nagła zachodziła przerwa. Oto znalazła się kobieta, która, nie przecząc sławie owej, ani zasługom, nie chciała jednak uczuć jego dzielić.
— Słuchaj, stary druhu — mówił tymczasem Torpenhow, — czyja cię czem dotknąłem, czy obraziłem w ostatnich czasach?
— Ty? Nie. Co za myśl nawet!
— Więc chyba wątroba ci dolega?
— Człowiek zdrowy, jak ja, nie wie, że ma wątrobę. Jestem po prostu rozstrojony trochę. Coś mi tam świdruje w duszy.
— Człowiek zdrowy naprawdę nie wie, że ma duszę. Skąd ci przyszły takie zbytkowne dociekania?
— Z powietrza pewno. Czy nie pamiętasz, kto to napisał, że jesteśmy wszyscy wyspami kłamstwa, rozrzuconemi na morzu nieporozumień?
— Kimby on nie był, miał racyę, co do nas przynajmniej. Morze nieporozumień tylko to rzecz zbyteczna. Wątpię, Dick’u, abyśmy dwaj mogli nie zrozumieć się wzajemnie.
Milczenie zaległo pracownię. Kłęby błękitnego dymu, dosięgnąwszy sufitu, zaczęły z wolna zniżać się ku dołowi. Torpenhow, zapatrzony w nie, rzucił z nienacka:
— Dick’u, czy to o kobietę chodzi?
— Bodajś się powiesił, jeżeli mi kobieta przez myśl chociaż przeszła! Spróbuj raz jeszcze przemówić w ten sposób, a wiesz, co zrobię? Oto, wynająwszy typową pracownię, z czerwonej cegły, z białemi, olejno malowanemi ozdobami, z doniczkami begonii, petunii i palm tanich o trzech liściach, przeniosę tam moje obrazy. Każę je oprawić w ramy z pluszu błękitnego, porozstawiam malowniczo i sproszę wszystkie kobiety, które jęczą, wzdychają i plotą wyczytane w podręczniku banialuki o sztuce. A ty, ty, Torp, będziesz je musiał zabawiać, ubrany w tabaczkowy, aksamitny surdut, w żółte spodnie i pomarańczowy krawat. Przypuszczam, że przypadnie ci to do gustu.
— Przeciągnąłeś strunę, Dick’u, i dlatego właśnie wiem, co chciałem wiedzieć. Człowiek lepszy nawet od ciebie gotów w takiej chwili kląć się i przysięgać; ale to go tem więcej potępia. Przeciągnąłeś strunę. Nie mam prawa nic ci powiedzieć; cieszę się jednak, że za kłamstwo podobne losy gotują ci tam, gdzieś pod słońcem, potężne cięgi. Czy ci je ześle niebo lub ziemia, nie wiem. Przyjść jednak muszą; muszą cię złamać, zgnieść, upokorzyć trochę, bo od dawna uczciwych plag potrzebujesz.
Dreszcz mimowolny wstrząsnął Heldarem.
— Dobrze — odparł żartobliwie. — Gdy będą mię miażdżyć, udam się do ciebie po ratunek.
— A ja przyjdę i dopomogę im jeszcze. Ale po co my głupstwa mówimy? Wszystko to sensu nie ma. Chodźmy lepiej do teatru.




ROZDZIAŁ VI.

W kilka tygodni później Ryszard wracał w niedzielę, wśród mgły gęstej, przez park do domu.
— Są to widocznie owe cięgi, które Torp przepowiadał — mówił do siebie. — Brr! bolą więcej, niż przypuszczałem na razie; ale... królowa błądzić nie może. Przytem trudno jej odmówić zdolności rysunkowych.
Ukończył właśnie niedzielną wizytę u Maisie. Przez cały czas gawędy zielone, badawcze oczy rudej impresyonistki nie opuszczały ich ani na chwilę; Dick też, od pierwszego spotkania, za śledcze to może, natrętne spojrzenie, znienawidził czerwonowłosą dziewczynę; a teraz, teraz wracał do domu z dojmującem uczuciem wstydu i upokorzenia.
Nie pierwsza to była wizyta. Nie. Niedziela po niedzieli, ubrany w najlepsze szaty, szedł do brudnej, nieporządnej kamienicy, położonej za północnym skrajem parku, aby najwpierw oglądać tam obrazy Maisie, a później krytykować je i udzielać rad i wskazówek; od dawna bowiem spostrzegł, iż dzieła te zdają się błagać o poprawki. Niedziela po niedzieli tymczasem wzrastała jego miłość, opanowując sercem coraz mocniej, tłocząc na usta wyrazy, które musiał siłą powstrzymywać, tak jak siłą wstrzymywał się jedynie, by nie ująć Maisie w ramiona i nie ucałować ust tych drobnych raz jeden, raz jeszcze... i wiele, wiele razy później. Niedziela po niedzieli głowa brała górę nad sercem, nad porywem uczucia, przestrzegając go, iż Maisie pozostanie niewzruszoną, — że lepiej nie zdradzać się i gawędzić dalej o tajnikach sztuki, która — jak dotąd — stanowiła jedyną życia jej osnowę.
Przeznaczeniem jego było widocznie znosić przez długie tygodnie istne tortury w tej małej pracowni, przybudowanej niedbale do ubogiej, zaniedbanej willi, — w pracowni, której nikt nie odwiedzał, w której nic nie leżało na swojem miejscu. Przeznaczeniem — milczeć, patrząc, jak Maisie krząta się około filiżanek i nalewanej w nie herbaty.
Nie znosił herbaty, czuł wstręt do niej; a jednak, aby przedłużyć ile możności pobyt swój tutaj, pił ją z namaszczeniem, podczas gdy rudowłosa impresyonistka, siedząc w milczeniu, nieporuszenie, jak plama jakaś ognista a bezkształtna, nie spuszczała z niego zielonych swych oczu. Śledziła go tak zawsze, bezprzestannie.
Raz, raz jeden tylko pozostawiła ich samych na chwilę; lecz wtenczas Maisie skorzystała właśnie z tych minut kilku, aby mu pokazać album, w którem chowała parę wycinków z gazet z króciutkiemi, pośpiesznemi wzmiankami o obrazach swych, posłanych na przygodne wystawy prowincyonalne.
Dick pochylił się i przyłożył usta do paluszka, farbą umazanego, którym przytrzymywała kartę albumu.
— Och, ukochana, jedyna moja! — wyszeptał — i ty przywiązujesz wagę do takich rzeczy? Wrzućże to do kosza, Maisie!
— Nie — odparła, zamykając książkę. — Będę dopóty wzmianki te chować, dopóki lepszych nie pozyskam pochwał.
Wtedy to, kierowany zwykłym swym brakiem szacunku dla publiczności, a głębokiem uczuciem dla dziewczęcia, chcąc zdobyć dla niej więcej owych upragnionych wycinków, Dick zaproponował, iż następny obraz on wymaluje, a ona podpisze tylko.
— Dzieciństwo! — oburzyła się Maisie. — Nie spodziewałam się tego po tobie. Praca musi być moją, moją własną, moją, moją tylko!
— W takim razie weź się do malowania dekoracyjnych medalionów w domach wzbogaconych piwowarów! — rzucił Dick, wściekły i dotknięty do żywego.
— Niech będą i medaliony, lecz ja je sama wykonam — brzmiała odpowiedź, dana głosem, który mu przypomniał śmiałe utarczki, staczane z mrs. Jennett przez pewien atom drobny, o dużych, siwych źrenicach. Rozbrojony, chciał się upokorzyć, przeprosić, lecz rudowłosa wtargnęła już z powrotem do pracowni.
Następnej niedzieli, przyniósłszy Maisie drobne upominki — z ołówków, które miały same rysować, i farb niebywałej trwałości, — starał się zjednać artystkę, święcąc pracy jej niepodzielną uwagę. Wymagało to natężenia myśli oraz wytłumaczenia własnych jego przekonań i poglądów. Torpenhow’owi włosy stanęłyby ze zdumienia na głowie, gdyby mógł był słyszeć zapał, z jakim Dick wygłaszał wiarę swą w ewangelię sztuki.
Przed miesiącem wymowa ta jego samegoby zdziwiła. Dziś jednak Maisie żądała, aby jej wyjaśniał tajemnice zawodu; zebrawszy więc całą przytomność umysłu, szykował w jeden szereg wszystkie „dlaczego“ i „czemu,“ nad któremi sam dotąd nigdy nie suszył sobie głowy. Niema nic trudnego w zrobieniu danej rzeczy, jeżeli wykonać ją umiemy; wskazać wszakże zasady, na mocy których działamy, to zadanie często niełatwe.
— Gdybyś mi dała pędzel do ręki, wykończyłbym to w mgnieniu oka — zawołał Dick, zrozpaczony upartym podbródkiem, który, według wyrażenia Maisie, nie chciał w żaden sposób nabrać miękkiej soczystości ciała. — Poprawiłbym z łatwością; nauczyć cię jednak, jak masz sama zrobić, nie potrafię. Koloryt twój posiada jakąś cechę holandzką, ponurą, która mi się bardzo podoba; rysunek jednak słabym jest widocznie. Skrócenia tak wyglądają, jak gdybyś nigdy nie malowała podług żywego modelu; przytem przejęłaś manierę Kami’ego. Ciało nie ma jędrności, a w cieniu nabiera pozoru ciasta. Nie wiedząc o tem, oszukujesz sama siebie i własną pracę, byle tylko uniknąć gruntownej, choć nudnej może roboty. Otóż, gdyby cię to nie rozgniewało, poradziłbym poprzestać czas jakiś na rysunku. Linie nie pozwalają na żadne szacherki, na żadne ustępstwa. Wszystko musi być zrobione wyraźnie i dokładnie. Tymczasem farby olejne to ulubiona ucieczka partaczy. Trzy lub cztery cale kwadratowe ładnej, soczystej karnacyi ocala nieraz obraz, kryjąc wady i braki w nakreśleniu postaci. Rzecz to znana, lecz niemoralna. Weź się na czas krótki do rysunku, a wtedy dopiero potrafię ocenić twe zdolności, siłę twego talentu... jak się zwykł Kami wyrażać.
Maisie zaprotestowała żywo. Kreda i ołówek nie pociągały jej, nie zajmowały.
— Wiem o tem — przyznał Ryszard. — Wolisz malować główki fantazyjne; kwiaty bowiem, jakimi otoczysz ich szyję, osłonią zły rysunek i wadliwe modelowanie korpusu.
Rudowłosa impresyonistka rozśmiała się mimowoli.
— Wolisz — ciągnął artysta dalej — tworzyć krajobrazy, w których krowy i konie będą stały po kolana w trawie dlatego jedynie, aby ukryć krzywe swe nogi. Wolisz robić to, czego właściwie robić jeszcze nie umiesz. Masz niezaprzeczone poczucie barw, lecz nie zdołałaś zapanować nad formą. Otóż poczucie barw to dar boży, którego ci nikt i nic nie odbierze; forma zaś to rzecz, którą wypracować, której nauczyć się trzeba. Dlatego też radzę: odłóż farby, a weź się do rysunku. Inaczej wszystkie te fantazyjne główki, a kilka bardzo jest ładnych, tak uwiężą twórczość twą i talent, iż ani o krok nie postąpi on na przód. Rysunek tymczasem, wykazawszy słabe strony, zatrzyma cię chwilę, lecz później pozwoli ze zdwojoną siłą rozwinąć skrzydła.
— Tylu jednak ludzi... — przerwała Maisie.
— Och, nie patrz na to, co drudzy robią. Duch ich nie jest twoim duchem i na rozwój jego wpływać nie może. Człowiek stoi i podnosi się siłą własnej pracy jedynie. Pamiętaj więc, iż oglądanie się w walce tej na innych istną jest stratą czasu.
Dick zatrzymał się, a w oczach jego rozumnych odzwierciedlił się wyraz tęsknoty i głębokiego uczucia, tak często przez rozum tłumiony. Wpatrzone w Maisie spojrzenie jego pytało wyraźniej od słów najwymowniejszych, czy nie czas już było zaniechać tej czczej zabawki, rzucić las pędzli i płócien, podając rękę miłości, która życiem jest dopiero.
Maisie tymczasem, ku wielkiemu jego zdumieniu, poddała się wskazanej, surowej metodzie nauczania; a czyniła to z takim wdziękiem kornym, iż miał co chwila ochotę chwycić ją w ramiona i unieść do najbliższego urzędnika stanu cywilnego. Nieokreślone posłuszeństwo dla słowa wyrzeczonego, a zimna, niepojęta obojętność dla uczuć, niewypowiadanych wprawdzie, lecz w każdem spojrzeniu u stóp jej składanych, mieszała i mroziła Heldar’a. Władza jego wzrastała równocześnie w domu. Ograniczała się ona wprawdzie do jednego tylko popołudnia na siedm dni w tygodniu, lecz niemniej coraz wyraźniejsze przybierała cechy. Maisie nauczyła się polegać na nim; przywykła żądać jego rady we wszystkiem — od opakowania wysyłanego obrazu aż do naprawy dymiącego kominka.
Rudowłosa za to nigdy i w niczem o zdanie jego nie pytała. Z drugiej wszakże strony, nie protestowała przeciw jego obecności, trawiąc czas na bacznem przyglądaniu się rysom gościa.
Heldar odkrył tymczasem, iż przypuszczenia jego były prawdziwe, że pożywienie niewiele zajmowało czasu obu malarkom. Posiłek dorywczy, nieregularnie podawany, składał się najczęściej z herbaty, pikli i biszkoptów. Dziewczęta wybierały się zawsze na targ, miały porobić większe gospodarskie sprawunki, ale tymczasem żyły przez całe tygodnie jak ptaszęta, manną bożą nieledwie, przy pomocy najemnicy tylko, która na krótko się pojawiała. Dochody bowiem Maisie szły całe na modele; impresyonistka zaś poświęcała wszystko na przybory, o tyle wytworne, o ile pospolitą była jej praca.
Nauczony własnem doświadczeniem, drogo za przybyciem do Londynu nabytem, Dick ostrzegł ukochaną, iż takie głodzenie się doprowadza do upadku ducha, do gorszego od śmierci wyczerpania i sparaliżowania sił umysłowych. Maisie, uwierzywszy mu — jak zwykle — postanowiła więcej na prozę życia zwracać uwagi.
Gdy Ryszard rozważał później scenę tę wśród ciszy zimowego wieczoru, gdy przypomniał sobie zatykanie dymiącego komina w saloniku Maisie, doświadczał bólu, gorszego od cięcia szpicrózgą. Zdawało mu się, iż sroższego cierpienia nie mógłby zaznać; a jednak przyszła i na nie kolej.
Pewnej niedzieli rudowłosa oznajmiła, iż ma zamiar narysować głowę pana Heldar’a, prosi więc, aby siedział spokojnie czas jakiś; przyczem — dodała jakby od niechcenia — może zechce patrzeć na Maisie. Aby nie drażnić jej odmową, zajął wskazane miejsce; nieruchomość zaś pozwalała mu rozważać, ile to razy on sam innych ludzi w podobnym zużywał celu. Przyszła więc i na niego kreska; a równocześnie, dziwnym zbiegiem okoliczności, stanął mu w myśli Binat, ów Binat, który, zanim doczekał się takiego poniżenia, był przecież sam artystą.
Gdy skończyła, ujrzał szkic własnej głowy, szkic, rzucony ostrymi rysami tylko, a jednak wyrażający z przedziwną siłą: nieme oczekiwanie, tęsknotę, a przedewszystkiem beznadziejne oddanie się mężczyzny kobiecie, na którą patrzył w danej chwili. Rysunek był widocznie gorzkiem szyderstwem ze strony złośliwej dziewczyny.
— Kupuję szkic ten! — zawołał Dick szybko. — Kupuję za cenę, jaką pani sama naznaczysz.
— Byłaby w każdym razie za wysoką dla pana. Sądzę wszakże, iż będziesz mi równie wdzięcznym, gdy...
Jednym rzutem szkic znalazł się w popiele wygasającego ogniska.
— Och, co za szkoda! — zawołała Maisie. — Zepsułaś, nie pokazawszy mi nawet.
— Dziękuję pani — wyszeptał Dick głosem przez wzruszenie stłumionym i szybko pożegnał obie artystki.
— Jak ten człowiek mnie nienawidzi, a jak kocha ciebie, Maisie! — wybuchnęła rudowłosa.
— Co za niedorzeczność! Wiem, że Ryszard mię lubi; każde z nas jednak ceni również pracę i ma cel w życiu, do którego musi dążyć wytrwale.
— Nie; on kocha ciebie tylko. Przekonałam go jednak dzisiaj, że i impresyonizm jest coś wart w sztuce, że i on ma siłę. Maisie, czy ty nie widzisz?
— Czego? Nie rozumiem.
— Nic już; tylko, gdyby na mnie ktoś tak patrzył, jak ten człowiek na ciebie, wtedy... wtedy... nie wiem, cobym zrobiła! Heldar jednak nienawidzi mnie; och, jak mnie nienawidzi!
Myliła się poniekąd. Nienawiść bowiem Dick’a złagodzona została na razie wdzięcznością za zniszczenie owego szkicu, a później, później zapomniał po prostu o antypatycznej mu dziewczynie. Miejsce jej zajęło poczucie wstydu i upokorzenia.
— Musi w tych dniach nastąpić wybuch! — powtarzał z wściekłością, idąc przez park, w gęstą mgłę spowity. — Czas położyć kres fałszywemu położeniu. Zresztą nie jest ono winą Maisie, broń Boże! Maisie, ze swego stanowiska, ma racyę. Maisie mylić się nie może; ale historya ta trwa już przeszło trzy miesiące. Trzy miesiące! Cóż to znaczy! Wszak dziesięć lat włóczyłem się po świecie, aby zdobyć podstawy, pierwsze podstawy po prostu, do pracy dzisiejszej. Prawda. Lecz nikt nie wbijał mi wtenczas szpilek, szpilek-rysunkowych, nikt nie zagłębiał co niedzielę sztyletu w duszy. Och, maleństwo ty moje, ukochane! jeżeli uda mi się kiedy wolę twą przełamać, ktoś będzie musiał srodze walkę tę odpokutować. Ale nie ty, nie. Ciebie zbyt kocham na to; otruję po prostu w dzień naszego ślubu tę czerwoną wiewiórkę, która zdaje się niezdrowy wpływ dokoła wywierać. A teraz, aby zapomnieć o przykrych przejściach, chodźmy do Torp’a.
Ów Torp wymawiał srodze w ostatnich czasach Dick’owi zmienność jego i lenistwo, dwa ciężkie grzechy w karyerze artystycznej. Malarz słuchał wyrzutów bez jednego słowa odpowiedzi. W pierwszych tygodniach, rozdzielających pamiętne niedziele u Maisie, rzucił on się z szaloną, dziką zaciekłością do pracy, chcąc pokazać ukochanej całą rozległość swego talentu, całą jego potęgę. Wkrótce jednak przekonał się, że trud to próżny. Ponieważ bowiem uczył ją, aby poza własną robotą nic nie widziała i na nikogo się nie oglądała, Maisie więc starała się to święcie wypełniać. Prosiła o rady i słuchała ich, lecz równocześnie obrazy Dick’a nic a nic jej nie obchodziły.
— Prace twoje czuć krwią i tytuniem — rzekła raz. — Powiedz, czy ty tylko żołnierzy stwarzać umiesz?
— Zrobiłbym twój obraz — myślał Ryszard, — twój portret; namalowałbym go tak, iż zdumionąbyś została. — Głośno jednak nie zdradził się z myślą równie śmiałą, lecz rzekł pokornie: — Żałuję, Maisie, że ci się te rzeczy nie podobają. — Po powrocie do domu za to wywarł gniew swój, rzucając wobec Torpenhow’a cały szereg bluźnierstw przeciw sztuce.
Stopniowo jednak, wskutek jednej myśli wszechpotężnej, owładającej jego duchem, przestał zajmować się własną pracą i własnemi dziełami. Przez wzgląd na Maisie, przez szacunek dla samego siebie, szacunek, którego cząstkę tracił każdej niedzieli, nie poniżał się rozmyślnie złą pracą; dobrej wszakże nie tworzył także; bo skoro Maisie nie dbała o jego obrazy, po co je było powoływać do życia? Nie robił więc nic, licząc tylko dnie długie, dzielące niedzielę od niedzieli.
Torpenhow’a oburzało to do najwyższego stopnia; nie mogąc też wytrzymać w narzuconej sobie, biernej roli, postanowił uderzyć na Ryszarda tej właśnie niedzieli, gdy wracał on od Maisie, zgnębiony i rozstrojony trzygodzinną walką z nałożonemi sobie pętami, trzygodzinnem szamotaniem się z własnem uczuciem.
Chcąc odnieść zwycięstwo w ataku, Torpenhow spróbował poradzić się Nilghai’ego, który nadszedł pod tę porę.
— Rozpróżniaczył się, mówisz? Zaniedbał robotę, zły jest i rozdrażniony? — pytał Nilghai. — Phi, zwykłe symptomaty; niema sobie nad czem głowy łamać. Wchodzi tu po prostu w grę kobieta.
— Ależ to istne nieszczęście!
— Nie. To tylko chwilowa choroba. Przeszkadza mu ona na razie w pracy, łamie bieg życia; radzę jednak, nie mieszaj się do tego. Może tu ona przyjść nawet, może mu zrobić scenę na schodach, ale to niczego nie dowodzi. Najlepiej, dopóki Ryszard sam nie zacznie, nie mów nic; nie jest to bowiem charakter uległy, na który łatwo byłoby wpływ wywierać.
— Pragnąłbym go widzieć takim; ale, niestety, szatan z niego, uparty, a przeklęcie siebie pewny.
— Czas uleczy go z tego. Życie nauczy go jeszcze, iż trudno podbić świat tuzinem pędzli lub pudełkiem farb olejnych. Lubisz go bardzo, jak widzę?
— Do tego stopnia, iż wziąłbym chętnie na siebie wszelką karę, każdą przykrość, jakaby go miała spotkać! Znam jednak życie i wiem, że nawet brata własnego nikt od nich ocalić nie jest w stanie.
— Rzecz prosta, a że niema wojny, na którąby Dick’a wysłano, musi więc powoli, własnym kosztem, zdobywać doświadczenie. Ale, skoro mowa o wojnie, mogę ci powiedzieć, iż na wiosnę oczekują rozruchów w Bałkanach.
— Dawno je zapowiadali. Gdyby raz przyszły nareszcie, może udałoby mi się wyciągnąć stąd Ryszarda.
W drzwiach otwartych stanął w tej chwili Heldar, a posłyszawszy ostatnie zdanie, rzucił krótko:
— Za marna okazya. Zbyt mi tu dobrze obecnie, abym miał zamiar w świat wyruszyć.
— Chybaż nie bierzesz na seryo tych wszystkich niedorzecznych pochwał, jakie ci pisma sypią? — podjął Nilghai. — Wszedłeś w modę, ale to nie może długo potrwać. Za pół roku publiczność zwróci się do nowej zabawki, a ty co poczniesz wówczas? Gdzie się podziejesz?
— Zostanę tu, w Anglii.
— Wtedy, gdy mógłbyś znaleźć wpośród nas cudowną sposobność do nowej roboty? Cóż to znów za niemądry pomysł? Będziemy tam wszyscy: ja, Kenen, Torp, Cassavetti, cała armia; znalazłbyś więc okazyę do zdobycia nowych tryumfów, do robienia studyów, dzięki którym sława twoja zaćmiłaby imię Wereszczagina.
— Hm! — mruknął Dick, paląc zawzięcie fajkę.
— Ty jednak wolisz siedzieć bezczynnie, wyobrażając sobie, iż cały świat patrzy na twe obrazy i nimi tylko jest zajęty. Ryszardzie, pomyśl, proszę, jak własne kłopoty, trudy i zabiegi wypełniają życie każdego człowieka, a może zrozumiesz wtedy, czem jest właściwie takie, jak twoje, powodzenie. Oto, jeżeli z pośród milionów ludzi dwadzieścia tysięcy znajdzie czas, aby między dwoma kęskami, między jednym łykiem a drugim, mruknąć coś o czemś, co ich nawet wcale nie obchodzi, to wynik tego mruknięcia nazywa się: sławą, rozgłosem lub chwałą, stosownie do gustu, do upodobania pana i władcy, który mruknięcie podobne sylabizuje.
— Wiem o tem tak dobrze, jak i ty. Racz zaufać o tyle mej inteligencyi.
— A bodaj mnie powieszono, jeżeli w nią wierzę!
— Bodaj cię powieszono zatem. I tak zresztą stryczka pewno nie unikniesz. Nagrodzą cię nim Turcy za szpiegowanie ich szeregów. Ach, jaki jestem znużony, śmiertelnie znużony! Siły mnie opuszczają!
I osunąwszy się na fotel, Dick zasnął w parę minut.
— Zły to znak! — szepnął Nilghai z cicha.
Torpenhow wyjął śpiącemu z ust fajkę, od której zaczęło tlić się ubranie, i podsunął poduszkę pod głowę.
— Co tu poradzić? Co tu poradzić? — mówił. — Uparty i zły kozieł, ale ja go tak kocham! Oto blizna po owem strasznem cięciu, jakiem rozpłatano mu czaszkę w Afryce.
— Może on dzięki temu oszalał trochę?
— E, cóż znowu! Byłby w takim razie najtrzeźwiejszym szaleńcem, jakiego mi się spotkać zdarzyło.
Drzemkę tę Dick przypłacił nocą bezsenną, wśród której przyszła mu nagle myśl bardzo prosta, a tak wspaniała, iż nie mógł pojąć, dlaczego dziś dopiero wpadł na nią. Oto pójdzie do Maisie w dzień zwykły, nie niedzielny, podsunie projekt wspólnej wycieczki za miasto i zawiezie ją najbliższym pociągiem do Fort-Keeling’u, w te miejsca, które przed dziesięciu laty wspólnie przebiegali.
— Ogólnie biorąc — tłómaczył sobie nazajutrz, zapatrzony we własny, mocno namydlony podbródek, — chodzenie po starych ścieżkach nie zawsze jest bezpieczne. Przypominają się dawno przeżyte, zapomniane szczegóły i tchnienie smutku ogarnia duszę. W każdej jednak regule istnieją wyjątki, a ten mi może szczęście przyniesie. Pójdę natychmiast do Maisie.
Wyjątkowym trafem nie zastał rudowłosej; wyszła za sprawunkami. Przyjęła go więc Maisie tylko, w bluzie powalanej farbami, cała zajęta robotą i niezadowolona, że jej przerwano cenne chwile. Wizyta w dzień zwykły była przekroczeniem umowy, co tak żywo dała uczuć Dickowi, iż, zbity z toru, potrzebował całej odwagi na wypowiedzenie swej prośby.
— Zanadto pracowałaś w ostatnich czasach — tłómaczył z powagą człowieka doświadczonego. — Idąc tak dalej, stracisz siły. Trzeba ci koniecznie odpoczynku i dlatego namawiam na jednodniową wycieczkę.
— Dokąd? — pytała Maisie. Zmęczenie, wywołane długiem staniem przed stalugami, odbijało się zarówno w głosie jej, jak w rysach, znużeniem nacechowanych.
— Gdziekolwiek. Wsiądziemy do pociągu jutro i zdamy się na łaskę losu, gdzie nas zawiezie. Zjemy śniadanie na pierwszej lepszej stacyi, a przed wieczorem odwiozę cię na obiad do domu.
— Tak, lecz w razie dobrego światła stracę najniepotrzebniej dzień roboty — mówiła z wahaniem, unosząc w ręku ciężką paletę z orzechowego drzewa.
Dick powstrzymał siłą tylko przekleństwo, cisnące mu się na usta. Nie nauczył się jeszcze słuchać cierpliwie o tem zaciętem przywiązaniu do pracy, jakie ożywiało ukochaną przez niego kobietę.
— Wierz mi, Maisie — mówił, — iż, zużywając każdą godzinę dobrego światła, więcej sobie zaszkodzisz, niż dziełom twym pomożesz. Przepracowanie się to zadatek zabójczego próżniactwa na przyszłość. Bądź-że rozsądną i nie odmawiaj mi, w imię własnego dobra. Wstąpię jutro po ciebie, po wczesnem śniadaniu.
— Niech i tak będzie. Ale wszak zaprosisz także...
— Nie. Nie zaproszę nikogo. Chcę zrobić przyjemność tobie i sobie tylko, nikomu więcej. Zresztą dziewczyna ta nienawidzi mię serdecznie, a ja jej nie znoszę co prawda. Nie chciałaby pewno pojechać nawet. A więc do jutra. Daj Boże, aby nam słońce jasno świeciło.
Zachwycony powodzeniem projektu swego, Heldar miał ochotę zamówić osobny pociąg. Rozsądek kazał mu jednak powstrzymać wybryk podobny, poprzestał więc tylko na kupieniu wspaniałego, popielatego płaszczyka, okładanego błyszczącymi sobolami i, uszczęśliwiony ze sprawunku, wrócił do siebie, aby w ciszy projekt głębiej rozważyć.
— Wyjeżdżam jutro na dzień cały z Ryszardem — zawiadomiła Maisie rudowłosą po powrocie jej z miasta.
— Od dawna na nagrodę tę zasłużył — brzmiała odpowiedź. — Skoro ciebie nie będzie, każę uszorować z gruntu podłogę w pracowni. Brudna już bardzo.
Maisie, nieznająca od dawna wypoczynku, ani wakacyi, wyglądała z upragnieniem, lecz zarazem z pewną obawą, zapowiedzianej rozrywki.
— Gdy Dick stara się być rozsądnym, wtedy niema milszego nad niego człowieka — myślała. — Lękam się jednak, by nie zaczął przypominać starych historyi; odpowiedź moja bowiem znówby mu przykrość zrobiła. Doprawdy, sto razybym go więcej lubiła, gdyby chciał nareszcie zapomnieć o tych dzieciństwach.
Zjawiwszy się nazajutrz z rana, z oczami promieniejącemi głęboką radością, Ryszard zastał dziewczę w przedsionku, w płaszczyku i kapeluszu, gotowe już do drogi.
— Nie zwykła willa drewniana — myślał, — lecz pałace marmurowe byłyby zaledwo godnym dla bóstwa takiego przybytkiem.
Gdy „bóstwo“ zbiegło ze schodów i zajęło miejsce w czekającym na nich powozie, Heldar nie mógł się nacieszyć nową dla niego rolą opiekuna.
— Czy ci nie zimno czasem? Czy nie zjadłabyś, Maisie, cokolwiek przed wyjazdem? Patrz, okryj sobie nogi tym płaszczem.
— Dziękuję; dobrze mi zupełnie. Ale gdzie my jedziemy? Och, Dick’u, przestań-że śpiewać na ulicy. Ludzie gotowi nas wziąć za parę waryatów.
— Niech nas biorą za co chcą, jeżeli im to tylko sprawia przyjemność. Nie wiedzą nawet, kto my jesteśmy; ja zaś nie dbam wcale, kim oni są. Na honor, Maisie, uroczo wyglądasz!
Dziewczę, zapatrzone wprost przed siebie, nie odpowiedziało nawet. Mroźny wiatr zimowy zaróżowił delikatne jej lica; ponad kruczą główką zaś białawe obłoki rozdzielały się chyżo na tle blado-błękitnego nieba, a w powietrzu, w falach rzeki, w rozradowanych spojrzeniach wreszcie, czuć było tchnienie zbliżającej się wiosny.
— Ślicznie będzie poza murami miasta! — zawołał Dick.
— Gdzie my jednak jedziemy?
— Zaczekaj, a zobaczysz.
Zatrzymali się na dworcu Wiktorya i Ryszard pobiegł po bilety. Siedząc w poczekalni, przy dużym ogniu kominkowym, Maisie pomyślała przez ćwierć sekundy, ale przez ćwierć sekundy tylko, że jednak stokroć to wygodniej posłać mężczyznę, niż torować sobie łokciami drogę do kasy. Gdy wprowadził ją później do przedziału salonowego, dlatego jedynie, że był on ogrzany, w dużych, siwych źrenicach dziewczęcia przebiło się zgorszenie i wyrzut za takie marnotrawstwo.
— Chciałabym wreszcie wiedzieć, gdzie my jedziemy? — powtórzyła po raz dwudziesty, gdy nagle, u końca już drogi, nazwisko znanej stacyi błysnęło jej przez okno wagonu, zdradzając całą, starannie utrzymywaną tajemnicę.
— Och, Dick’u, szkaradny! — zawołała.
— Sądziłem, że ci będzie miło zobaczyć miejsca, od lat tylu niewidziane. Wszak po rozstaniu naszem nie wracałaś tu nigdy?
— Nie. Nie tęskno mi było za panią Jennett. A jedyne to wspomnienie, z chwilami temi związane.
— Czyż jedyne, Maisie? Patrz, pamiętasz pewno ten wiatrak? Stał wówczas wśród redlin z kartoflami. Na szczęście, nie zbudowano tu jeszcze całego szeregu willi zbytkownych. Czy pamiętasz, że ja cię raz zamknąłem w nim na klucz?
— A mrs. Jennett zbiła cię za to uczciwie, chociaż ja nic nie wydałam, nie powiedziałam, że ty mnie zamknąłeś.
— Sama zgadła. Podparłem jeszcze drzwi kijem i wołałem, że zakopuję żywcem Amommę w kartoflach, a ty, uwierzywszy, płakałaś z rozpaczy. Już-to wogóle ufniejsze miałaś usposobienie wówczas, niż dzisiaj.
Śmieli się i, wychyleni oknem, sprawdzali miejsca, z dawnemi wspomnieniami związane. Oczy Ryszarda tylko, zamiast na oddalonym krajobrazie, zatrzymywały się coraz dłużej na delikatnym policzku dziewczęcia, który fala krwi coraz żywiej zabarwiała. Zapatrzony w ten profil czysty, a tak blizko niego będący, winszował sobie coraz bardziej szczęśliwego pomysłu wycieczki, pewny, że mu ona przyniesie słowo jej przychylne, jako pierwszy zadatek szczęścia na życie całe.
Gdy pociąg zatrzymał się wreszcie, wyskoczyli oboje, by staremu miasteczku nowym przyjrzeć się wzrokiem. Najwpierw więc oglądali, ale z pewnej odległości, pamiętny im dom mrs. Jennett.
— A gdyby tak ukazała się na progu, cobyś zrobiła? — pytał Ryszard z udanym wyrazem obawy.
— Wykrzywiłabym się.
— Pokaż, jak? — ciągnął, naśladując język z czasów ich dzieciństwa.
Maisie oszpeciła śliczne swe rysy najohydniejszym grymasem, zrobionym w stronę willi, a malarz śmiał się głośno z niewinnej tej igraszki.
— Nie macie wstydu w oczach! — wołało dziewczę, naśladując oburzoną i rozgniewaną minę mrs. Jennett. — Maisie, do domu natychmiast! Za karę nauczysz się na pamięć: kollekty, epistoły i ewangelii na następne trzy niedziele z rzędu. Więc taki skutek odnoszą moje nauki? Och, to Dick namawia cię do wszystkiego złego! Słuchaj, jeżeli nie jesteś dżentelmanem, mógłbyś przynajmniej...
Zdanie zostało urwanem w połowie. Maisie przypomniała sobie bowiem, przy jakiej to sposobności zostało użytem po raz ostatni.
— Mógłbyś przynajmniej zachować pozory dobrze wychowanego człowieka — dokończył Ryszard szybko. — Miała racyę. Teraz zaś zjedzmy śniadanie i chodźmy do Fort-Keeling’u. A może wolisz pojechać?
— Nie. Powinniśmy iść piechotą, przez sam szacunek dla miejsc tych. Jak się tu nic nie zmieniło!
Gdy zwróciwszy się w stronę morza, przechodzili przez stare, dobrze znane uliczki, wpływ dawnych wspomnień opanował ich duszą. Zbliżali się właśnie do sklepu cukiernika, nadzwyczaj poważanego przez nich podówczas, kiedy to oboje razem złączywszy fundusze swe, posiadali zaledwo szylinga tygodniowego dochodu.
— Czy nie masz czasem paru groszy, Dick’u? — pytała Maisie, jak niegdyś przed laty.
— Mam trzy pensy. Jeżeli myślisz jednak, że dwa z nich ofiaruję ci na pastylki miętowe, to się srodze mylisz. Mrs. Jennett utrzymuje, że to gminny przysmak.
Znów się rozśmieli i znów zorza rumieńca oblała lica dziewczęcia, a fala krwi poruszyła żywiej sercem mężczyzny. Spożywszy śniadanie, poszli oboje wzdłuż pustego, niezabudowanego dotąd wybrzeża, do Fort-Keeling’u. Wiatr zimowy, pędząc od morza, dziwne im w uszach wyśpiewywał piosenki.
— Maisie, złapałaś gila. Czubek twego nosa zaczyna fiołki przypominać. Puśćmy się na wyścigi, to najlepszy sposób rozgrzania.
Obejrzawszy się dokoła, czy kto nie widzi, pobiegła jak strzała na przód. Zdyszana, przystanęła wreszcie.
— Dawniej gonitwa nie miała końca, dziś tchu mi już braknie.
— Wiek sędziwy ma swoje prawa. Widzisz, jak to źle zasiedzieć się w mieście i utyć. Gdyby mi obecnie przyszła fantazya wytargać cię za włosy, nie umiałabyś już uciekać przez trzy wiorsty, krzycząc w niebogłosy. Prawda, że krzyki miały wówczas sprowadzić panią Jennett z kijem, który spadał...
— To kłamstwo, Dick’u! Nigdy w życiu nie naraziłam cię rozmyślnie na plagi.
— Wiem o tem; niezdolną byłabyś do rzeczy podobnej. Przez Boga żywego, spojrzyj tylko na morze!
— To samo, co dawniej! To samo! — wołała w zachwycie.


Zaszedłszy dnia tego do pokoju Ryszarda, Torpenhow dowiedział się z wielkiem zdumieniem od pana Beeton, iż malarz, wyświeżony, ogolony, z pledem podróżnym na ręku, wyjechał o wpół do ósmej z rana jeszcze. Na szczęście, Nilghai miał przyjść dnia tego w południe na partyę szachów i gawędkę.
— Czy wiesz, rzeczy stoją gorzej, niż sądziłem — zaczął Torpenhow.
— Co? znów twój wieczysty kłopot o Dick’a? Kwokczesz nad nim, zupełnie jak kura, której jedno tylko kurczę pozostało. O co chodzi? Pogrąża się w rozpuście? Skoro to go bawi, dajżeż mu święty pokój. Możesz obić i uwiązać na smyczy małego szczeniaka, ale nie możesz przecież wziąć w niewolę młodego mężczyzny.
— Ba! kiedy tu nie chodzi o kobiety. W grę wchodzi jedna tylko kobieta i w dodatku młoda dziewczyna.
— Gdzie masz na to dowody?
— Czy pamiętasz, jaki śpioch z niego, jak go trudno, nawet gdy jest na służbie, podnieść z posłania? Czy pamiętasz, jaki mieliśmy kłopot z obudzeniem go w bitwie pod El-Maghrib? Otóż dziś wstał sam, po ciemku jeszcze i wystrojony wyjechał z domu przed ósmą z rana. Mówię ci, że to znak rozpaczny.
— Zapewne, dowód poważny. Ale może zebrał się po prostu kupić sobie konia. Dla takiej rzeczy gotów zerwać się o północy.
— Eh, z konia nie robiłby tajemnicy. W grę wchodzi tu dziewczyna.
— Skąd taka pewność? A może właśnie mężatka?
— Oszalałeś! Któżby tam wstawał o świcie dla cudzej żony! Tę można i w dzień widzieć.
— Niech więc będzie i dziewczyna. Co cię to tak korci? Może nauczy go ona właśnie, że świat istniałby i bez niego.
— Wpierw jednak zniechęci go do roboty, zabierze mu czas, wyda się za niego, zwichnie mu przyszłość całą. Zanim się opatrzymy, będzie już ożeniony i na następną wyprawę nie pójdzie, rzecz prosta.
— Wszystko to bardzo być może; ręczę wszakże, iż równie ważny wypadek nie powstrzyma ziemi w jej biegu... Ho, ho, chciałbym ja zobaczyć Dick’a, idącego w zaloty! Ale dajmy mu pokój. Nie martw się. Takie rzeczy trzeba zostawić wszechmocy Allah’a. Ustaw lepiej szachy.


Rudowłosa leżała w swoim pokoju, na łóżku, ze źrenicami szeroko roztwartemi, a utkwionemi nieruchomo w sufit. Kroki oddalających się stukały lekko o asfalt i cichły coraz bardziej, aż wkońcu, podobne do szeregu milknących pocałunków, zdawały zlewać się w jeden długi, gorący uścisk. Ręce impresyonistki zamykały się i otwierały z dziką wściekłością.
Najemnica, zgodzona do uszorowania podłogi w pracowni, stanęła w tej chwili na progu.
— Przepraszam panienkę — mówiła. — Przy myciu posadzki używa się trojakiego mydła: zwyczajnego, szarego, albo dezynfekcyjnego. Zanim więc zacznę, chciałam się zapytać: jakie panienka woli? Jeżeli szare mydło...
W słowach tych nie było nic obraźliwego, a jednak rudowłosa zerwała się jak pantera i z wściekłością skoczyła na środek pokoju.
— A cóż mnie to może obchodzić? — krzyknęła z pasyą. — Szoruj sobie, czem ci się podoba!
Najemnica uciekła z przestrachu. Dziewczyna zaś, spojrzawszy w zwierciadło, twarz w dłoniach ukryła. Zdawało jej się, że tem uniesieniem zdradziła tajemnicę hańbiącą, starannie dotąd w głębi duszy ukrywaną.




ROZDZIAŁ VII.

Morze nie zmieniło się w rzeczy samej. Nizki poziom wody odsłaniał łachy błotniste; na białym piasku wybrzeża kołysały się łodygi zeschniętych maków.
— Wszystko tak samo — mówiła Maisie z przyśpieszonym oddechem. — Nie widzę tylko palika, który podówczas za cel nam służył.
— Bądźmy wdzięczni i za to, że nie pozaprowadzano tu zmian żadnych. Patrz, w uzbrojeniu fortu nie przybyła ani jedna nowa armatka.
Wszedłszy na stoki Fort-Keeling’u, usiedli w załamie, osłanianym przez gardło czterdziestofuntowego, smołą umalowanego działa.
— Co za szkoda, ze niema jeszcze Amommy! — zawołała.
Przez czas jakiś milczeli oboje. Ryszard ujął wreszcie dłoń dziewczęcia, szepcząc z cicha:
— Maisie.
Zapatrzona w morze, wstrząsnęła tylko główką przecząco.
— Maisie, ukochana moja, czy cię to lepszą nie natchnie myślą? Czy nie zmieni twego postanowienia?
— Nie! — rzuciła przez zaciśnięte ząbki. — Gdyby tak było, samabym ci powiedziała. Och, Dick’u, proszę, bądźże rozsądnym.
— Pozwól mi wierzyć — przerwał, — że przyszłość...
— Nie, nie. To niemożliwe.
— Dlaczego?
Zapatrzona wciąż w morze, z główką na rączce opartą, Maisie mówiła pośpiesznie:
— Pojmuję doskonale, o co chodzi, lecz nie mogę ci dać tego, czego żądasz, Ryszardzie. Nie moja to wina; wierzaj, że nie moja... Gdybym czuła, że potrafię pokochać kogokolwiek, wtedy... Ale ja niezdolna jestem do tego. Mówiąc otwarcie, nie rozumiem nawet, co miłość znaczy, nie pojmuję podobnego uczucia.
— Naprawdę nie pojmujesz, najdroższa?
— Byłeś dla mnie tak dobrym, Dick’u, iż szczerość to słaba lecz jedyna oznaka wdzięczności, jaką ci okazać mogę. Nie śmiałabym kłamać wobec ciebie. I tak już dosyć sobą pogardzam.
— Pogardzasz? Za co, na Boga?
— Za to... za to, iż, przyjmując wszystko, nic ci wzamian dać nie mogę. To samolubnie i nizko z mej strony, a myśl ta nie zostawia mi chwili spokoju.
— Zechciej zrozumieć, że bronienie własnych interesów do mnie tylko należy; któżby więc mógł ganić cię za to, co ja z pełną świadomością czynię? Nie, najdroższa, nie potrzebujesz sobie nic wyrzucać; żaden wyrzut bowiem dosięgnąć cię nie może.
— Wiem, że zasłużyłam na niego. Są jednak rzeczy, o których lepiej nie mówić.
— A więc nie mów o nich.
— Jakim sposobem? Skoro, znalazłszy się, na chwilę choćby, sam na sam ze mną, wracasz upornie do tego przedmiotu. Jeżeli nie usta twe, to oczy przypominają go bezustannie. Och, nie możesz nawet wiedzieć, jak ja sama sobą pogardzam niekiedy.
— Wielkie nieba! — zawołał Ryszard, zrywając się nieledwie na nogi. — Maisie, powiedz mi raz szczerze, z całą prawdą, czy moje naleganie przykrość ci może sprawia?
— Nie. Cóż znowu!
— A dasz mi poznać, gdy uciążliwem ci będzie?
— Tak sądzę.
— Dziękuję ci, dziękuję; proszę zaś o cierpliwość, o przebaczenie. Człowiek zakochany zawsze nudnym i uciążliwym się staje. Wszak wiesz o tem?
Maisie nie uznała za stosowne odpowiedzieć. Malarz więc musiał powtórzyć pytanie.
— Nie ty pierwszy stawiasz mię w podobnem położeniu. Byli i inni, a co najgorsza, zjawiają się oni wtedy właśnie, gdy rozpocząwszy poważną jakąś pracę, chciałabym ześrodkować na niej wszystkie siły i całą uwagę. Przeszkadzali mi tylko w robocie, żądając, abym słuchała ich zaklęć i wyznań.
— Słuchałaś niemniej?
— Z początku. Drażniło mnie tylko, że mają pretensyę do rzeczy niemożliwej, bo do wzajemności. Tymczasem, aby mi się przypodobać, próbowali trafiać w najsłabszą stronę i chwalili me obrazy. Zwiedziona pozorami szczerości, brałam to na seryo, powtarzałam zdania ich Kami’emu, aż raz... nigdy tego nie zapomnę... Kami śmiechem wprost wybuchnął.
— Nie lubisz, aby się z ciebie śmiano?
— Nie znoszę, nienawidzę! Nie mam sama zwyczaju szydzić z nikogo, chyba z partaczy i złej ich roboty. Dick’u, powiedz mi szczerze i uczciwie, co myślisz wogóle o mych obrazach, jakie wrażenie robią na tobie prace me, dotąd widziane.
— „Uczciwie, uczciwie i przedewszystkiem uczciwie“ — zacytował malarz dawno znane im słowa. — Powiedz wpierw jednak, co mówi Kami o twoich pracach?
Maisie zawahała się.
— Utrzymuje... utrzymuje, że jest w nich wiele uczucia.
— Dlaczego nie jesteś zupełnie szczerą? Pamiętaj, że pracowałem dwa lata pod kierownictwem Kami’ego, nie łatwo więc wywieść mnie w pole.
— Ależ to prawda niezbita.
— Nie, to tylko pół-prawda. Kami musiał, przechyliwszy głowę na bok, powtarzać ci: Il y a du sentiment, mais il n’y a pas de parti pris; przy czem r brzmiało groźnie, jak odgłos zbliżającego się grzmotu.
— W rzeczy samej, to jego słowa. Zaczynam przypuszczać nawet, że miał racyę.
Ryszard nie przeczył; dwoje ludzi na świecie nie mogło się mylić; Kami do nich należał.
— I ty więc powtarzasz to samo. Chcesz mnie zniechęcić ostatecznie.
— Przykro mi, Maisie, lecz pamiętaj, że żądałaś prawdy bezwzględnej. Zresztą zbyt gorąco cię kocham, abym nie miał przywiązywać większej wagi do osoby twej, niż do prac malarskich. Nie przeczę, iż, obok siły woli i niezmiernej cierpliwości, objawia się w nich niekiedy talent... Nie jest on jednak tej miary, abyś miała poświęcać mu trudy całego życia. Tak przynajmniej mnie się wydaje.
— Wychodząc z tej zasady, nie należałoby nic robić. Wiesz jednak, iż pragnę i muszę zdobyć powodzenie.
— W takim razie idziesz do celu złą drogą. Czy ci Kami nigdy tego nie powiedział?
— O, proszę, nie wspominaj Kami’ego! Nie o jego, lecz o twoje chodzi mi zdanie. A więc najwpierw znajdujesz, iż robota moja jest złą zupełnie?
— Ani tego nie mówiłem, ani nie myślałem nawet.
— Jest zatem amatorską?
— Nigdy w życiu; obrazy noszą cechę twego charakteru, cechę pracy gruntownej i sumiennej; przymioty to wrodzone ci, najdroższa, przymioty, za które kocham cię najwięcej.
— Czy mówisz to seryo? Czy nie będziesz się śmiał za oczy?
— Wiesz, że nie mam nikogo na świecie droższego mi nad ciebie. Proszę, otul się płaszczykiem: chłód staje się przejmującym, a nie chcę, abyś się zaziębiła z mej przyczyny.
Maisie okryła się miękkimi sobolami, odwracając na zewnątrz szare kangurowe futerko.
— Jakie to rozkoszne! — mówiła, pocierając szyję o lśniący włos kołnierza. — A teraz powiedz, dlaczego w gonitwie za powodzeniem mylną ku niemu obrałam drogę?
— Dlatego właśnie, że go szukasz. Czyż nie rozumiesz tego, ukochana? Praca wybitna nie należy poniekąd do osoby, która ją wykonywa; nie jest jej dziełem. Wynik to siły nieświadomej, od nas niezależnej...
— W takim razie jakżeby...
— Zaczekaj chwilkę. Zadanie nasze jedyne polega na ujarzmieniu środków. Powinniśmy pokonywać wszelkie trudności, stać się nie niewolnikiem ich, lecz władcą. W ten sposób tylko dorównamy zadaniu i, panując nad przedmiotem, nie ulękniemy się jego trudności.
— Rozumiem to doskonale.
— Tu jednak kończy się nasza rola. Reszta nie od nas zawisła: wynik to siły wyższej nad wolę. Do nas należy tylko umiejętność, mistrzowstwo w użyciu cegły i innych materyałów, z których ma powstać budowla. Z chwilą wszakże, gdy, zamiast pracować nad wykonaniem dzieła, spróbujemy myśleć o wrażeniu, jakie ono wywoła, gdy zaczniemy kokietować galeryę, z chwilą tą tracimy zarówno talent, jak siłę pędzla. Tak się przynajmniej ze mną działo. Zamiast bowiem spokoju wewnętrznego, któryby pozwolił ześrodkować całą potęgę na danej pracy, opanowuje nas gorączka o wynik jej, o skutek, nieleżący już w naszej mocy.
— Łatwo ci mówić w ten sposób, bo wiesz, że publiczność lubi twoje obrazy. Przyznaj się jednak, czy pomimo tego nie myślisz nigdy o widzach, o galeryi?
— Ależ myślę, zbyt często, niestety. Ile zaś razy dopuszczę się grzechu tego, tyle razy spotyka mię kara i stwarzam rzecz bez talentu. Zasada to tak prosta, jak reguła trzech. Jeżeli lekceważymy sztukę, zużywając ją ku własnym celom, sztuka lekceważy nas później i każe zaślepienie to odpokutować.
— Nie lekceważę nigdy mej pracy. Wiesz przecie, że jest mi ona wszystkiem w życiu.
— Tak, lecz nie zdajesz sobie z tego sprawy; czynisz dwa poruszenia pędzla dla siebie, dla swoich osobistych widoków, a trzeci dopiero przez miłość dla dzieła, dla sztuki. Wierzajrzaj mi, że tak jest; a jednak niema w tem twojej winy, najdroższa. I ja nie postępuję inaczej, choć wiem, że źle robię. Większość szkół francuskich wpaja w uczni wiarę, iż powinni pracować dla własnej tylko ambicyi, dla władnego zysku. U Kami’ego wmawiano, że cały świat ma oczy na nas zwrócone. Pod owe czasy wierzyłem też święcie w takie impertynenjcye i niedorzeczności, jak podniesienie i uszlachetnienie ludzkości za pomocą mych pędzli. Przysięgam na Jowisza, iż szaleństwo to naprawdę czepiało się mej wyobraźni. Ile też razy głowa pękała mi nad jakimś wspaniałym pomysłem, dlatego właśnie, iż nie posiadałem dość wiedzy, aby go dobrze wykonać i ucieleśnić, tyle razy wpadałem w zachwyt nad własną wspaniałością, pewny, że wkrótce świat zadziwię.
— Niejeden artysta doszedł już do tego.
— Lecz nie wtedy, najdroższa, gdy za cel dzieła swego podziw ludzki uważał. Zresztą, choćby nawet zdobył poklask tych, których sztuka obchodzi, czemżeż on jest wobec wielkości świata? Garść owych ludzi stanowi zaledwie milionową cząsteczkę ogółu. Maisie, jedź ze mną, a dam ci pojęcie o obszarach, wobec których my atomem jesteśmy zaledwo. Jedź ze mną, a przekonasz się, jak olbrzymim jest ów świat, o którego zdumieniu marzymy niebacznie. Nie chcę cię zniechęcać do pracy, bo jest ona na równi z pokarmem nieodzownie do życia potrzebną, ale zobacz, dla kogo dzieło twe podejmujesz. Znam niebo, znam raj na ziemi, do którego chciałbym cię zawieźć. Są to wyspy urocze; płynie się do nich przez długie, długie tygodnie, po wodach tak głębokich, iż fale ich zdają się czarne jak marmur, że słońce, którego wschód podziwiasz, z obawą wznosi się ponad tem morzem smutnem.
— Nie rozumiem. Kto doznaje obawy: ja, czy słońce?
— Słońce, rzecz prosta. A pod powierzchnią oceanu dziwny jakiś brzmi łoskot, a w niebie przeczystem, w przestworzu bezchmurnem, nieujęte rozlegają się dźwięki. Zwracasz się więc ku wyspie. Zaludniona wilgotnemi orchideami, kładzie pod stopy twe główki storczyków, które zdają się wykrzywiać szyderczo, jak twarze ludzkie. Mowy brak im tylko. A dalej olbrzymi wodospad spada z szumem o trzysta stóp poniżej i srebrną, spienioną wstęgą toczy się wśród zieleni, tam, gdzie z potężnych drzew kokosowych ciężkie orzechy same z łoskotem staczają się na ziemię. W cieniu drzew tych służący o skórze białej jak kość słoniowa zawiesi ci hamak żółty i, rozbujana w nim, usypiać będziesz, kołysana brzękiem owadów, rozmarzona serenadą, przez szum wodospadu śpiewaną.
— A czy możnaby tam pracować?
— Ma się rozumieć. Wszak człowiek musi wszędzie coś robić. Zawiesisz więc płótno na drzewie palmowem i zostawisz papugom doradczy głos krytyczny. Jeżeli pokłócą się przy tem, jednym zręcznym zamachem rozpędzisz je z łatwością. Miejsc takich cudnych setki tam znajdziemy. Jedź ze mną, a pokażę ci wszystkie.
— Nie; ustronie to nie podoba mi się. Podsuwa myśl próżniactwa. Czy nie masz innego do wyboru?
— A cóż powiesz na wielkie miasto umarłe, zbudowane z olbrzymich płyt czerwonego piaskowca, wśród których wyrastają dzikie, zaniedbane, potwornie duże aloesy? Stolica czerwona rzuconą jest na piaski o ciemno-żółtym kolorze miodu. Czterdziestu martwych królów leży tu w grobach coraz wspanialszych, coraz potężniejszych. Patrząc na te pałace, na sklepy i ulice, doznajesz wrażenia, że muszą w nich ludzie mieszkać. Tymczasem szara wiewiórka, drapiąca się delikatnie w nosek, stanowi jedyną oznakę życia na placu targowym; z rzeźbionych zaś podwoi wielkiego domu wychodzi paw i pióra swe, błyszczące barwami tęczy, opiera o płytę marmurową, wyciętą misternie w koronkowy nieledwie deseń. Dalej nieco, czarna, delikatna małpeczka, o długim, jedwabnym włosie, spaceruje przez skwer, w stronę głębokiego basenu, w którym chce ugasić pragnienie. I podczas gdy zsunąwszy się na dół, pije z wolna, druga towarzyszka przytrzymuje ją za ogon, aby nie wpadła czasem i nie utonęła w zbiorniku, na czterdzieści stóp głębokim.
— Czy wszystko to ma być prawdą?
— Sam tam byłem i sam szczegóły te widziałem. Gdy wieczór nadchodzi, a światło dzienne blednąć zaczyna, barwy jego dopóty się mienią, aż zdumiona stajesz, jak gdyby w sercu wielkiego opala. Gdy giną ostatnie blaski słońca, wtedy, z punktualnością zegarka, u bram miasta ukazuje się dzik wielki o szerści najeżonej i kłach pianą okrytych. Wiedzie on za sobą całą rodzinę. Przestraszona, drapiesz się na kark pierwszego czarnego bożka, którego bałwan stoi w pobliżu. Ze schroniska tego dopiero przyglądasz się, jak dzik, kręcąc zakrzywionym ogonem, niknie w drzwiach obranego dowolnie pałacu. Teraz wiatr nocny porusza piaski i słyszysz, jak pustynia szepce, układając się do snu; czarna ciemność nocy ogarnia wszystko, dopóki księżyc nie rozproszy jej srebrnym swym blaskiem. Maisie, ukochana, chodź ze mną! Zawiozę cię tam, byś zobaczyła, jak wyglądają inne zakątki owego świata, którego cząsteczkę znasz zaledwo. Jest on pięknym i okrutnym, uroczym i strasznym zarazem. Ja ci jednak, najdroższa, nie pokażę nic przeraźliwego, nie odsłonię stron jego brzydkich. Wolni od troski, nie będziemy myśleć o niczem, nawet o obrazach; malując zaś wtedy tylko, gdy nam ochota przyjdzie, czas nasz poświęcimy miłości. Chodź, powiodę cię przez świat cały, nauczę zawieszać hamaki na pustyniach, nauczę rzeczy tysiąca... Czem są barwy, czem koloryt, sama odkryjesz; ja zaś pokażę ci, czem miłość stać się może; a zjednoczeni nią na zawsze, stworzymy w zakresie sztuki twej ukochanej wspólnemi siłami wielkie jakie dzieło. Chodź ze mną tylko!
— Po co? — podjęła chłodno.
— Po co? Bo, dopóki cudów tych nie znasz, dopóki nie znasz wszystkiego, co człowiek widzieć może; prace twe nie nabiorą nigdy cech oryginalnych, potężnych. Po co? Bo cię kocham, najdroższa! Bo pragnę mieć cię dla siebie. Chodź ze mną! Nie należysz do nikogo, nie posiadasz rodziny, niema tu nawet miejsca dla ciebie. Jesteś pół-cyganką; wskazują to rysy twe, zdradza włos kruczy. Jesteś pół-cyganką; a ja... ja... Mnie sam powiew morski wprawia w stan gorączki. Chodź ze mną! Puścimy się za morza, by tam szczęście nasze święcić!
Podniósł się i, wsparty o paszczę armaty, stał, wpatrzony w nią źrenicami, w których dusza cała ześrodkowała się w tej chwili. Szybki zmrok dnia zimowego zaskoczył ich niespostrzeżenie podczas rozmowy, a teraz księżyc srebrnopióry szybował już po niebie. Długie, faliste linie piany białej wskazywały stopniowy przypływ morza, znaczony na piaskach, coraz wyżej zalewanych. Wiatr ustał, a cisza tak była głęboką, tak niezamąconą, iż rozróżniali z łatwością oddalone, powolne stąpanie osiołka po szronem okrytej trawie. Wtem lekkie a miarowe uderzenia o wodę doszły ich z bezmiernej przestrzeni oceanu, światłem księżyca zalanej.
— Co to jest? — zapytała Maisie szybko. — Brzmi, jak regularne uderzenia serca. Co to być może?
Nagłe a rozmyślne przerwanie słów jego błagalnych tak rozgniewało Dick’a, iż milczał, by głosem uczuć swych nie zdradzić. Na chwilę więc zapanowała cisza, uwydatniająca tem silniej odgłos ów, dochodzący z dala.
Maisie, osłonięta podstawą armaty, podniosła z wolna głowę, patrząc z pewną obawą na niego; pragnęła szczerze, aby pogodził się raz z dzisiejszym ich stosunkiem i przestał ją nudzić, przestał tworzyć projekty o wspólnych, zamorskich podróżach. Zajęta myślą tą, nieprzygotowaną była na zmianę, jaka zaszła w rysach mężczyzny.
— Parowiec! — zawołał nagle. — Parowiec o podwójnej śrubie! Nie widzę go, lecz musi być gdzieś w pobliżu. A! — dodał, gdy światło rakiety, niby strzała ognista, przecięło mgłę w tej chwili. — A! zatrzymał się tu chwilowo; sygnał ów dowodzi, że mija pośpiesznie wody kanału.
— Więc to są rozbitki? — pytała Maisie, dla której słowa powyższe po chińsku brzmiały.
Oczy Ryszarda nie mogły oderwać się od morza.
— Rozbitki? Co za niedorzeczność! Czerwona rakieta na przodzie, zielone światło z tyłu i dwie czerwone rakiety z pokładu, to zwykłe hasło.
— Ale co ono znaczy?
— Przyjęte jest dla okrętów danej kompanii, płynących do Australii. Ciekawy jestem, który to statek.
Dźwięk jego głosu zmienił się bezwiednie. Heldar zdawał się zapominać o świecie całym i, ze wzrokiem w morze utkwionym, mówił sam do siebie, — co nie podobało się Maisie wcale. Srebrny blask księżyca rozjaśnił mgłę w tej chwili i pozwolił rozróżnić czarne boki długiego parowca, prującego z trudnością wody kanału.
— Cztery maszty. To chyba Barralong, albo Bhutia. Tak, to Barralong, w drodze do Australii. Szczęśliwi ludzie, szczęśliwi ludzie! Och, jakże im zazdroszczę!
Patrzył z natężeniem, wysunąwszy się na przód. Mgła jednak stawała się coraz gęstszą, okrywając nieprzejrzalnym całunem parowiec, z którego rakiety rzadziej już ku górze strzelały.
Maisie, zniecierpliwiona, zaczęła nawoływać go wreszcie. Heldar odwrócił się, lecz wzroku nie mógł wciąż jeszcze od morza oderwać.
— Czy widziałaś kiedy Krzyż Południowy, świecący tuż tuż nad twoją głową? Mówię ci, wspaniały!
— Nie — rzuciła krótko, — nie widziałam i nie jestem nawet ciekawa zobaczyć. Skoro cię jednak tak zachwyca, dlaczegóż nie pojedziesz go oglądać?
Podniosła główkę, odcinającą się ostro od kruczej czarności futra, okalającego szyję. Oczy jej, pod wrażeniem podrażnienia, paliły się jak dwa olbrzymie dyamenty; szare, kangurowe pokrycie płaszcza, szronem porysowane, błyszczało białością srebra.
— Na Jowisza! — zawołał malarz — czy wiesz, Maisie, że, otulona tak, wyglądasz w tajemniczem półświetle jak mały bożek pogański.
Wyraz oczu wskazał, iż uważała słowa te za komplement podejrzanej dobroci.
— Przepraszam cię — mówił — za chwilowe odbiegnięcie od przedmiotu. Konstelacye południa nabierają wartości wtedy tylko, gdy się je ogląda we dwoje. Powiedz mi, czy słyszysz jeszcze plusk okrętu?
Zamiast odpowiedzi, inne rzuciła słowa:
— Ryszardzie, uważaj, proszę: Gdybym ja teraz, taka, jaka jestem, z tem uczuciem, jakie mam dla ciebie...
— Z uczuciem braterskiem może? Wszak przyrzekłaś mi tam, w parku, nie mówić o niem więcej.
— Nie miałam nigdy brata, więc skali tej znać nie mogę. Otóż, gdybym powiedziała: Weź mię, jaką jestem. Pojedziemy do krajów owych, mających taki urok dla ciebie; a może z czasem dowiem się, co miłość znaczy, może nauczę się kochać ciebie... Co zrobiłbyś wtedy?
— Zapakowałbym cię w dorożkę i odesłał tam, skąd przyszłaś. Eh, nie; szkoda doróżki! Mogłabyś iść piechotą. Ale ty tego nie uczynisz, jedyna; nie powiesz rzeczy takiej, nie narazisz mię na równą pokusę. Wolę czekać, aż kiedyś, w przyszłości, wyciągniesz do mnie rękę bez żadnych zastrzeżeń...
— Czy wierzysz naprawdę, że to nastąpi?
— Mam jakieś mgliste pojęcie, że na tem skończyć się musi. Alboż przyszłość nasza nie przedstawiła ci się nigdy w świetle podobnem?
— Ta-ak. Czuję się wszakże winną w tym względzie.
— Winniejszą niż zawsze?
— Och, ty nie znasz nawet myśli mych do głębi! Są zbyt niegodziwe, aby je wypowiedzieć można.
— Niech cię to nie powstrzymuje. Wszak przyrzekłaś mi odpłacić prawdą, być szczerą przynajmniej.
— Słuchaj zatem, jak bardzo jestem niewdzięczną. Oto, chociaż wierzę w twe uczucia, chociaż wiem, że mnie kochasz, choć chciałabym cię zawsze, zawsze mieć przy sobie, byłabym jednak gotową... byłabym gotową... poświęcić cię bez wahania, gdybym wiedziała, że w zamian pozyskam rzecz, której pragnę nad wszystko.
— Moje biedne, ukochane maleństwo! Znam i ja podobny stan umysłu. Niestety, nie prowadzi on do dzieł wybitnych, nie podnieca, lecz osłabia siłę wrodzoną.
— Wszak nie gniewasz się na mnie? Pamiętaj, że ja w zamian gardzę sama sobą.
— No, pochlebiać mi to nie może; jakkolwiek domyślałem się z twej strony uczuć podobnych. Co zaś do gniewu, nie, Maisie, gniewać się na ciebie nie potrafiłbym już dzisiaj. Żal mi cię tylko. Małostki takie nie powinny od lat wielu istnieć dla ciebie.
— Proszę cię, bez tonu protekcyjnego! Chcę pozyskać to jedynie, na co od dawna pracuję. Tobie przyznano wawrzyn, gdy tylko wyciągnąłeś po niego rękę. Czy słusznie? Nie sądzę!
— Cóżem ja temu winien? Bóg świadkiem, iż oddałbym dziesięć lat życia, aby przybliżyć do ciebie ów szych marny, którego pożądasz. Niestety jednak, moc moja nie sięga tak daleko.
Maisie wstrząsnęła główką, na dowód, że nie zgodziłaby się nigdy na podobną przysługę. Heldar ciągnął dalej:
— Po tem zaś, co powiedziałaś, widzę, że jesteś na najfałszywszej drodze. Nie ona wiedzie do powodzenia. Nie zdobywa się laurów trwałych przez poświęcenie innych ludzi dla naszych celów osobistych. Nie! Jeżeli chcesz pójść na wyżyny, musisz zacząć od zaparcia się własnej istoty, od zapomnienia o sobie. Nie wolno ci dogadzać próżności swej, nie wolno być zadowoloną z wykonanego dzieła. Jedyna chwila radości dla artysty to owa błyskawica, w której pomysł skrystalizowany już staje przed oczami jego ducha.
— Jak to można wierzyć w takie rzeczy?
— Nie jest to kwestya wiary, lecz prawo niezbite. Wolno ci przyjąć je lub odrzucić, skutków jego wszakże nigdy nie unikniesz. Ilekroć przestaję mu być posłusznym, tyle razy bierze pomstę, wyciskając piętno niedołęstwa na mej pracy. Wogóle biorąc, pamiętaj, iż cztery piąte dzieł naszych to zawsze rzeczy złe i nieudane, bez względu na okoliczności, w jakich powstają. Ta reszta jednak, która nam się powiedzie, zasługuje, aby dla niej największy trud ponosić.
— Musi być przyjemnie, gdy publiczność nawet złe nasze prace oklaskiem przyjmuje?
— O, to zbyt przyjemnie! Wiesz, miałbym ci ochotę coś powiedzieć, tylko nie wiem, czy pozwolisz, gdyż rzecz trochę szorstka. Męskie twe jednak usposobienie każe mi niekiedy zapominać, że nie jesteś chłopcem.
— Mów, proszę.
— Będąc w Sudanie, zwiedzałem raz miejscowość, o którą walczyliśmy przez trzy dni z rzędu. Na placu leżało tysiąc dwieście trupów. Nikt nie miał czasu pochować ich.
— Cóż za straszny widok!
— Pracowałem wtedy właśnie nad wielkim, dwuarkuszowym rysunkiem, a pracowałem z myślą, co też powiedzą o nim w domu. Widok pobojowiska nauczył mię dopiero wielu rzeczy. Robiło ono wrażenie całego pokładu potwornych muchomorów. Nigdy też jeszcze nie widziałem ludzi, wracających tak gromadnie do ziemi, do prochu, z którego powstali. Wobec tego wstrząsającego obrazu pojąłem, że zarówno mężczyźni, jak kobiety, są materyałem jedynie, służącym nam do pracy; ich zdanie jednak, ich słowa, to rzecz zbyt błaha, by na nią zwracać uwagę. Możnaby bowiem również dobrze przykładać ucho do palety, słuchając, co farby raczą o nas powiedzieć.
— Niedorzeczność, Dick’u.
— Czekaj. Nie zrozumiałaś jeszcze mej myśli. Otóż, ponieważ każdy musi być mężczyzną lub kobietą...
— Uwzględniasz to... dziwna rzecz.
— Gdy o ciebie chodzi, nie uwzględniam, bo ty nie jesteś właściwie kobietą. Mówiłem jednak o ludziach zwykłych, na ich zaś sądy znacznie wpływa zarówno płeć, jak przywiązane do niej poglądy. Inaczej trzeba malować, chcąc się podobać kobietom, inaczej, by zyskać poklask u mężczyzn. I to mnie właśnie gniewa.
Na dowód rozdrażnienia cisnął gwałtownie małym kamykiem w stronę morza.
— Myśl owa bowiem, prześladując mię przy pracy, psuje całą jej wartość. Wiem o tem, czuję to, a jednak, cóż chcesz? — tu drugi krzemyk poleciał z impetem w wodę — nie mogę się oprzeć pokusie. I gdy widzę jasno, gdy czytam z oczu jakiego znawcy, że rzucane mi pochwały są kłamstwem oczywistem, kłamstwo to, ubrane w piękne słówka, cieszy mię, pomimo wszystkiego, i krzywi, paczy me dzieło.
— A jeżeli nie chwali, jeżeli nie mówi owych „pięknych słówek?“
— Wtedy, ukochana, zapominam, że jestem skarbnikiem powierzonego mi talentu, i, zamiast dbać o niego tylko, chciałbym zmusić opornych, kijem choćby, do podziwiania i wielbienia mej pracy.
Maisie rozśmiała się mimowoli.
— Powiedz mi, dlaczego utrzymujesz, że każda rzecz miła obniża siłę twego pędzla?
— Bo to prawo niezbite. Cieszę się, że je w tak dobre ujęłaś słowa.
— Co prawda, zapatrywanie twe niezbyt mi się podoba.
— I mnie ono nie zachwyca, a czyni zawód nasz bardzo ciężkim. Czy sądzisz, jedyna, że jesteś dość silną, aby mu sama stawić czoło?
— Cóż robić? Muszę.
— Najdroższa, pozwól, bym ci dopomógł, bym część ciężaru tego wziął na siebie. Złączeni razem, idąc ramię w ramię, będziemy postępować pewniej na przód i dalej oboje zajdziemy. Zamiast potykać się każde z osobna, lepiej stokroć przecież zdwoić siły, szukając wzajemnego w sobie oparcia. Maisie, pomyśl trochę, a przyznasz mi racyę.
— Nie sądzę, abyśmy umieli iść razem. Dwóch ludzi jednego rzemiosła rzadko zgadza się z sobą.
— Ach, jakbym ja chciał spotkać człowieka, który utarty ten komunał po raz pierwszy wygłosił! Musiał on mieszkać gdzieś w podziemnej piwnicy, a żywić się surowem mięsem niedźwiedziem. Ach, gdybym go tu miał w tej chwili! Z jakąż rozkoszą wpakowałbym mu w gardło ostrze strzały, własną jego ręką ukutej! Proszę, mów dalej.
— Widzisz, byłabym tylko w połowie twą żoną. Nie przestałabym troszczyć się i kłopotać o mą pracę, nie przestałabym żyć dla niej. Na siedm dni w tygodniu przez cztery przynajmniej nie jestem zdolną mówić nawet.
— Dowodzisz tak, jak gdyby prócz ciebie nikt w życiu nie miał nigdy pędzla w ręku! Czy sądzisz, że mnie nieznane jest uczucie znużenia, wyczerpania, rozdrażnienia, ogarniającego nas w zapasach z własną bezsilnością? Szczęśliwą możesz się nazwać, jeżeli cię ono gnębi przez cztery tylko dni w tygodniu. A zresztą, cóż to ma za związek z moją prośbą?
— Bardzo wielki. Gdyby bowiem rozdrażnienie i ciebie równocześnie napadło...
— W takim razie, doznając go sam, tem lepiej uczucia twoje uszanowaćbym umiał. Kto inny, niewtajemniczony w podobną rozterkę ducha, śmiałby się z niej może, ale... po co tu mówić dalej! Jeżeli na rzecz tę w odrębnem patrzysz świetle, dowód to jedynie, że... że nic dla ciebie nie znaczę... dotąd.
Przypływ morza pokrywał tymczasem szybko błotniste wybrzeże. Dwadzieścia też fal przynajmniej podniosło się w ich oczach, zanim Maisie podjęła napowrót rozmowę.
— Dick’u — wyrzekła z wolna, — zaczynam nabierać przekonania, że ty jesteś znacznie lepszy ode mnie.
— Nie popiera to jednak mej sprawy — rzucił z goryczą. — Lepszy? Pod jakim względem?
— We wszystkiem, co mówiłeś o pracy, o własnych poglądach i wrażeniach. Lepszy dobrocią i cierpliwością, której dajesz dowody.
Myśl Heldar’a szybko, jak błyskawica, przebiegła zwykle wszystkim młodym ludziom koleje jego życia. Przegląd ten nie przejął go zbytniem uwielbieniem dla własnej cnoty; ująwszy też rąbek szaty dziewczęcia, do ust go podniósł.
Maisie udała, iż nie widzi ruchu tego wcale.
— Dlaczego — ciągnęła — umiesz dostrzedz rzeczy, których ja nie widzę? Nie wszystkie wprawdzie z zapatrywań twoich przemawiają do mego przekonania, a jednak wierzę, że są słuszne, że masz racyę.
— Jeżeli sięgnąłem wzrokiem dalej niż inni, Bóg mi świadkiem, że tobie to jedynie zawdzięczam, że myśl o tobie kierowała mną. Komu innemu nie próbowałbym i nie umiałbym pojęć mych wypowiedzieć. Obecność twoja uwydatniła je, rozjaśniła... Niestety, zasady, głoszone tu, nie zawsze w czyn wprowadzam. Maisie, ty dopiero dopomogłabyś mi do urzeczywistnienia marzeń mych... Dwoje nas tylko na świecie tak dobrze zrozumieć się umie, a przytem... wszak lubisz, gdy jestem obok ciebie?
— Lubię nad wszystko! O, bo ty nie wiesz, jak bardzo bywam osamotnioną!...
— Wiem, najdroższa. Wiem i pojmuję uczucia twe.
— Gdy przed dwoma laty sprowadziłam się po raz pierwszy do naszego domku, odosobnienie tak mi dokuczało, iż próbowałam płakać, chodząc jak błędna po ogródku. Ale łzy to rzecz dla mnie nieznana. Czy tobie łatwo one przychodzą?
— Nie pozwalam sobie na zbytek podobny. Co cię jednak gnębiło? Nadmiar pracy?
— Być może. Prześladowały mię bowiem ciągle czarne myśli i halucynacye. Zdawało mi się, że jestem chora, sama jedna, bez grosza; że, nieznana nikomu, umieram z głodu w tym wielkim Londynie. Możliwość takiego końca dręczyła mię całymi dniami i przerażała, och, jak przerażała!
— Znam podobną obawę. Zmora to straszna, która mię niekiedy wśród nocy budzi i sen z powiek odgania. Ty jednak, Maisie, nie powinnabyś mieć o niej pojęcia.
— A skąd tobie przychodzi widmo głodu? Nie zaznałeś go przecież nigdy?
— Mniejsza o mnie. Powiedz mi lepiej, czy twoja renta bezpiecznie jest umieszczona?
— W papierach państwowych.
— Bardzo dobrze. Pamiętaj, gdyby ktokolwiek, gdybym ja nawet radził ci korzystniejszy interes, nie słuchaj, nie zgódź się nigdy! Nie wycofuj pod żadnym pozorem twych pieniędzy i nie pożyczaj nikomu ani grosza, rozumiesz, nikomu, nawet rudowłosej dziewczynie.
— Dlaczego próbujesz gderać? Robienie szaleństw nie leży w moim charakterze.
— Bo znam świat, bo wiem, że wielu ludzi zaprzedałoby duszę za trzysta funtów rocznego dochodu. Kobiety tymczasem tak lekko te rzeczy traktują. Jedna pożyczy pięć sterlingów, druga dziesięć, a żadna nie jest zbyt skrupulatną i sumienną tam, gdzie o drobny dług idzie. Trzymaj więc mocno pieniądze twe, Maisie, niema bowiem rzeczy okrutniejszej na świecie nad nędzę w takiem rojowisku ludzkiem, jak Londyn. Przeraziła ona mnie nawet, mnie, który dowodzę, iż człowiek niczego lękać się nie ma prawa.
Każdy ma jakąś słabą stronę w moralnym pancerzu swej istoty; każdy posiada jakiegoś straszka, przeciwko któremu walczyć powinien pod grozą utracenia męskiego hartu i siły. Dick bał się nerwowo nędzy, ubóstwa, głodu, choć zaznał go raz tylko i to żartem nieledwie. Wspomnienie chwil owych dziś jeszcze ponurym wyrazem odbijało się w jego obliczu. Maisie patrzyła na rysy malarza, ostro odcinające się w świetle księżyca, a piętnem bólu nacechowane.
— Ryszardzie — wyrzekła łagodnie. — Po co myśleć o tem; wszak dziś masz już dosyć pieniędzy.
— Nigdy nie będę ich miał dosyć! — zawołał z dzikim naciskiem. — Nigdy! — I rozśmiawszy się, dodał: — W rachunkach moich będzie wiecznie brakować trzech pensów. Deficytu tego nic nie zapełni.
— Trzech pensów? Co to znaczy?
— Widzisz, podróżny jakiś zgodził mię raz do przeniesienia swych kufrów ze stacyi na ulicy Liverpool’skiej do mostu Blackfriars. Droga ta warta była sześć pensów. Proszę, nie śmiej się, ja ich rozpacznie potrzebowałem. Tymczasem dał mi tylko połowę i nie był nawet dość uczciwym, aby ją w srebrze zapłacić. Otóż, bez względu na sumy, jakie mógłbym jeszcze zarobić, świat pozostanie mi zawsze dłużnym trzy pensy.
Słowa te nie były godne człowieka, który przed chwilą mówił z zapałem o świętości pracy. Raziły one też delikatne poczucia kobiety, żądającej poklasku tylko, lecz nie pieniędzy. Zgorszona, wydobyła w milczeniu portmonetkę, a wyszukawszy w niej drobny, srebrny pieniążek, podała go Heldar’owi.
— Oto są owe trzy pensy — mówiła. — Wypłacam ci je chętnie w imieniu świata, Dick’u, a proszę, nie myśl o nich więcej. Nie warte, byś sobie wspomnieniem ich rozgoryczał duszę. Cóż, czy skończone rachunki?
— Zupełnie — odparł, przyjmując monetę. — Zostałem nie tylko zapłacony, lecz wynagrodzony stokrotnie. Krzywda nie istnieje od dzisiaj, a pieniążek, na pamiątkę chwili tej, zawieszę przy zegarku. Jesteś aniołem dobroci, Maisie.
— Aniołem, który przeziąbł i któremu ścierpły nogi — zaśmiało się dziewczę. — Bogi miłosierne! ależ moje futerko szronem jest pokryte! Nawet wąsy twoje zbielały. Nie przypuszczałam, że jest tak zimno.
Mróz biały porysował fantastyczne desenie na mgłą zwilżonym paltocie Heldar’a. I on zapomniał o stanie powietrza. Rozśmieli się też oboje, a wraz ze śmiechem tym skończyła się wszelka poważniejsza rozmowa.
Dla rozgrzania się, pobiegli żywo z powrotem; piękność wszakże pełnego przypływu morza, skąpanego w srebrnych blaskach księżyca, przykuła ich po chwili do miejsca. Świadomość, iż Maisie na równi z nim odczuwa i rozumie grę barw, była nową radością dla Ryszarda. Przekonał się, że i dla niej w mgle białej istnieją niebieskie promienie i fioletowe smugi, — że przedmioty, dla profana jednobarwne, w jej oczach mienią się tysiącem delikatnych odcieni.
Rozmarzające światło księżyca przeniknęło tymczasem do duszy dziewczęcia, łagodząc zwykłą jej sztywność i chłodne zamknięcie się w sobie. Gawędziła więc swobodnie, z ożywieniem, opowiadając o sobie, o ludziach i wypadkach, obchodzących ją bliżej. Mówiła o Kami’m, tym najmędrszym z mistrzów, — o pracujących u niego artystach, o Polkach, które, gdyby ich nie powstrzymywano, gotoweby się zabić pracą, — o Francuzkach, zbrojnych w niewyczerpaną chełpliwość. Niestety, nie zastąpi ona studyów poważnych, tak jak upodobania malarskie nie zastąpią talentu Angielkom i nie dadzą polotu Niemkom. Te ostatnie uczą się zazwyczaj jednego, jedynego przedmiotu tylko, by wróciwszy później do ojczyzny, zabrać się do kopiowania i kopiować już przez życie całe.
Dick, znający szczegóły te najdokładniej, słuchał jednak z zachwytem, bo... Maisie mówiła.
— Nic się tam, jak widzę, nie zmieniło — wtrącił. — Czy i dziś jeszcze podczas śniadania kradną sobie farby nawzajem?
— Och, nie kradną! To nazywa się delikatnie: przyciąganiem, pożyczaniem. Wiesz co, Dick’u, miałabym ochotę ściągnąć z twojej palety farb trochę. Może wraz z niemi zdobyłabym okruch twego powodzenia.
— Nie chcę być szorstkim, a jednak, gdybyś wiedziała, Maisie, co mi się ciśnie na usta! Ty chyba nie rozumiesz, na Boga, że powodzenie, wielkie powodzenie, największe nawet powodzenie niczem jest w porównaniu z... Nie! Nie będę wracał do tego przedmiotu. Czas już iść na stacyę.
— Żal mi szczerze, Dick’u, ale...
— Ale cię to więcej obchodzi, niż moje uczucia i cała moja osoba.
— Tego przecież nie powiedziałam.
— A co mi dasz, jeżeli ci wskażę drogę krótszą i najprostszą do celu, którego tak pragniesz, którego tak gorąco pożądasz? Czy przyrzekniesz być mi w zamian posłuszną?
— Najchętniej.
— Przedewszystkiem nie zapominaj nigdy o posiłku dlatego, że w danej chwili jesteś przy sztalugach. W zeszłym tygodniu dwa razy nie jadłaś obiadu.
Mówił na zasadzie domysłu.
— Nie, nie! — broniła się. — Tylko raz jeden, jedyny!
— I to wystarcza. Otóż nie powinnaś nigdy żywić się herbatą i bułką dlatego, że przyrządzenie innej potrawy sprawia więcej kłopotu.
— Żartujesz ze mnie.
— Mówię z całą powagą, na jaką mnie stać tylko. Och, ukochana, jedyna moja, czy tobie nigdy nie przychodzi na myśl, czem jesteś dla mnie? Cały świat sprzysięga się na to, aby cię wyzyskać, aby narazić na zaziębienie, przemoknięcie, brak wygód stosownych, aby cię zabić nadmiarem pracy i osamotnienia, a ja... ja nie mam prawa nawet być w pobliżu, otoczyć cię opieką, staraniem, miłością!
— Wiesz, Ryszardzie, jesteś, doprawdy, najnieznośniejszym chłopcem pod słońcem! Więc cóż ty myślisz, że, jak ciebie nie było, to ja wcale już nie umiałam dać sobie rady?
— Gdy mnie tu nie było, nie wiedziałem, jak rzeczy stoją, nie myślałem o tem. Dziś jednak oddałbym wszystko na świecie za prawo zatrzymania cię w domu, gdy deszcz pada na ulicy.
— Czy oddałbyś i powodzenie?
Tym razem Heldar musiał walczyć z sobą, aby się powstrzymać od wybuchu.
— Mrs. Jennett miała racyę; uczysz cierpliwości, Maisie. Za długo przykutą byłaś do szkoły i stąd zdaje ci się, iż cały świat ma zwróconą na ciebie uwagę. Tymczasem wątpię, czy ludzkość posiada więcej nad tysiąc dwieście osób, zajmujących się na seryo obrazami. Inni udają, ale w gruncie nic ich malarstwo nie obchodzi. Otóż pamiętaj, że ja tysiąc dwieście trupów widziałem od razu, na jednem polu. Powodzenie to głos bardzo drobniutkiej cząsteczki społeczeństwa. Reszta nie dba o nas ani odrobinę. Wyżej nad sztukę zajmuje każdego jakaś własna jego Maisie, z którą nie może trafić do ładu.
— Biedna Maisie!
— Biedny Dick raczej. Czy sądzisz, że, walcząc o to, co droższem mu jest nad życie, ma siłę jeszcze myśleć o obrazach? Gdyby więc nawet świat cały, gdyby tysiące, miliony ludzi podniosły się, jak jeden mąż, śpiewając hymny na cześć moją, czy myślisz, że okrzyki ich wynagrodziłyby mi świadomość przykrości, doznanej przez ciebie, świadomość choćby, że wyszedłszy w dzień słotny bez parasola, przemokłaś do nitki? Ale dosyć o tem, chodźmy już na stacyę.
— Mówiłeś jednak... — nalegała Maisie z pewną obawą.
Ryszard westchnął głośno.
— Tak, mówiłem; wiem o tem. Utrzymywałem, że praca jest wszystkiem, co mam, czem jestem i czem pragnę pozostać w życiu; że wskutek tego tajniki jej starałem się zbadać do gruntu, opanować. Jeżeli jednak jest ona wszystkiem dla mnie, to przecież posiadam dość logiki... bo tracę ją tylko, gdy o ciebie idzie... aby zrozumieć, że dzieła moje obojętną są rzeczą dla reszty świata, dla osób trzecich wogóle.
Maisie starała się nie dotykać nadal równie drażliwego przedmiotu i w wesołem już usposobieniu powrócili do Londynu. Zatrzymanie się pociągu przerwało gorące dowodzenie Heldar’a o potrzebie ruchu fizycznego oraz propozycyę, iż kupi on dla Maisie pysznego konia, że umieści go wraz z swoim wierzchowcem w pobliżu Londynu, tak, aby dwa lub trzy razy na tydzień mogli jeździć na dalsze, bardzo dla zdrowia jej potrzebne wycieczki.
— Co za niedorzeczność! A cóżby ludzie powiedzieli?
— Któż w tym wielkim Babilonie zajmuje się nami? Kto miałby odwagę wreszcie lub prawo żądać od nas dwojga rachunku z tego, co robimy?
Maisie spojrzała uważniej na latarnie gazowe, na mgłę i tłok ohydny. Dick miał racyę; losy i czyny ich nie obchodziły tu nikogo. Jazda konna jednak nie przybliżała jej wcale do ideału sztuki.
— Jesteś bardzo dobrym i miłym chłopcem; szkoda więc, że ci tak często przychodzą na myśl szaleństwa. Ukrócając je, nie tylko nie zgadzam się na kupowanie koni, lecz nawet nie pozwolę odprowadzić się dziś do domu. W zamian jednak za to, że nie będziesz zbaczał z drogi dla mnie, musisz mi drobne zrobić ustępstwo. Oto przyrzeknij, Dick’u, iż nie pomyślisz już nigdy o owych trzech pensach. Pamiętaj, żeś je otrzymał, że ci je zwrócono. Nie chcę bowiem, aby drobnostka czyniła cię mściwym i zawistnym, aby tchnienie nizkości wkradło się do pracy twojej. Możesz być tak wielkim, iż nie wolno ci żywić w sercu małostek.
Był to odwet, wobec którego pozostawało mu tylko pożegnać Maisie.
— Do widzenia — mówiła, wychylając się z dorożki. — Dziękuję za dzień rozkoszny. Co za szkoda, że on zawsze trwać nie może!
— Przeciwnie, to bardzo naturalne. W miłości bowiem, jak w rysunku, nie podobna stać na tym samym punkcie. Kto nie idzie na przód, musi się cofać. Skoro zaś o tem mowa, radzę szczerze, rysuj pilnie dalej. A teraz dobranoc, Maisie; przez wzgląd na mnie, przez miłość dla kogokolwiek na świecie, błagam, oszczędzaj się, uważaj na siebie.
Pogrążony w myślach, skierował się po chwili ku domowi. Dzień ten, tak gorąco upragniony, tak dawno oczekiwany, nie przyniósł mu uwieńczenia marzeń i uczuć, a jednak drogim mu był nad wszystko, bo go poniekąd zbliżył do Maisie. Spełnienie nadziei jego było teraz kwestyą czasu tylko; warto zaś czekać za ziszczeniem ich tam, gdzie chodziło o taką, jak Maisie, nagrodę.
Instynktem kierowany, zwrócił się bezwiednie ku rzece.
— Jak ona pojęła mię od razu — mówił do siebie, patrząc na powierzchnię wody. — Jak trafiła w mą słabą stronę, w ów grzech mściwości, dziś już zrównoważony, bo zapłacony przez nią. Boże wielki! Jak ona mię w lot zrozumiała, odczuła! I utrzymuje przytem, że ja jestem lepszy od niej! Lepszy od niej!
Niedorzeczność podobnego twierdzenia rozśmieszyła go szczerze.
— Ciekawa rzecz, czy też takie czyste, uczciwe dziewczę domyśla się choć w połowie, czem jest właściwie życie mężczyzny. Nie, nie może mieć o tem pojęcia; inaczej żadna nie chciałaby nam powierzyć przyszłości swej i życia.
Wyjął drobny pieniążek, otrzymany od niej, patrząc na dar ten jak na talizman cudowny, jak na zakład, wiodący ich w przyszłości do zupełnego porozumienia i do szczęścia. Gdybyż tylko Maisie nie była tymczasem w Londynie, sama jedna, bez opieki, wśród lasu niebezpieczeństw, otaczających ją zewsząd!
Heldar wstrząsnął się, a na usta jego wybiegła jakaś niezrozumiała, pogańska modlitwa do Losu, do Przeznaczenia, od którego przyszłość istoty tej zależała. Jeżeli miałoby jej grozić kiedykolwiek nieszczęście, niech brzemię łez i bólu na niego spadnie, lecz niech Maisie wyjdzie zeń nietknięta; niech jego zmiażdży, byle ją ominęło... I zabobonną trwogą szarpnięty, pieniążek w głębię wody rzucił. Był on mu w tej chwili droższy nad wszystko, co posiadał na ziemi, był jedynym podarkiem, jedyną pamiątką, jaką miał od Maisie; rozstaniem się więc z nią, ciśnięciem jej w nurty Tamizy, składał ofiarę, która powinna była przekupić tajemnicze Przeznaczenie.
Wrzucenie trzech pensów w fale rzeki przerwało prąd myśli, uwalniając go na chwilę od obrazu Maisie i obaw, o nią doznawanych. Zwrócił się też, gwiżdżąc, ku domowi, stęskniony — po tym dniu sielankowym, spędzonym w towarzystwie kobiety — za dymem, fajką i swobodną pogawędką męską. I to jednak pragnienie zbladło wobec nagłej wizyi okrętu „Barralong,“ pędzącego swobodnie ku podzwrotnikowym wodom.




ROZDZIAŁ VIII.

Przez tydzień ten Heldar niezdolnym był do żadnej roboty. Nareszcie nadeszła niedziela. Wyczekiwał jej zwykle z dziwnem połączeniem upragnienia i obawy zarazem. Odkąd jednak rudowłosa impresyonistka naszkicowała ów wymowny jego portret, uczucie obawy przewyższało inne wrażenia.
Przyszedłszy, spostrzegł najpierw, iż Maisie, upojona pomysłem nowej „fantastycznej główki,“ odrzuciła najzupełniej dobre jego rady i nie myślała nawet wracać do rysunku. Heldar z trudnością powstrzymał szorstką na ustach uwagę.
— Skoro tak, po co żądałaś ode mnie wskazówek? — zapytał wprost.
— Ależ to będzie obraz, obraz rzeczywisty. Jestem pewna, iż Kami pozwoli mi go posłać do paryskiego Salonu; o to więc nie powinieneś się obrażać.
— Ja też nie mam urazy. Wątpię jednak, czy zdążyłabyś wykończyć większą pracę przed otwarciem wystawy.
Maisie zawahała się; delikatne jej rysy odbiły nawet pewne zakłopotanie.
— Widzisz, postanowiłam... wskutek tego obrazu właśnie, wyjechać o miesiąc wcześniej do Francyi. Mam zamiar naszkicować go tylko tutaj, wykończyć zaś pod kierownictwem Kami’ego.
Serce Dick’a stanęło nagle i bić przestało. Była chwila, w której poczuł żal głęboki do niej, żal za słowa te okrutne do królowej, chociaż ta ostatnia... mylić się nie mogła.
— Sądziłem, żeśmy się zbratali myślą, zbliżyli do celu życia; ona zaś porzuca go, by... gonić motyle!... Nie, to oszaleć można!...
Nie sposób było przemawiać do serca jej lub rozsądku, rudowłosa bowiem nie opuszczała pracowni. Dick więc spojrzał tylko z wyrzutem w oczy dziewczęcia.
— Przykro mi — wyrzekł, — bo sądzę, że popełniasz wielką pomyłkę. Ale nie mówmy o tem. Powiedz mi, co ci poddało myśl nowego obrazu?
— Poczerpnęłam ją z książki.
— Zły to początek. Książka rzadko bardzo staje się dobrem źródłem natchnienia dla malarza.
— Wszak znasz pan The city of dreadful Night? — przerwał za nimi głos rudowłosej. — Czytałam wczoraj poemat ten głośno, i oto ustęp, który tak Maisie zachwycił.
— Czy znam? Rzecz prosta. Utwór to bardzo malowniczy; żałuję, żem się z góry nieprzychylnie odezwał. Cóż tak przykuło jej uwagę?
— Opis Melancholii. — I z widocznym sarkazmem wskazywała urywek, w którym poeta opisywał postać kobiety, o potężnych skrzydłach orlich, a czole pochylonem pod brzemieniem marzeń, wtedy, gdy strój domowy i pęk kluczy do ziemi zdawały się ją przykuwać.
Ryszard cofnął się żywo.
— Ależ myśl ta — zawołał — była już odtwarzaną przez pewnego skromnego artystę, zwanego Dürer’em. Przerabiać ją dzisiaj znaczyłoby to samo, co poprawiać „Hamleta.“ Istna strata czasu!
— Mylisz się — przerwała Maisie, stawiając ostro filiżanki z herbatą, aby energią dodać sobie pewności. — Każdemu wolno opracowywać po raz drugi ten sam przedmiot, i dlatego nie odstępuję od zamiaru. Zobaczysz, zresztą, Dick’u, jaka to śliczna rzecz będzie.
— Czyż można, na miłość boską, wykonać dobrze pracę, do której nie jest się należycie przygotowanym! Szaleniec nawet potrafi znaleźć pomysł. Aby go jednak w czyn wprowadzić, na to potrzeba nie gonitwy za pierwszą lepszą fantazyą, lecz opanowania techniki, silnej woli i wytrwałości.
Rozdrażniony, mówił z pewnym przekąsem.
— Ty tego nie rozumiesz — przerwała Maisie. — Co do mnie, jestem pewna, że mi się obraz uda.
Szyderczy głos rudowłosej deklamował tymczasem dalej słowa poematu, w którym kobieta, uosabiająca Melancholię, wyszydzona, odpychana, znużona śmiertelnie, całą swą niezłomną wolę jednoczy w pracy i trudem nieustannym zagłusza troski, bole i zawody.
— Sądzę, iż Maisie chce odtworzyć sama siebie — rzuciła w zakończeniu.
— Na tronie z odrzuconych i nieudanych obrazów. Czy tak? Otóż mylisz się, moja droga. Tym razem pociągnęła mię po prostu poezya i fantastyczność postaci. Że ty, Dick’u, rzeczy takich nie lubisz, rozumiem doskonale, bo przedewszystkiem nie umiałbyś ich nawet odtworzyć. Twój rodzaj to krew, poszarpane ciało i kości.
— Czy to wyzwanie, Maisie? I owszem, przyjmuję zakład. Jeżeli ty zdołasz wymalować Melancholię, która będzie czemś więcej nad zbolałą głowę zwykłej kobiety, w takim razie przekonam cię, że ja potrafię stworzyć rzecz lepszą jeszcze. I stworzę ją, skoro tego żądasz. Ten tylko może uplastycznić temat podobny, komu on nie był w życiu obcy; a cóż ty możesz wiedzieć o melancholiach?
Heldar był przekonany, iż w jednej chwili owej wypija trzy czwarte goryczy tego świata.
— Melancholia — podjęła Maisie — była przedewszystkiem kobietą, a cierpiała tyle, iż więcej smutku dusza ludzka pomieścićby nie zdołała. Cierpiała tyle, iż wreszcie śmiać się z bólu swego zaczęła. Wtedy to, wtedy ja ją w obraz mój zaklęłam i posłałam na wystawę do Salonu.
Rudowłosa opuściła pokój, śmiejąc się głośno.
Ryszard, oswobodzony od obecności jej, patrzył na Maisie z beznadziejną, rozbrajającą pokorą.
— Mniejsza o obraz — mówił. — Powiedz mi jednak, czy to prawda, że masz zamiar wyjechać o miesiąc wcześniej do Kami’ego?
— Muszę; inaczej nie zdążyłabym z robotą.
— Czy wykończenie jej streszcza wszystkie twoje pragnienia?
— Rzecz prosta. Nie bądź-że znów niedorzecznym, Dick’u.
— Zawiedziesz się, uprzedzam z góry. Do dzieła takiego potrzeba talentu, trzeba potęgi; a ty, obok dobrych pomysłów, posiadasz tylko zdawkowy zapał. Jakim sposobem wytrwałaś przez dziesięć lat w pracy mozolnej, to pozostanie dla mnie na zawsze tajemnicą. Więc naprawdę odjeżdżasz o miesiąc wcześniej niż zwykle, wcześniej niż potrzeba?
— Muszę. Mój obraz tego wymaga.
— Twój obraz... ba!... Nie, nie, najdroższa, ja tego nie chciałem powiedzieć. Masz racyę; naturalnie, że masz racyę. Rzecz prosta, iż musisz poświęcić się twemu dziełu; tylko... tylko ja już pożegnam cię na ten tydzień.
— Nie zostaniesz nawet na herbacie?
— Nie; dziękuję. Wszak pozwalasz mi odejść, najdroższa? Nie potrzebujesz dziś nic ode mnie, prawda? O rysunku zaś nie myśl wcale. Mniejsza o niego.
— Żałuję, że nie możesz zostać; pogawędzilibyśmy o moim obrazie. Widzisz, gdy jeden tylko utwór zyska rzeczywiste powodzenie, zwraca natychmiast uwagę na wszystkie inne; a wiem, że niektóre z prac moich są dobre, zupełnie dobre... Niepotrzebnie więc tak szorstko wyrażałeś się o nich.
— Przepraszam cię. Co zaś do Melancholii, będziemy mówić o niej którejkolwiek innej niedzieli. Wszak pozostaje nam jeszcze cztery. Tak... jedna, dwie, trzy, cztery... do dnia twego wyjazdu. Bądź zdrowa, Maisie!
Gdy rudowłosa impresyonistka weszła napowrót do pracowni z dziwnym jakimś na pobladłych ustach wyrazem, Maisie, stojąca u okna, zwróciła się ku niej:
— Patrz, jaki z Dick’a samolub: odszedł wtedy właśnie, gdy chciałam mu opowiedzieć cały pomysł do nowego obrazu.
Zatrzymała się, rysy towarzyszki jej bowiem niezwykły przybrały wyraz. Otworzyła wargi, jak gdyby pod przemocą cisnących się na nie słów gwałtownych. Rozwaga wszakże wzięła górę. Usiadła w milczeniu, pogrążając się w powtórnem czytaniu The city of dreadful Night.
Heldar, znalazłszy się tymczasem w parku, chodził dokoła jednego i tego samego drzewa, które od wielu już niedziel służyło mu za wiernego powiernika uczuć wzburzonych. I teraz klął głośno. Gdy zaś mowa angielska okazała się niedość w kierunku tym wyrobioną, tłumiona wściekłość artysty szukała ujścia w okrzykach arabskich, jakby umyślnie na to stworzonych, by niosły ulgę w chwilach ulania się żółci.
Nagroda, otrzymana dzisiaj za wierne służby, nie podobała mu się wcale. Z siebie był również niezadowolony. Sporo też czasu upłynęło, zanim na usta jego wybiegł zwykły aforyzm, iż królowa nie może się mylić.
— Przegrana partya — mówił. — Wobec innej zachcianki niknę z jej oczu, tracę całą wartość. Gdy jednak karta nie dopisała nam w Port-Said, wtedy zdwajaliśmy zwykle stawkę. Ma zamiar malować Melancholię. Dobrze. Zobaczymy! Jestem pewny, iż brak jej ku temu talentu, brak siły, brak techniki; pozostają więc dobre chęci tylko. Cięży nad nią klątwa połowiczności. Unika rysunku, bo to praca gruntowna, poważna; z drugiej zaś strony, pobija mnie wytrwałością. Skoro tak, pokażę, że i ja pobić ją potrafię i to na własnym jej gruncie, na temat owej Melancholii. Powiada, że umiem tylko malować krew i kości, krew, której ona nie ma snać wcale w żyłach. A jednak ja kocham ją taką, jaką jest; kocham uczuciem silniejszem nad życie i dlatego właśnie muszę pokonać tę jej próżność niebotyczną. Chce malować Melancholię, a więc i ja stworzę Melancholię. Tchnę w nią całego ducha, całą siłę i niech to raz wszystko pióru... niech Pan Bóg błogosławi!
Pomysł jednak nie przychodził na zawołanie, a myśl Heldar’a nie mogła się oderwać od projektowanego wyjazdu Maisie.
Pierwsze szkice do Melancholii, pokazywane przez nią następnej niedzieli, mało go zajęły. Czas biegł tymczasem chyżo, unosząc na skrzydłach swych tydzień za tygodniem, tak, że wkrótce już miał nadejść dzień, w którym wszystkie dzwony Londynu, bijąc razem, nie będą mogły jękiem serc swych przywołać Maisie napowrót.
W chwili rozstania pozwolono mu odprowadzić obie artystki na statek. Wyjeżdżały nocnym parowcem z Dovru, a liczyły, że w sierpniu powrócą napowrót do Londynu. Ponieważ zaś działo się to w lutym, Heldar więc uważał postanowienie podobne za srogą względem siebie niesprawiedliwość.
Maisie, zajęta pakowaniem rzeczy, farb i obrazów, niewidzialną była w dniu ostatnim; Dick więc pojechał naprzód do Dovru i tu stracił całą dobę nad ważnem bardzo zagadnieniem. Oto rozmyślał, czy Maisie zmięknie w ostatniej chwili i czy pozwoli pocałować się raz jeden na pożegnanie?
Za śmiałem przypuszczeniem szedł jeszcze odważniejszy pomysł. A gdyby tak ująć delikatną tę postać w silne ramiona i uciec z nią? Gdyby ją porwać z sobą na kraj świata? Wszak w południowym Sudanie zdobywa się w ten sposób kobiety. Tylko, że Maisie nie pozwoliłaby się unieść i zabrać przemocą, że wobec siły brutalnej obezwładniłaby go jednem spojrzeniem. Widział już zimny, stalowy wyraz siwych jej oczu, słyszał słowa wzgardliwe: „Jaki z ciebie samolub, Dick’u!“
Na myśl tę samą odwaga jego pierzchła z góry. Nie, lepiej już prosić kornie o jeden pocałunek.
A Maisie, w popielatym płaszczyku od deszczu i małym kapeluszu tejże barwy, tak była urocza, iż myśl pocałunku stawała się coraz natrętniejszą, coraz więcej niebezpieczną. Rudowłosa, jakby dla kontrastu, gorzej niż zwykle wyglądała. Oczy jej zapadnięte dziwnym świeciły blaskiem, usta gorączka spiekła.
Dopatrzywszy przeniesienia kufrów, Dick zbliżył się do Maisie, stojącej na pokładzie, nieoświetlonym jeszcze. Obok nich składano z hukiem paki; dalej stała rudowłosa, śledząc ich bacznem, palącem spojrzeniem.
— Przykry dziś będzie przejazd — mówił Heldar. — Wiatr coraz silniej się zrywa. Maisie, wszak w nagrodę za to, że byłem wciąż grzeczny, mogę przyjechać zobaczyć cię?
— O, nie! Zbyt będę zajętą na przyjmowanie wizyt. Zresztą, gdybym cię potrzebowała, sama napiszę. Listownie za to gotowam chętnie z tobą gawędzić, w niejednej rzeczy bowiem przyjdzie mi pewno zasięgnąć twej rady. Och, Dick’u, ty nie wiesz nawet, jak dobrym byłeś dla mnie, jak bardzo dobrym!
— Dziękuję, najdroższa, za słowo poczciwe. Czy jednak... czy... nic uczuć twych nie zmieniło?
— Nie chciałabym i nie mogła zwodzić cię, Ryszardzie. Ale... w tym kierunku nie umiem się poprawić... Nic sądź jednak, proszę, że jestem niewdzięczną...
— A niechby piekło wdzięczność pochłonęło! — mruknął, zwracając się ku kufrom.
— Mój drogi, po co się gniewać! Wiesz dobrze, że tak, jak dziś rzeczy stoją, ja mogłabym złamać twoje życie, ty zaś zwichnąłbyś może moją przyszłość. Czy pamiętasz słowa, wyrzeczone przez ciebie samego podczas naszego spotkania w parku? Mówiłeś wtedy, że wola jednego z nas musi zostać skruszoną. Czekajmy więc, niech przyszłość wykaże, kto pierwszy ulegnie i broń złoży.
— Nie, jedyna! nie chcę czekać, aż walka z życiem złamie cię i zgnębi.
Maisie wstrząsnęła przecząco główką.
— Mój biedny Dick’u, i cóż ja ci na to wszystko mogę powiedzieć?
— Nie mów nic... Pozwól się tylko pocałować raz jeden, Maisie! Jeden, jedyny pocałunek... Przysięgam, że nie zażądam drugiego. Wszak możesz zrobić to drobne ustępstwo na rzecz owej wdzięczności, o której wspominałaś tylokrotnie. Raz jeden, Maisie...
Dziewczę podniosło główkę, zgadzając się na wybłaganą w ten sposób nagrodę. Był to w rzeczy samej jeden tylko pocałunek; ponieważ jednak czas jego trwania nie został z góry oznaczony, zamienił on się więc w przeciągłą, namiętną pieszczotę. Maisie oswobodziła się wreszcie ruchem gniewnym, Dick zaś, zmieszany, drżący od stóp do głowy, stał przed nią w kornej postawie winowajcy.
— Żegnaj mi, najdroższa! — wyrzekł po chwili — żegnaj i... przebacz. Nie chciałem cię rozgniewać... Jedź w imię boże, niechaj „Melancholia“ świetnie ci się uda. Spróbuję pracować nad tym samym tematem. Przypomnij mnie pamięci Kami’ego i donieś, gdybym ci mógł być w czemkolwiek użytecznym. Czy... czy... nie pozwoliłabyś pocałować się jeszcze raz na pożegnanie? Nie? Masz racyę. A więc do widzenia... Bądź zdrowa, Maisie...
Zwijano już pomost, tak, że gdy stanął na wybrzeżu, parowiec ruszył równocześnie prawie. Malarz towarzyszył mu wzrokiem i sercem zarazem.
— Te statki z Calais są śmiesznie małe, nie zapewniają bezpieczeństwa. Muszę namówić Torp’a, aby zwrócił na to uwagę publiczną w dziennikach. Mój Boże! i pomyśleć, że nas nic nie dzieli na szerokim świecie, nic, nic, prócz jej uporu!...
Maisie stała tymczasem, pogrążona w zamyśleniu, na tem samem miejscu, na którem ją Dick pożegnał. Ostre chrząknięcie towarzyszki zbudziło ją dopiero z zadumy. Oczy rudowłosej błyszczały jakimś złowrogim, zimnym blaskiem.
— Pocałował cię! — syknęła. — Jak mogłaś pozwolić na to, skoro jest niczem dla ciebie? Jak śmiałaś przyjąć ten pocałunek? Och, Maisie! — wybuchnęła nagle — zejdźmy do damskiej kajuty, bo czuję się chorą, śmiertelnie chorą!
— Nie jesteśmy jeszcze na pełnem morzu, a tobie już niedobrze? Idź, proszę, sama na dół; ja posiedzę chwilę na pokładzie; wiesz, że nie znoszę czadu, jaki zwykle panuje w kajutach.
— Biedny Ryszard! — myślała, pozostawszy samą. — Zasługiwał przecież na ten jeden, jedyny pocałunek. Nie sądziłam zresztą, że mię tak przestraszy.
Dick powrócił do domu nazajutrz w południe, ciesząc się myślą drugiego śniadania, o które telegrafował nawet. Stanąwszy na progu pracowni, ujrzał tymczasem stół w nieładzie i puste, sumiennie ogołocone półmiski. Głośny okrzyk przywołał Torpenhow’a.
— Pst! Cicho! — mówił z miną skruszoną. — Nie hałasuj tak; to ja zabrałem twoje śniadanie. Chodź i zajrzyj tylko do mego pokoju, a zrozumiesz od razu, o co chodzi.
Uchyliwszy podwoi, malarz ujrzał ze zdumieniem dziewczynę jakąś, wyciągniętą na ulubionej kanapce Torpenhow’a. Pogrążona w śnie głębokim, sapała głośno. Obok leżał tani, marynarski kapelusz i ordynarny, wyrudziały parasol. Suknia letnia, niebieska z białem, stosowniejsza na czerwiec niż na luty, kaftanik zużyty, oszyty naśladowaniem baranka, obłocone wreszcie spódnice i brudne, w ohydnym stanie trzewiki dostatecznie tłumaczyły, z kim mają do czynienia.
— Słuchaj, stary, tego już za wiele! Istot podobnego rodzaju nie powinienbyś wprowadzać tutaj przynajmniej. Okradnie nas jeszcze.
— Nie budzi zaufania, wiem o tem; ale, widzisz, szedłem właśnie na śniadanie, gdy, zatoczywszy się, upadła mi do stóp prawie w bramie naszego domu. Sądziłem, że pijana; chwila rozwagi jednak przekonała mię, że zemdlała z głodu. Nie mogłem jej przecież zostawić bez pomocy. Zabrałem więc nieszczęśliwą na górę i dałem jej twoje śniadanie. Połknąwszy wszystko łapczywie, zasnęła natychmiast z wycieńczenia.
— Och, znam to, znam doskonale. Musiała przez czas jakiś żyć kiełbaskami tylko. Najlepiej było zawołać policyanta i oddać mu ją za karę, że pozwala sobie mdleć z głodu na progu prywatnego domu. Biedactwo! Spojrzyj tylko na te rysy. Ani śladu niemoralności, wyuzdania... Słabość woli, głupota i szaleństwo, nic więcej. Doprawdy, typowe oblicze...
— Cóż za zimny barbarzyńca z ciebie! Uderzasz w istotę, upadłą pod brzemieniem niedoli może. Spróbujmy lepiej dopomódz tej nieszczęśliwej. Głód to rzecz straszna... Zemdlała u stóp mych nieledwie, a gdy ją tu przywiodłem, gdy postawiłem przed nią jedzenie, rzuciła się ku niemu, jak dzikie zwierzę. Widok to był okropny, wstrętny!
— I cóż ja poradzić mogę? Chcesz, abym jej dał trochę pieniędzy? Dobrze, ale uprzedzam: przepije natychmiast.
Dziewczyna otworzyła w tej chwili oczy, patrząc na obu mężczyzn z wyrazem przestrachu i wyzywającej czelności.
— Cóż, lepiej ci? — podjął Torpenhow.
— Znacznie lepiej. Mało jest ludzi tak, jak pan, dobrych. Dziękuję.
— Jak dawno jesteś bez służby? — pytał Ryszard, którego baczne oko wyczytało już z posiekanych i twardych rąk dziewczyny całą dotychczasową jej historyę.
— A skąd pan wie, że byłam w obowiązku?
— To moja rzecz.
— Prawda, służyłam za dziewczynę do wszystkiego, ale to mi się nie podobało.
— Wolisz więc nie mieć miejsca?
— Aha! Alboż wyglądam na zadowoloną?
— Nie zupełnie. Czekaj tylko. Czy nie zechciałabyś zwrócić na chwilę głowy do okna?
Dziewczyna spełniła jego rozkaz; Ryszard zaś patrzył na nią tak badawczo, tak przejmująco, iż, przestraszona, ukryła się za Torpenhow’a.
— Jest w oczach, jest! — wołał Heldar, chodząc szybko po pokoju. — Doskonale odpowiadają memu celowi. Co zaś do głowy, ta zawsze od wyrazu źrenic głównie zależy. Pan Bóg mi ją zsyła w nagrodę za... za utratę tamtej. Mogę więc bez zmarnowania czasu zabrać się natychmiast do roboty. Tak, Opatrzność postawiła ją widocznie na mej drodze. Proszę podnieść trochę czoło.
— Ostrożnie, przyjacielu! ostrożnie, inaczej odbierzesz jej całą przytomność. Patrz, jaka wystraszona — mówił Torpenhow, wskazując na dziewczynę, która drżała cała.
— Panie, nie daj mię bić! — błagała, zwrócona do swego wybawcy. — Nie daj mię krzywdzić! Ten człowiek chce mnie uderzyć, a i tak oćwiczono mię już dziś okrutnie za to, że przemówiłam do jakiegoś mężczyzny. Nie pozwól mu patrzeć tak na mnie...
I krzycząc głośno, wybuchnęła płaczem gwałtownym. Nerwy rozstrojone, wycieńczone, wypowiedziały jej nagle posłuszeństwo.
Ryszard otworzył szybko okno. Torpenhow uczynił to samo z drzwiami.
— No, cicho, uspokój się — pocieszał malarz. — Nikt cię tu nie ma zamiaru bić, nikt ci nie chce robić krzywdy. Jeżeli nie wierzysz, możesz wychylić się na ulicę i zawołać policyanta, możesz odejść nawet; patrz, podwoje otwarte.
Łkała jeszcze konwulsyjnie przez chwil kilka, poczem od razu wybuchnęła śmiechem.
— Kiedy już zrozumiałaś, że ci się nic złego nie dzieje — mówił Heldar, — spróbuj posłuchać mię teraz spokojnie. Widzisz, jestem z zawodu artystą-malarzem. Czy wiesz, co to znaczy?
— Wiem... taki, który robi czerwone i czarne szyldy nad sklepami.
— Doskonale. Co prawda, nie doszedłem jeszcze do szyldów, bo to rzecz patentowanych akademików; pomimo tego wszakże, pragnąłbym odmalować ciebie.
— A to po co?
— Boś ładna, bo mi się podobasz. Otóż, czy nie chciałabyś przychodzić w tym celu, co drugi dzień, o jedenastej rano, tu obok, na tych samych schodach, do mego pokoju? Zapłacę ci suwerena tygodniowo za to tylko, że będziesz siedziała spokojnie i pozwolisz się odrysować. Masz tu pierwsze pieniądze na zadatek.
— Trzy suwereny za nic? Boże święty!
I obracając złotą monetę w ręku, nowemi wybuchnęła łzami.
— Więc panowie nie lękacie się, abym was nie okradła?
— Nie. Tylko brzydkie kobiety kradną. Zapamiętaj jednak ulicę i numer, żebyś sama trafiła. Ale, ale! jak ci na imię?
— Bessie. Bessie... Phi! Nazwisko pewno niepotrzebne. Zresztą, Bessie Broke, Stonebroke, jeżeli mam mówić szczerze. A imię panów? Chociaż, po co pytać? Żaden i tak prawdziwego nie powie.
Dick naradził się oczyma z towarzyszem.
— I owszem, musisz przecież wiedzieć, do kogo idziesz w kamienicy. Ten pan nazywa się Torpenhow, ja... Ryszard Heldar. Powiedz jeszcze, Bessie, gdzie mieszkasz.
— Za rzeką, daleko. Zajmuję maleńki pokoik i płacę za niego półszósta szylinga tygodniowo. A może... może pan tylko żartował o tych trzech suwerenach?
— Zobaczysz sama. Pamiętaj tylko, Bessie, żebyś mi nie przychodziła tak szkaradnie umalowana. Farby te psują cerę. Jeżeli zechcesz, dam ci lepszych, ale umyj się czysto.
Dziewczyna wyciągnęła podartą chusteczkę i zaczęła wycierać nią silnie policzki. Gdy wyszła, przyjaciele spojrzeli na siebie.
— Postąpiłeś jak człowiek — zaczął Torpenhow pierwszy.
— Zdaje mi się, że prędzej jak głupiec. Nie moją rzeczą bowiem naprowadzać na drogę cnoty rozmaite Bessie Broke. W mieszkaniu zaś tem żadna kobieta postać nie powinna.
— Może też nie powróci.
— Przyjdzie, bo w danej chwili miły jej kąt ciepły i strawa posilna. Pamiętaj jednak, stary druhu, że to nie kobieta; uważaj ją za moją modelkę tylko i... bądź ostrożny.
— Paradnyś, drogi Dick’u. Ależ to istne straszydło, tchnące najwstrętniejszem zepsuciem. Za kogo mnie bierzesz, abym miał uważać na równi z innemi kobietami istotę, z rynsztoka podniesioną?
— Tak sądzisz? Poczekaj, aż się z nami oswoi i odżywi nieco. Dziś była wystraszona, ale blondynki szybko przychodzą do siebie i z łatwością do nowych warunków ułożyć się potrafią. Za tydzień lub dwa najdalej, gdy ta przejmująca obawa ustąpi z jej oczu, nie poznasz twego straszydła. Będzie taka swobodna, taka uśmiechnięta i szczęśliwa, że już wtedy mnie się na nic nie przyda.
— Wszystko ci to jedno. Wziąłeś ją przecież z litości, aby mi zrobić przyjemność.
— Nie mam zwyczaju igrać z ogniem dla niczyjej na świecie przyjemności. Mówiłem już przedtem, iż niebo ją tu zesłało, w tym zapewne celu, abym prędzej dał sobie radę z „Melancholią.“
— Co to za pani? Nigdy o niej nie słyszałem.
— Na co się to zdało mieć przyjaciela, gdy trzeba mu każde słowo wykładać, jak niepojętnemu żakowi! Powinienbyś sam domyśleć się, o co mi chodzi. Słyszałeś, jak wściekle wzdychałem i kląłem w ostatnich czasach.
— Ba, twoje wzdychanie tyle miewa znaczeń! Przytem nasze poufne gawędki ustały od dawna.
— Otóż westchnienia ostatnie były podniosłe i ku czysto duchowej dziedzinie zwrócone. Mogłeś się dorozumieć przy odrobinie sprytu, że jedyną ich przyczynę stanowi owa „Melancholia.“
Chodzili przez chwilę po pokoju, ramię w ramię, nie mówiąc ani słowa. Ryszard parsknął wreszcie śmiechem.
— Jakto, nie rozumiesz jeszcze, że chodzi tu o nowy obraz? Otóż wynędzniała postać Bessie i bezgraniczna obawa w jej oczach, złączone z paru smutnemi doświadczeniami życiowemi, jakie sam w ostatnich czasach odniosłem, zlane razem... Ale nie, nie umiem nic tłómaczyć o czczym żołądku.
— Ej, Dick’u, czy to nie nowe szaleństwo? Zamiast gonić za smutnemi wrażeniami i modelkami o wystraszonem spojrzeniu, lepiejbyś stokroć malował swoich żołnierzy.
— Tak sądzisz?
Wykręcił się na obcasie i z wesołą piosenką na ustach, przez widok Bessie wywołaną, zwrócił się ku swej pracowni.
W chwilę później siedział już przy biurku, pisząc czteroarkuszowy list do Maisie. Wylawszy serce swe w radach, zachętach i wynurzeniach, poprzysiągł, iż odtąd całą myśl swoją i całą uwagę zwróci niepodzielnie do pracy, czekając z zaczęciem jej tylko, dopóki Bessie się nie ukaże.
Dziewczyna dotrzymała słowa i zjawiła się nazajutrz, wolna od bielidła, a skromnie przyodziana. Oczy jej zachowały ten sam wyraz obawy, obejście zaś było nieśmiałe lub wyzywające na przemian. Przekonawszy się, iż zadanie jej polega jedynie na spokojnem siedzeniu w miejscu, nabrała od razu pewności siebie i zaczęła krytykować z niejaką słusznością brak porządku w pracowni. Ciepło wreszcie, dostatnie otoczenie i zupełny odpoczynek kojące na niej czyniły wrażenie. Ryszard naszkicował parokrotnie jej głowę; właściwy jednak pomysł, dający się zastosować do „Melancholii,“ nie objawił się dotąd.
— Jak pan nieporządnie utrzymuje swe rzeczy — mówiła Bessie w kilka dni później, rozgospodarowawszy się na dobre w pracowni. — Suknie w takim samym pewno nieładzie. Już-to mężczyźni nigdy pojąć nie mogą, że bez guzików i tasiemek trudno nosić ubranie.
— Po co mi ten kłopot? Kupiwszy cokolwiek, używam, dopóki się nie rozleci, potem wyrzucam, i koniec. Torpenhow postępuje prawdopodobnie w takiż sposób.
Bessie, zrobiwszy staranne poszukiwania w pokoju tego ostatniego, powróciła z pękiem skandalicznie podartych skarpetek.
— Trochę poceruję tu — objaśniła, — a resztę zabiorę do domu. Odkąd mi pan płaci tak dobrze, siedzę sobie jak wielka dama w pokoju i nawet się nie zadaję z innemi. Lubię to; gdy która przyjdzie, zatrzaskuję jej drzwi przed nosem; może kląć i wymyślać mi, ale przez dziurkę od klucza. Śpiewam sobie i naprawiam skarpetki pana Torpenhow’a. Ale też zdarte, Boże święty!... nie podobna dziur tych niczem zapakować!
— Ani trzy suwereny na tydzień, ani przyjemność długich godzin, spędzanych w mem towarzystwie, nie podsunęły jej nigdy myśli reparowania mych rzeczy — dumał malarz. — Torpenhow’a nie widuje wcale; co najwyżej, kiwnie on jej głową na schodach, i oto ma wszystkie skarpetki pocerowane. Nie, doprawdy, Bessie jest na pewnych punktach uosobieniem kobiecości.
Drwiące jego spojrzenie skierowało się ku dziewczynie, którą, jak to przewidywał, wygodne życie i odpoczynek zmieniły do niepoznania.
— Czemu pan tak na mnie patrzy? — rzuciła szybko. — Co ja złego zrobiłam? Och, jaki wzrok niedobry! Pan mnie ma widać za bardzo nizkie stworzenie?
— Sąd mój zależy od tego, jak się zachowujesz.
Bessie zachowywała się wzorowo; trudno tylko było pod koniec posiedzenia namówić ją, aby wracała do domu. Ponad chłód i błoto ulicy wolała piec ciepły, przy którym siadała w wygodnym fotelu, z całą masą podartych skarpetek na kolanach. Później nadchodził Torpenhow — i Bessie, podniecona trochę, opowiadała dziwne przygody swej przeszłości oraz całe szczęście i zadowolenie z chwil obecnych. Ożywiona, podnosiła się i zaczynała krzątać około przyrządzenia herbaty, tak, jak gdyby to należało do jej obowiązków, jak gdyby miała prawo rozporządzać się tutaj.
Gdy drobna jej postać kręciła się po pokojach, oczy Torp’a szły mimowoli za nią. Dick widział to doskonale, a stęskniony za obecnością Maisie, marzący, by kiedyś stała się duszą jego domu, rozumiał wyraz, odbity w źrenicach towarzysza. Bessie jednak nie przemawiała nigdy do Torpenhow’a; dbała tylko niezmiernie o jego bieliznę, przy czem zamieniali niekiedy na schodach słów parę.
— Szaleńcem byłem, biorąc ją tutaj — mówił Dick do siebie. — Wiem przecież, czem jest w najlepszym razie to nasze samotne, samolubne życie. Dziwię się, że Maisie nie odczuwa tego również. Gdy rzecz taka raz wejdzie mu w głowę, nie podobna przewidzieć, dokąd zaprowadzić go może.
Pewnego wieczoru, przedłużywszy posiedzenie aż do ostatnich promieni światła, Dick, znużony pracą, zasnął podczas szarej godziny. Złamany jakiś, płaczący głos w pokoju Torpenhow’a przerwał mu nagle drzemkę. Zerwał się na równe nogi.
— Co tu zrobić? Iść tam... to głupio i niedelikatnie. Brawo, Binkie, mądre z ciebie stworzenie!
Pies bowiem, otworzywszy nosem drzwi, wybiegł w tej chwili z pokoju Torpenhow’a, by zająć ulubione swe miejsce w pracowni. Rozchylone podwoje pozwalały Ryszardowi widzieć doskonale Bessie, która, klęcząc przy fotelu Torp’a, trzymała ręce złożone błagalnie na jego kolanach.
— Wiem — mówiła głosem drżącym, — wiem, że nie powinnam tego czynić, ale nie mogę się powstrzymać... Taki byłeś dla mnie dobry, taki dobry... a później... przestałeś zwracać na mnie uwagę. Ponaprawiałam przecież twoje rzeczy jak najstaranniej, pocerowałam wszystkie skarpetki... Nie sądź, że chcę, abyś się ze mną ożenił. Przez myśl mi to nawet nie przeszło. Czy jednak nie mógłbyś mię wziąć do siebie na czas, dopóki... dopóki nie przyjdzie ci na myśl poszukać sobie żony? Rozumiem, że ja nią nie będę, lecz, pomimo tego, do krwi upracowałabym sobie ręce dla ciebie. Wszak nie jestem brzydką. Spojrzyj na mnie i powiedz, że się zgadzasz.
Głos Torpenhow’a wydał się Dick’owi dziwnie zmienionym.
— Dziecko, zastanów się, do czego to prowadzi. Czy wiesz, że, w razie wybuchu wojny, ja na pierwsze zawołanie muszę iść na plac boju? Na pierwsze zawołanie, rozumiesz?
— I cóż to szkodzi? Pójdziesz, gdy będziesz musiał. Zanim to jednak nastąpi, mogę pozostać z tobą. Na krótko, tylko dopóki cię nie zawezwą. Wszak o małą rzecz proszę... A gdybyś przytem wiedział, jak ja doskonale gotować umiem!...
Równocześnie oplotła ramionami szyję mężczyzny, pociągając głowę jego ku sobie.
— A więc... dobrze. Dopóki nie wyjadę...
— Torp! — zabrzmiał w tej chwili donośny głos Ryszarda, który nie mógł dłużej zapanować nad sobą. — Torp, chodź do mnie, prędko, potrzebuję cię na chwilę! Boże święty — dodał cicho, — pozwól, aby mnie posłuchał!
Na usta Bessie wybiegło słowo, bardzo do klątwy zbliżone. Zerwała się i, przestraszona, a zawsze jeszcze lękająca się Ryszarda, pędem strzały zbiegła ze schodów.
Pomimo tego, upłynęło chwil kilka, zanim Torpenhow pojawił się na progu. Podszedł do kominka i, ukrywszy twarz w dłoniach, jęknął, jak dzik zraniony.
— Jaki szatan podsunął ci myśl mieszania się do spraw mych? — rzucił wreszcie z gniewem.
— Do jakich spraw? — podjął Ryszard chłodno. — Mam nadzieję, iż własny rozsądek zdołał ci już podszepnąć, iż o mały włos nie popełniłeś szaleństwa. Kuszono cię srodze, o, święty Antoni! lecz trzeba przyznać, żeś wyszedł zwycięsko z tej próby.
— Po cóż krzątała się po domu, jak gdyby do niej należał? Po co kazałeś mi patrzeć na nią? Rozstroiło mię to, wytrąciło z równowagi. Takie samotne, psie życie musi się przecież sprzykrzyć człowiekowi. Nieprawdaż? — pytał rozżalony.
— Teraz mówisz rozsądnie i... masz racyę. Ponieważ jednak podobny półśrodek gorszym jest stokroć od najsroższej choroby, a na nią nie masz na razie lekarstwa, więc wiesz, co powinienbyś zrobić?
— Ba, gdybym wiedział!
— Oto, dla odzyskania równowagi, wybierz się najlepiej na dalszą wycieczkę. Jedź do Brighton, do Scarborough, do Prawle-Point wreszcie, obejrzeć nowe okręty, ale... jedź natychmiast. Binkie pójdzie pod moją opiekę, ty zaś wybieraj się bezzwłocznie. Nie próbuj walczyć z szatanem, bo cię zwycięży. Uciekaj lepiej od niego. Zapakuj trochę rzeczy i w drogę!
— Może masz słuszność. Ale gdzie tu jechać?
— I ciebie nazywają specyalnym korespondentem! Ułóż najpierw torbę podróżną, a dopiero pytaj, dokąd cię losy poniosą.
W godzinę później Torpenhow siedział w doróżce, która go miała powieźć w świat daleki.
— Zanim dojedziesz do dworca kolei żelaznej, przyjdzie ci pewno na myśl, gdzie się udać. Zacznij od Euston, no, i, rzecz prosta, upij się dziś jeszcze.
Powróciwszy do pracowni, Ryszard znalazł ją tak smutną i ponurą, iż wszystkie zapalił lampy.
— Poczekaj, ty mała Jezabel, poczekaj! Znienawidzisz mię jutro, dowiedziawszy się o wszystkiem. Binkie, chodź tutaj!
Piesek położył się na grzbiecie, u stóp Dick’a, który go delikatnie drażnił nogą.
— No, patrz, Binkie! I ja powiedziałem, że ona nie jest zepsuta, że nie jest przewrotna! Pomyliłem się. Dowodziła mu przecież, że umie doskonale gotować; to już grzech wyrafinowany, z góry obmyślany. Och, Binkie, gdybyś był mężczyzną, poszedłbyś do piekieł; gdybyś jednak był kobietą, a podszeptywał mężczyźnie, że umiesz doskonale gotować, zasłużyłbyś na stokroć gorsze jeszcze miejsce wiekuistego potępienia!




ROZDZIAŁ IX.

— Niema co mówić, wesołe życie! — żartował Ryszard w kilka dni później. — Torp wyjechał, Bessie mnie nienawidzi, pomysł „Melancholii“ nie chce plastycznych przyjąć kształtów, a listy Maisie skąpe są i nic nie objaśniają; cóż więc dziwnego, że z samego rozdrażnienia dostałem niestrawności. A może to jakie inne cierpienie? Słuchaj, Binkie, z czego przychodzi człowiekowi ostry ból w głowie i z jakiej racyi ciemne plamy latają mu przed oczami? Gdybyśmy tak zażyli anti-wątrobianych pigułek?
Monolog ten wypowiedziany został po gorzkiej scenie, jaką wyprawiła Bessie. Wymawiała mu ona w sposób gwałtowny, a po raz pięćdziesiąty może, oddalenie i wysłanie Torpenhow’a, objawiała z całą wzgardą nienawiść swą do Dick’a, dowodząc, że jeżeli przychodzi tutaj, to dla miłości pieniędzy jedynie.
— O, bo mr. Torpenhow jest sto razy lepszy od pana! — zakończyła z wyrzutem.
— Masz racyę, jest lepszy i dlatego odjechał. Ja byłbym właśnie został, by umizgać się dalej do ciebie.
Dziewczyna, oparłszy łokieć o kolana, podbródek ukryła w dłoni i zgrzytnęła zębami ze złości.
— Umizgałby się do mnie! Patrzcie go! Miałbyś się pan z pyszna! Gdybym się nie obawiała, że mię za to powieszą, zamordowałabym cię, tu, na miejscu. Takbym nagrodziła twoje umizgi! Rozumiesz teraz!
Ryszard uśmiechnął się z pewnem znużeniem. Niemiła to rzecz żyć w towarzystwie pomysłu, który nie może konkretnych przyjąć kształtów, — psa, który nie mówi, i kobiety ograniczonej, która mówi za wiele.
Chciał jej odpowiedzieć jednak, lecz w tejże chwili z kąta pracowni wynurzył się jakiś obłok mglisty i, otoczywszy go, przysłonił mu wzrok na chwilę.
Heldar przetarł niecierpliwie oczy, lecz szara gaza nie dała się usunąć.
— Cóż to za szkaradna niestrawność! Nic przecież nie jadłem! Wiesz co, Binkie, pójdziemy sobie do doktora. Nie możemy pozwolić, aby nam się psuły oczy, bo dzięki im zarabiamy na chleb, no, i na baranie kostki lub ochłapki dla takich jak ty piesków.
Lekarz, do którego się udali, był poczciwym, siwowłosym staruszkiem, od dawna w dzielnicy tej zamieszkałym. Nie mówił on nic na razie, lecz kazał sobie powtórzyć szczegółowo opis owej mgły szarej, zalegającej od dni kilku pracownię.
— Każdy z nas — zadecydował wreszcie — potrzebuje od czasu do czasu, aby mu szpary pakułami zatkano i smołą zalano. Zupełnie jak okręt... kochany panie, zupełnie jak okręt. Raz kadłub jest w nieporządku i wtedy wołamy zwykłego doktora; niekiedy pokład się tylko zepsuje, a na to nawet cieśla poradzi. Gdy jednak główna maszyna dotknięta, należy zawezwać mechanika-specyalistę. Lunety zaś to rzecz tak ważna, że radzę udać się z niemi do okulisty. Człowiek, kochany panie, to jak okręt, zupełnie jak okręt. Trochę smoły, trochę pakuł czasem do zatkania, i wszystko będzie dobrze. Idź pan zaraz do okulisty.
Heldar wyszedł z przekonaniem, że poczciwy doktorzyna na niczem się nie zna. Ponieważ zaś sama myśl okularów, z których Maisie śmiałaby się pewno, strachem go przejmowała, udał się więc od razu do najlepszego okulisty, jakiego Londyn posiadał.
— Widzisz, Binkie, władca mój, żołądek, od dawna już rozmaite dawał mi przestrogi. Zaniedbywaliśmy je zbyt długo i stąd latają nam ciemne plamy przed oczami. Skoro jednak usuną się na chwilę, wzrok mamy doskonały, tak dobry, jak zawsze.
Gdy wchodzili do przedpokoju lekarza, z gabinetu jego wypadł jakiś mężczyzna i, potrąciwszy Dick’a, wybiegł na ulicę.
— Z pewnością autor lub literat — myślał Ryszard. — Ma czoło tak typowe, jak Torpenhow. Co za wyraz przestrachu i zgnębienia! Musiał usłyszeć coś nieprzyjemnego.
I wtem obawa straszna, błysnąwszy w duszy Heldar’a, jak upiór w serce mu się wgryzła. Ze wstrzymanym więc oddechem szedł już do gabinetu konsultacyjnego, zdobnego w ciężkie, rzeźbione meble i w poważne kopie obrazów, wśród których chory poznał natychmiast drzeworyt jednego z własnych swych a głośnych szkiców sudańskich.
Za chwilę siedział w głębokim fotelu, oblicze zaś doktora pochylało się nad nim. Ostre światło, zbliżone do jego oczu, kazało mu zmrużyć powieki. Ręka lekarza dotknęła równocześnie blizny, biegnącej przez głowę. Ryszard musiał opowiedzieć, w jakich warunkach otrzymał owo straszne cięcie szablą arabską, cięcie, które mu czaszkę nadwerężyło ówcześnie.
Gdy odsunięto wreszcie światło od jego oczu, Dick ujrzał w rysach doktora jakiś wyraz dziwny, wobec którego trwoga chwyciła go ponownie w swe szpony. Lekarz mówił tymczasem, a wśród słów jego niezrozumiałych dźwięczały wyrazy: „blizna,“ „kość czołowa,“ „nerw optyczny,“ „nadzwyczajna ostrożność“ i „unikanie troski, niepokoju, natężenia umysłowego.“
— Wyrok! — przemówił Heldar słabo. — Proszę o wyrok.
Trwoga, pochwyciwszy duszę jego, coraz silniej nią szarpała.
— Jestem artystą-malarzem, nie mogę tracić czasu. Powiedz mi pan wprost prawdę całą.
Znów potok słów ostrożnych, znów szum jakiś, którego znaczenie jednak aż nazbyt było wyraźne.
— Proszę, daj mi pan napić się cokolwiek.
Ludziom często robiło się tu słabo, często podtrzymania sił potrzebowali. Kieliszek mocnego likieru znalazł się w ręku Ryszarda.
— O ile zrozumiałem — mówił, oprzytomniawszy pod działaniem napoju, — nazywasz pan to sparaliżowaniem nerwu ocznego i nie pozostawiasz mi żadnej nadziei uleczenia. Jak długo, wobec przestrzegania wszelkich warunków ostrożności, mogę zachować zdolność widzenia?
— Rok najwyżej.
— Na imię Boga! Rok tylko? A jeżeli nie będę się oszczędzać?
— Nie umiem, doprawdy, odpowiedzieć. Dziś, gdy rana jest zabliźnioną, nie podobna ocenić dokładnie szkody, cięciem szabli zrządzonej. Upłynęło odtąd dosyć czasu; skoro zaś dodamy do niego wystawienie oczu na silne światło pustyni, a później ciągłe wytężanie ich nad delikatną, nużącą pracą, dojdziemy do wniosku, iż trudno tu ściśle normalny postęp choroby oznaczyć.
— Dziękuję panu za męską szczerość, z jaką całą powiedziałeś mi prawdę. Przyszła ona jednak tak nagle, tak niespodzianie, iż odurzyła mię trochę. Proszę więc, pozwól mi posiedzieć tu chwilę, pozwól zebrać myśli. Tak nagle! Tak nagle!... Dziękuję, już mi lepiej.
I wybiegł szybko na ulicę, gdzie Binkie przyjął go najwyższemi oznakami radości.
— Źle z nami, moje psisko poczciwe! — mówił głosem drżącym. — Źle z nami, gorzej już być nie może. Chodź, pójdziemy do parku; trzeba zastanowić się, co dalej robić.
Skierowali się w stronę pewnego drzewa, dobrze znanego Dick’owi. Doszedłszy do niego, Heldar osunął się na ławkę. Nogi trzęsły się pod nim, uczucie dziwnego zimna dreszczem go przejmowało.
— Bez słowa przestrogi, bez żadnego przygotowania, jak śmierć nagła! — szeptał z przerażeniem, nieobejmującem jeszcze całej grozy położenia. — Nie, to stokroć od śmierci gorsze, bo równa się pogrzebaniu żywcem!... Czy rozumiesz, Binkie, iż za rok najdalej otoczy nas ciemność nieprzebita; że, choćbyśmy żyli lat sto jeszcze, będziemy tylko ruiną człowieka, kaleką, rzuconym na łaskę i niełaskę, zależnym od ludzkiej litości, od współczucia?
Pies zaczął kręcić radośnie ogonem.
— Cicho, Binkie, pozwól mi myśleć, pozwól zobaczyć, jakich wrażeń doznają ociemniali.
Ryszard zamknął oczy — ogniste jednak płomyki i błyski wirowały mu pod powiekami. Rozchylił więc rzęsy, wytężając wzrok wgłąb parku. Przez chwilę widział doskonale, później wszakże plamy krwawe przysłoniły mu źrenice.
— Źle z nami, piesku, źle z nami! — wyrzekł smutno. — Chodźmy do domu. Ach, gdyby przynajmniej Torp powrócił!
Przyjaciel jednak był na południu Anglii, gdzie spotkał się właśnie z Nilghai’m. Listy ich brzmiały krótko i dziwnie tajemniczo.
Heldar nie był zresztą przyuczony dzielić trosk swych z kimkolwiek. Zasiadłszy też w pracowni, którą odtąd miała zawsze szara mgła przysłaniać, doszedł do przekonania, że, jeżeli ślepota ma stać się jego udziałem, wszyscy Torpenhow’owie tego świata nie zdołają przeszkodzić już temu.
— Po cóż więc zakłócać mu przyjemność złą wiadomością? Czy po to, aby, wróciwszy co prędzej, usiadł tutaj i płakał nade mną?
— Nie — dodał, — powinienem sam walkę tę przetrwać.
Leżał na kanapie i, gryząc wąsy, próbował wyobrazić sobie, czem będzie owa ciemność nocy, mającej trwać życie całe. Wtem błysnęło mu w myśli wspomnienie jednej ze scen sudańskich. Żołnierz z ich pułku został ugodzony w serce samo kulą Araba. Ból był tak nagły, czerwony strumień krwi trysnął tak gwałtownie, iż na obliczu jego w pierwszej chwili odbiło się tylko zdumienie, do komizmu doprowadzone. Na widok miny tej Torpenhow i Heldar, stojący obok, mimowolnym wybuchnęli śmiechem. Rysy jednak nieszczęśliwego wykrzywił w tej chwili spazm konania i runął on martwy u ich stóp.
Dick spróbował się rozśmiać z odczutego podówczas przerażenia.
— Zdaje się, że i we mnie taka sama ugodziła kula — myślał.
I chodził wzdłuż pracowni, najpierw z wolna, później coraz szybciej; strach jakiś niewytłómaczony pchał go i jak cień nieodstępny szedł tuż przy nim, gnając go coraz prędzej, coraz prędzej... a plamy koliste, a jasne, barwne płomyki skakały mu równocześnie przed oczami.
— Uspokójmy się, Binkie, uspokójmy się — mówił umyślnie głośno, chcąc sobie dodać odwagi. — To do niczego nie prowadzi, trzeba coś robić, robić koniecznie... Po co marnować czas, którego i tak nie wiele mamy. Gdyby mi kto był powiedział dziś rano, dziś rano jeszcze!... Binkie, czy nie wiesz, gdzie był Mojżesz, gdy światło zagasło?
Pies uśmiechnął się od ucha do ucha, jak na dobrze wychowane zwierzę przystało, lecz żadnej nie dał odpowiedzi.
Heldar ocierał tymczasem czoło, zimnemi kroplami pokryte.
— Co tu robić? Co robić? Nie mam głowy, nie mam pojęcia. A jednak muszę coś postanowić, muszę się czemś zająć, bo inaczej zmysły postradam.
I zaczynał znów chodzić pośpiesznie, gorączkowo. Instynkt wreszcie kazał mu szukać ucieczki w pracy. Wśród nerwowej tej przechadzki wyciągał z kątów stare obrazy, zwracał ku światłu płótna i kartony, zbierał zapomniane notatniki i albumy ze szkicami.
— To na nic, i to na nic — mówił po każdych nowych oględzinach. — Nie, byle nie żołnierze; nie mógłbym już malować ich teraz. Śmierć nagła zbyt blizko mnie samego dotknęła. Och, bo ta walka równa się śmierci i morderstwu zarazem.
Zmrok zapadał, a Heldar’owi zdawało się na razie, że to jego wieczna już noc ogarnia.
— Allah Wszechmocny! — zawołał rozpacznie. — Daj mi męstwo i silę do zniesienia srogiego czasu próby; a gdy kara przyjdzie wreszcie, przyjmę ją bez szemrania!
— Co robić? co robić? Ściemnia się, wszystko niknie w półmroku!...
Znikąd odpowiedzi. Ryszard spróbował siłą woli zapanować nad sobą. Ręce, z których niezachwianej pewności był tak dumnym, drżały jak osika, usta spieczone z trudnością chwytały powietrze, pot zimny oblewał czoło i skronie. Torturowała go obawa, pchała chęć rzucenia się do pracy i dokonania wielkiego jakiego dzieła, do szaleństwa doprowadzała oporność mózgu, który rozumiał w tej chwili jedną, jedyną rzecz tylko — oto groźbę i pewność ślepoty.
— Robię z siebie upokarzające, ohydne widowisko. Szczęście, że Torp’a niema tutaj. Doktor mówił, abym unikał podrażnienia i niepokoju. Prawda, Binkie? Chodź, będziemy się bawić.
Pies, który z całą zwierzęcą intuicyą odczuwał zmartwienie tego człowieka, mówiącego głośno wśród zmroku do samego siebie, przysunął się i łasić zaczął.
— Allah jest dobrym, Binkie. Może nie tak względnym, jakbyśmy chcieli, ale o tem pogawędzimy kiedyindziej. Allah jest dobrym, bo wszak na jednym punkcie przynajmniej przejrzałem nagle: Wszystkie te próby i studya nad głową Bessie były niedorzecznością. Teraz dopiero „Melancholia“ krystalizuje się w mej wyobraźni. Musi ona mieć rysy Maisie, choćby dlatego, że Maisie sama na zawsze już dla mnie stracona! A więc twarz Maisie, lecz wyraz tamtej, której nie obce są wszystkie nędze tego świata; na ustach zaś śmiech, śmiech krew mrożący, śmiech skazanego, śmiech... mój... Niechaj człowiek każdy, któremu nie obcem jest piekło rozpaczy, w śmiechu tym siebie pozna. Dziś potrafię go odtworzyć, bo piekło takie w sobie czuję. Binkie, chodź, podniosę cię za ogon do góry. Jeżeli nie zawyjesz, będzie to pomyślna przepowiednia dla obrazu.
Pies zawisł przez chwilę w powietrzu głową na dół i... ani mruknął.
— Dobre z ciebie, poczciwe, wytrwałe zwierzę. Obraz się uda.
Binkie uciekł na swoje legowisko, a ile razy podniósł z niego głowę, tylokrotnie widział Dick’a, chodzącego szerokimi krokami po pokoju i zacierającego ręce.
Tejże nocy Heldar skreślił do Maisie list bardzo długi, pełen najserdeczniejszej troskliwości o jej zdrowie, lecz niemówiący nic o nim samym. Skończywszy pisać, marzył dalej o mającej się narodzić „Melancholii,“ tak, że myśl nieuchronnej przyszłości rano dopiero stanęła mu przed oczyma.
Rzucił się jednak do pracy, pochłonięty upajającą, przeczystą radością tworzenia, — rozkoszą, która nie bywa daną śmiertelnikowi zbyt często, w obawie, aby się nie chciał równać ze swym Bogiem, aby nie urągał śmierci, gdy po niego dłoń wyciągnie.
Heldar zapomniał o wszystkiem, zapomniał o Maisie, o Torp’ie, o Binkie’m nawet, u stóp swych leżącym, lecz pamiętał, iż należy drażnić ustawicznie Bessie, aby, drżąc z nietajonej wściekłości, zachowała owe błyski gwałtowne, ów płomień w oczach, potrzebny do obrazu. Oddany całą duszą pracy, Dick stracił na razie świadomość wiszącej nad nim klątwy.
— Zadowolony pan dzisiaj? — pytała Bessie.
Heldar zakreślił pędzlem tajemnicze jakieś koło i podszedł do kredensu wzmocnić się kieliszkiem wódki. Wieczorem, gdy podniecenie dnia całego minęło wreszcie, udał się znów po siły do kredensu. Po kilku zaś podobnych odwiedzinach, po kilku kieliszeczkach, doszedł do przekonania, iż słynny okulista był również słynnym blagierem. Dick przecież widział zupełnie dobrze, szczególniej gdy napił się wódki, widział doskonale nawet.
Był też pewny w owej chwili, że stworzy jeszcze gniazdko dla Maisie, że zdoła ją skłonić, by żoną jego została. Optymizm ten i przeświadczenie pierzchnęły nazajutrz z rana, pozostał jednak kredens, a na półkach jego eliksir cudowny, niosący pociechę i zapomnienie. Dick zabrał się do pracy, czarne jednak plamy, koła jakieś i barwne kręgi tak mu przysłaniały oczy, że, rad nierad, musiał w kieliszku szukać ratunku. Dzięki ożywczemu jego działaniu „Melancholia,“ zarówno w przekonaniu swego twórcy, jak na płótnie, coraz świetniejsze przybierała zarysy.
Heldar doznawał przytem rozkosznego uczucia niepoczytalności. Zdawało mu się, iż pod takiem wrażeniem żyć muszą ludzie, skazani na śmierć wskutek choroby nieuleczalnej. Ponieważ walczenie z katastrofą ostateczną nie leży w ich mocy, próbują więc wyzyskać ostatnie chwile, upajając się niemi, jak szczęściem niezwykłem.
Dnie płynęły spokojnie. Bessie przychodziła zawsze o naznaczonej godzinie, a choć głos jej zdawał się dochodzić Ryszarda z pewnego oddalenia, twarz dziewczyny była tuż koło niego, doskonale widzialna i widziana. „Melancholia“ jaśniała na sztalugach przepysznym kolorytem; rysy jej wyrażały ból straszny, szarpiący, a śmiejące się usta ból ten tajony podnosiły jeszcze i uwydatniały.
Kąty pracowni jednak coraz silniejsza mgła zalegała, przed źrenicami coraz uporczywiej biegały plamy; ból w głowie stawał się przytem z każdym dniem więcej ostrym, odczytywanie listów Maisie zamieniało się w istną męczarnię, odpowiadanie jej niepodobieństwem już było. Nie chciał jej mówić o trosce, gnębiącej mu duszę, a nie mógł się śmiać z opisywanych szczegółów „Melancholii,“ którą ciągle wykończała.
Za męki te wszakże wynagradzały go dnie pracy szalonej i noce pełne marzeń najdzikszych, pocieszał kredens i ów kieliszek, najlepszy dziś przyjaciel jego na ziemi. Bessie tylko była dziwnie spokojną; ona, która krzyczała niegdyś, gdy na nią z pod powiek przymkniętych spojrzał, teraz odpłacała mu tylko wzrokiem pełnym zjadliwej pogardy. Zadąsana przytem patrzyła na niego z nieukrywaną nienawiścią, starając się jak najmniej mówić.
Sześć tygodni upłynęło już od wyjazdu Torpenhow’a, gdy przyszła od niego wreszcie krótka, lakoniczna notatka:
„Nowina! — pisał. — Wielka nowina! Wieziemy ci ją wszyscy razem: ja, Nilghai i Kenen. Wracamy we czwartek; każ przygotować śniadanie i oczyścić pokoje. Reszta ustnie.“
Dick pokazał kartkę ową Bessie, która wybuchnęła natychmiast, złorzecząc mu za to, iż wyprawieniem Torpenhow’a życie jej zwichnął.
Zniecierpliwiony Ryszard uniósł się nieco.
— Dajże pokój! — zawołał brutalnie. — Sądzę, iż lepiej ci siedzieć tu, w ciepłym pokoju, niż umizgać się do jakiego pijanego bydlęcia na ulicy.
— Umizgać się na ulicy, czy siedzieć w pracowni przed pijanym bydlakiem, to na jedno wychodzi — odcięła hardo. — Od trzech tygodni nie byłeś pan trzeźwym ani razu. Pijesz, jak nie stworzenie boże, całymi dniami i chcesz się jeszcze nad innych wynosić.
— Co to znaczy? — zapytał Dick ze zdziwieniem.
— Znaczy? Zobaczysz, gdy mr. Torpenhow wróci, co to znaczy.
Nie trzeba było na fakt ten długo czekać. Spotkawszy dziewczynę na schodach, Torpenhow witał ją bez najmniejszej oznaki wzruszenia. Szedł z towarzyszami, a niósł wieści, które go obchodziły stokroć więcej nad wszystkie Bessie pod słońcem. Najwpierw też zapytał o Heldar’a.
— Spity jak Bela — rzuciła Bessie. — Pije bez przytomności, od miesiąca już blizko.
I zadowolona z wrażenia, jakie wywarła, szła za nimi, by stać się świadkiem doraźnego sądu nad Ryszardem.
Gdy stanęli na progu pracowni, rzucił się ku nim z wylaniem cień jakiś, cień dawnego człowieka, wychudły, wynędzniały, pochylony, o zapadłych piersiach i ramionach. Twarz jego, poczerniała, nieogolona, uderzała sino-białemi plamami dokoła nozdrzy, oczy zaś rzucały z pod brwi ściągniętych nerwowe i lękliwe spojrzenia. Jeżeli Heldar pracował przez czas ten wytrwale, wódka i troska gryząca nie próżnowały również, dokonując swego dzieła.
— Ryszardzie, czy to ty? — zawołał Torpenhow z przerażeniem.
— Nie, bracie, to cień mój — brzmiała smutna odpowiedź. — Ale siadaj. Binkie zdrów zupełnie, a ja pracowałem z dobrym, jak sądzę, rezultatem.
Zatoczył się, nie mogąc ustać na nogach.
— Pracowałeś nad własną zgubą chyba! Człowieku, ależ ty jesteś...
Torpenhow zwrócił się błagalnie do towarzyszy. Zrozumiawszy, że mogą gdzieindziej szukać śniadania, natychmiast pokój opuścili.
Wtedy dopiero przemówił. Ponieważ jednak nagana przyjaciela jest rzeczą zbyt poufną i świętą, aby ją w druku ujawniać, nie powtórzymy tu więc ani wymownych przenośni Torpenhow’a, ani wyrazów pogardy dla pijaństwa, ani mąk, jakie przeszedł Dick, w milczeniu tylko szarpiąc swe ręce.
Gdy jednak przemowa zbyt długo trwała, winowajca uczuł potrzebę odzyskania, we własnych oczach choćby, odrobiny szacunku. Wszak nie zeszedł na drogę rzeczywistego występku; istniały przyczyny, których Torpenhow nie znał; należało mu je wytłumaczyć.
Powstał i, prostując, ile możności, wychudłe ramiona, starał się przemówić do człowieka, którego twarzy nie widział prawie.
— Masz słuszność, nie przeczę, lecz i po mojej leży ona stronie. Widzisz, po twym odjeździe zaczęły mnie niedopisywać oczy; poszedłem więc do okulisty. Zbadał je, podsuwał światło tuż do źrenic i mówił coś o „bliźnie na głowie,“ o „cięciu szablą“ i „nadwerężeniu nerwu ocznego.“ Czy rozumiesz? Był to wyrok ślepoty, nieuleczalnej ślepoty! A ja, ja mam pracę, której pragnę dokonać, zanim ociemnieję. Torp, czy wiesz?... ja już nic, nic nie widzę... Wódka tylko przywraca mi na chwilę światło dnia i jasność wzroku. Nie pojmowałem nawet, że się upijam; powiedziano mi to wczoraj dopiero. Muszę jednak pić dalej, byle skończyć dzieło zaczęte. Patrz, obejrzyj je, stoi na sztalugach.
Wskazał na „Melancholię“ i czekał bezwiednie poklasku.
Torpenhow milczał, a Dick... Dick zaczął płakać cicho. Płakał z radości, że ujrzał jeszcze przyjaciela; z żalu nad popełnionymi niegodziwymi czynami, — bo musiały być niegodziwe, skoro Terpenhow takim był chłodnym i surowym; płakał z podrażnionej wreszcie dziecinnej próżności, że obraz jego cudowny nie wywołuje słów zachwytu.
Gdy Bessie zajrzała po pewnym czasie przez dziurkę od klucza, oczy jej spoczęły na dobrze znanej grupie, Torpenhow bowiem chodził po pracowni ramię w ramię z Ryszardem. Klątwa, jaka wybiegła w tej chwili na usta jej, przestraszyła nawet małego Binkie i psina, czekająca cierpliwie na dawno niewidzianego pana, uciekła z przerażeniem.




ROZDZIAŁ X.

Trzy dni upłynęły od powrotu Torpenhow’a. Gnębiący smutek opanował jego serce.
— Więc ty utrzymujesz naprawdę, że bez wódki trudno ci widzieć cokolwiek? — pytał.
— Czy pijak ma prawo dawać słowo honoru? — podjął Dick boleśnie.
— Bez zaprzeczenia, jeżeli był tak zacnym, jak ty, człowiekiem.
— A więc daję ci słowo honoru — mówił szybko, spieczonemi, sczerniałemi ustami, — że nie widzę nic, nic, że nawet rysów twych, stary druhu, nie dostrzegam już wyraźnie. Przez dwa dni nie pozwoliłeś mi wypić ani kropli; jestem trzeźwym, jak dowodzisz, bo widać przedtem byłem pijany; jestem trzeźwym, lecz praca ma ani o włos nie postąpiła. Błagam, nie wstrzymuj mię dłużej! Wszak nie wiem, kiedy oczy wypowiedzą zupełnie posłuszeństwo, a plamy ciemne, a jakieś krwawe koła i widziadła mnożą się z każdą chwilą. Przysięgam ci, iż szatański ten taniec ustępuje wtedy dopiero, gdy... gdy jestem cięty, jak ty mówisz. Pozwól mi przywołać Bessie na trzy jeszcze posiedzenia i daj tyle, ile wypić potrzebuję, a dzieło moje skończonem zostanie. W trzy dni przecież wódka mnie nie zabije, może mnie doprowadzić co najwyżej do początków delirium tremens.
— Dobrze. Czy dasz mi jednak słowo, że po trzech dniach zawiesisz i picie i robotę, bez względu na to, czy obraz twój będzie skończony?
— Nie mogę. Ty nie wiesz, ty nie rozumiesz, czem dzieło to jest dla mnie... Zresztą po co przyrzeczenia? Wszak w takim razie Nilghai nie odmówi ci pomocy; gdy zechcesz więc, możesz mnie związać, skrępować i ubezwładnić. Z chwilą, w której praca ma zostanie skończoną, nie będę ani walczył, ani prosił o wódkę.
I powrócił do pracy tej upragnionej, święcąc jej niestrudzoną, niewyczerpaną wytrwałość. Szatan pijaństwa, żółty, szyderczy, stał przy nim, rozpędzając siłą swą mrok, zasnuwający źrenice Heldar’a. „Melancholia,“ skończona już prawie, zbliżała się z każdą chwilą więcej do pierwowzoru, utworzonego w myśli artysty. Zadowolony Dick żartował, jak dawniej, z modelką, nie biorąc nawet do serca, gdy go w napadzie nietajonej wściekłości „pijanem bydlęciem“ nazwała.
— Ty tego nie rozumiesz, Bess; ale ja, widzisz, doznaję wrażeń żeglarza, który po długiej, uciążliwej podróży dojrzał nareszcie zarys lądu stałego. Wkrótce, jak on, będę mógł leżeć spokojnie, żyjąc wspomnieniem czynów dokonanych. Gdy obraz zostanie skończony, dam ci trzymiesięczną pensyę w upominku; przy następnej zaś robocie... ale, prawda, o tem niema co mówić. Czy trzymiesięczna pensya zjedna mi trochę twojej życzliwości?
— Nie! Nienawidzę pana i będę już nienawidzieć do śmierci! Mr. Torpenhow nie chce nawet mówić do mnie, zajęty jest tylko mapami i całym szeregiem książek w czerwonej oprawie.
Nic dodawała jednak, iż przyczyną gniewu jej był nowy a nieudany zamach na swobodę Torpenhow’a; że w odpowiedzi na gorące jej błaganie podniósł on ją tylko i wraz z przelotnym pocałunkiem wypchnął za drzwi po prostu, radząc, aby zapomniała o podobnych niedorzecznościach. Stokroć więcej, niż Bessie, zajmowały go w tej chwili narady z Nilghai’m nad przygotowywanymi w tajemnicy środkami transportowymi przyszłej wyprawy wojennej. Pochłonięty myślą tą, starał się nie widzieć Dick’a, dopóki obraz jego ukończonym nie zostanie.
— Tworzy dzieło pierwszorzędnej wartości, a w nowym zupełnie rodzaju — mówił do Nilghai’ego. — Praca ta właśnie podsunęła mu piekielny pomysł kieliszka.
— Nie troszcz się o niego. Nałóg jest zbyt nagłym, aby mógł trwać długo; gdy Dick oprzytomnieje, zabierzemy go stąd i wywieziemy gdziekolwiek. Zmiana miejsca uleczy go niezawodnie. Biedny chłopiec, pije z rozpaczy! Wiesz, Torp, nie zazdroszczę ci losu, gdy Heldar ociemnieje zupełnie.
— Zapewne. Gdybym przynajmniej wiedział, kiedy to nastąpi; ale ten stan niepewności i oczekiwania mnie wiąże ręce, a jego do butelki popchnął.
Trzeciego dnia po południu Dick przywołał Torpenhow’a.
— Skończyłem! Skończyłem nareszcie! Chodź zobaczyć! Patrz, czy nie piękna, czy nie porywająca? Zstąpiłem do głębi piekieł, aby ją stamtąd wydostać, lecz trud mój opłacił się sowicie.
Torpenhow stanął przed postacią kobiety, której usta, pełne, wyraziste, śmiały się, śmiały się wtedy, gdy oczy zapadłe dziką jakąś błyskały rozpaczą.
— Kto cię tego nauczył? kto ci myśl tę podsunął? — pytał. — Ani pomysł, ani wykonanie nie ma nic wspólnego ze zwykłym zakresem twej pracy. Boże, cóż za oczy, a jaka czelność w tej twarzy!
Odrzucił mimowoli w tył głowę i sam się zaczął śmiać głośno.
— No, ta zna już komedyę życia i widocznie przegrała ostatnią w niem stawkę. Dziś jednak nic już sobie z niej nie robi. Czy to chciałeś powiedzieć?
— Dosłownie.
— Skąd jednak wziąłeś owal brody i usta? Nie należą do Bessie.
— To... to... tak, z pamięci. Ale dobrze zrobione, nieprawdaż? Wściekle dobrze! Powiedz, czy nie warto było pić wódki? Czy nie warto wykończyć rzeczy, w którą najlepszą cząstkę duszy mej włożyłem?
Odetchnął głęboko i dodał:
— Boże! Czegóż jabym nie dokonał za lat dziesięć, jeżeli dziś, dziś potrafiłem dzieło to stworzyć! Ale, ale... jak się też tobie, Bessie, dziewczyna ta podoba?
Modelka, wściekła, iż Torpenhow nie zwrócił na nią uwagi, nie myślała uczuć swych ukrywać.
— Wstrętna, bydlęca gęba! — rzuciła wzgardliwie, odwracając się tyłem.
— Sądzę, mała, że niejeden zdanie twe powtórzy — przyznał Torpenhow. — Wytłómacz mi jednak, Dick’u, skąd się tu bierze ten wyraz morderczy, ta zjadliwość żmii? Jest coś w układzie głowy, czego nie pojmuję.
Heldar zacierał ręce z radości, że go tak dobrze zrozumiano.
— To wynik sztuczki — tłumaczył. — Sztuczki, której nie powinno się używać. Ale cóż chcesz? Nie mogłem się oprzeć pokusie. Aby nadać wyraz ten całemu układowi głowy, przechyliłem ją o jedną, niedojrzalną prawie linię i wywołałem bardzo subtelne skrócenie w połowie twarzy, od zarysu podbródka do czubka lewego ucha. O, ty tego nie rozumiesz nawet; bądź-co-bądź, jest to sztuczka niedozwolona, używana przez Francuzów; użyłem jej dlatego, że mi tu głównie o wyraz chodziło. No, cóż powiesz? Udało mi się? Wszak rzecz śliczna?
— Amen! Śliczna! Widzę to i odczuwam.
— Odczuje każdy, ktokolwiek z troską własną spotkał się w życiu — mówił artysta z głębokiem przekonaniem. — Zobaczy w niej ból swój rozpaczny i, odrzuciwszy w tył głowę, będzie się śmiał z niego. Włożyłem w postać tę część duszy, całą potęgę serca, całe światło mych źrenic... A teraz nie dbam już, co się ze mną stanie... Czuję tylko znużenie, śmiertelne znużenie... Położę się trochę. Może zasnę. Zabierz, przyjacielu, wódkę; już mi niepotrzebna. Zakryj obraz i daj Bessie trzydzieści sześć szylingów; dodaj jej nawet trzy na szczęście.
Kończąc ostatnie słowa, zasypiał w fotelu, blady, zniszczony, wynędzniały, cień dawnego Heldara. Bessie ujęła równocześnie rękę Torpenhow’a.
— Czy ty postanowiłeś nigdy już nie odzywać się do mnie? — pytała szeptem.
Nie słyszał jej nawet, zapatrzony w zmienione oblicze przyjaciela.
— Obraz podtrzymywał go przy życiu — myślał. — Co za szalony zapas ambicyi i próżności! Od jutra biorę go w ręce i pielęgnować zacznę; wart tego przecież. Mówiłaś co, Bessie?
— Nic. Posprzątam tu trochę i pójdę później do domu. Mr. Heldar wspomniał, aby mi pan wypłacił trzymiesięczną pensyę; chciałabym więc dostać ją zaraz.
Torpenhow wręczył jej czek i cofnął się do swego pokoju. Bessie uprzątnęła po cichu pracownię, potem otworzyła szeroko drzwi na schody, aby sobie zapewnić ucieczkę — i, polawszy terpentyną ścierkę, zaczęła szorować nią wściekle twarz „Melancholii.“ Farba nie ustępowała dość szybko. Chwyciła więc nóż, a skrobiąc zawzięcie, każde posunięcie jego, każdą ranę, zadaną obrazowi, zacierała jeszcze zmaczanym płatem. Po pięciu minutach piekielnej tej pracy obraz, który Dick’a życie prawie kosztował, zamienił się w bezkształtną plamę źle zmieszanych barw.
Zadowolona, rzuciła ścierkę w piec i wywiesiła długi język w stronę śpiącego. — Masz za swoje! — mruknęła, uciekając jak strzała wzdłuż schodów. Nie zobaczy już nigdy Torpenhow’a, lecz zemściła się przynajmniej na człowieku, który pokrzyżował jej plany i drwił z niej zawsze. Pieniądze, otrzymane przed chwilą, stanowiły dla niej koronę zemsty. Skutków jej nie potrzebowała się obawiać, — raz bowiem przepłynąwszy Tamizę, ginęła w puszczy dzikiej, jaką była południowa część miasta.
Dick spał dotąd, aż Torpenhow przyszedł wieczorem położyć go do łóżka. Oczy nieszczęśliwego błyszczały jasno, głos tylko ochrypły był i niepewny.
— Pozwól mi raza jeszcze spojrzeć na obraz! — prosił, jak dziecko.
— Niema nawet mowy o tem. Pójdziesz zaraz do łóżka. Nie wyobrażaj sobie, że jesteś zdrów. Masz widocznie gorączkę i drżysz cały.
— Poprawię się jutro. Dobranoc.
Wracając przez pracownię, Torpenhow zatrzymał się przed obrazem i uniósł ostrożnie zasłaniające go płótno. Nagle okrzyk głuchy, a w porę stłumiony, wybiegł mu na usta:
— Zatarte! Wyskrobane!... Zmarnowane! Sam widok ten Dick gotów obłędem przypłacić! I tak już jest napół tylko przytomny! To robota Bessie; cóż za szatan, nie kobieta!... Tylko ona mogła uczynić coś podobnego. Biedny Ryszard!... Oszaleje na widok wyrządzonej sobie krzywdy; oszaleje z mojej przyczyny poniekąd, bo ja to przecież podniosłem wyrzutka tego z rynsztoka i przywiodłem tutaj. Biedny, biedny Ryszard, w nieszczęściu i tej odmówiono mu pociechy! Jakżeż ciężko dotyka go karzący palec Opatrzności!...
Heldar nie mógł spać tej nocy. Zakłócała mu spoczynek nie tylko radość z dokonanego dzieła, lecz i ból ostry w głowie. Barwne plamy, skaczące dotąd przed oczami, zamieniły się nagłe w ogniste wulkany, z których iskry i płomienie wybuchały na przemiany.
— Palcie się, rozbijajcie mi czaszkę! — mówił głośno. — Dokonałem zadania, możecie więc czynić, co wam się podoba.
I leżał cicho, wpatrzony w sufit, świadomy gorączki, która, siłą woli przez długi czas powstrzymywana, dziś wzbierała w żyłach, rozpalając krew, nadużyciem wódki zatrutą; leżał z nerwowo zaciśniętemi, suchemi dłońmi, z płomieniami w oczach, a ogniem w mózgu, z kłębiącemi się, szalonemi myślami, które po głowie jego dziką urządzały gonitwę. Oto widział się właśnie malującym twarz „Melancholii“ na olbrzymiej, obracającej się dokoła kopule; zdobiły ją miryady świateł; a tam poniżej wszystkie myśli Ryszarda ucieleśnione stały zbitym szeregiem, zawodząc hymn na cześć jego. Wtem coś trzasnęło straszliwie i złamana kopuła runęła w przepaść, pozostawiając go samego, zawieszonego wśród ciemności.
— Nie mogę zasnąć; ta noc czarna mnie gnębi. A jednak, dziwna rzecz! Dziś przecież pełnia, mrok więc nie powinien być tak silny. Wiem, co zrobię: zapalę lampę i przyjrzę się „Melancholii.“ To mnie pokrzepi.
I w owej to chwili Torpenhow posłyszał okrzyk przerażenia, a następnie imię swe, przyzywane głosem śmiertelnej trwogi i rozpaczy.
— Zobaczył obraz — było pierwszą jego myślą, gdy zerwał się, pełen współczucia, by biedź do przyjaciela.
Dick siedział na łóżku, bijąc rękami powietrze.
— Torp, Torp! Gdzie jesteś? Na miłość boską, chodź do mnie!
— Co się stało?
Chory pochwycił ramię jego jak w kleszcze.
— Co się stało? Leżę tu długie godziny w ciemności i przyzywam cię ciągle, a ty nie słyszysz nawet. Przyjacielu, nie odchodź, przez litość! Mnie noc już ogarnęła... czy słyszysz? noc wieczna!
Torpenhow zbliżył świecę do oczów Ryszarda; niestety, nie drgnęły nawet. Przestraszony, zapalił gaz; Heldar słyszał syczenie jego, czuł, jak płomień chwyta, — a w miarę, gdy nie rozjaśniał on jego źrenic, palce, wiążące rękę towarzysza, zaciskały się z siłą kleszczy.
— Nie opuszczaj mnie, nie porzucaj w takiej chwili! — błagał. — Nic nie widzę... Czy ty rozumiesz? Nic nie widzę... Czarno, wszędzie czarno; doznaję przytem wrażenia, jak gdybym się w otchłań staczał.
— Uspokój się, uspokój — prosił Torpenhow i, otoczywszy go ramieniem, tulił i kołysał na własnej piersi, jak dziecko.
— Dziękuję, lepiej mi, nie mów tylko nic. Gdy cicho poczekam, może ta ciemność pryśnie, rozchwieje się... Już ustępuje, już...
I z brózdą głęboką, przecinającą czoło, siedział nieszczęśliwy, wytężając wzrok przed siebie. Chłód nocy ziębił tymczasem obnażone stopy Torpenhow’a.
— Pozostań tak chwileczkę — prosił; — włożę tylko szlafrok, pantofle i wrócę natychmiast.
Dick, uwolniwszy jego ramię, chwycił oburącz za poręcz łóżka, by czekać z trwogą beznadziejną za rozproszeniem się ciemności.
— Jakże też długo bawiłeś! — zawołał, gdy Torpenhow wrócił. — Czarno dokoła, wciąż czarno... Czem tak stukasz? co przesuwasz?
— Kanapkę moją, kołdrę i poduszkę. Będę spał u ciebie. Kładź się i ty; sen cię uspokoi, a ranek przyniesie zmianę może.
— Nie położę się za nic. — Głos Dick’a złamał się nagle i przeszedł w jęk głuchy: — Boże! wielki Boże! więc jam oślepł, oślepł! Więc ta ciemność nigdy się już dla mnie nie rozproszy!
Chciał zerwać się z łóżka, lecz ramiona Torpenhow’a opasywały go z siłą, a głowa przyjaciela spoczęła na jego ramieniu, zmuszając do pozostania w miejscu. Łamał więc tylko ręce, powtarzając z beznadziejną rozpaczą:
— Ślepy! Ociemniały!
— Spokoju, Dick’u, spokoju! — szeptał mu do ucha głos głęboki, współczucia pełen. — Męstwa, stary druhu! Wszak nie drżałeś wobec kul śmiertelnych, niechżeż nikt nie powie, że lękasz się dzisiaj.
Ramiona Torpenhow’a obejmowały go coraz mocniej, uniemożliwiając wszelkie usiłowanie ucieczki. Ryszard, bezsilny, poddał się temu i łkał tylko, zwiesiwszy głowę na piersi.
— Puść mię! — zawołał wreszcie — puść! Kości mi łamiesz. Chcesz, abym nie okazał bojaźni, abym nie stchórzył wobec takiego losu?
— Kładź się. Zrozumiałeś wreszcie myśl moją.
— Tak, zrozumiałem; bądź spokojny. Pozwól mi tylko trzymać swą rękę; niech się oswoję z tą ciemnością piekieł; zdaje mi się bowiem, że, pozbawiony podpory, w przepaść jakąś wpadnę.
Torpenhow, leżący już na szezlongu, wyciągnął dużą, włosem pokrytą łapę, którą Ryszard pochwycił, jakby deskę zbawienia. Gdy w pół godziny później nieszczęsny zasnął wreszcie, ręka usunęła się, a Torpenhow, wzruszony, rozrzewniony, pochylił się i pocałował go lekko, tak, jak mężczyzna zwykł całować na placu boju ranionego śmiertelnie a drogiego sobie towarzysza, chcąc mu chwilę konania lżejszą uczynić.
O świcie Torpenhow posłyszał nagle głos Dick’a i zerwał się z posłania. Chory, pogrążony w malignie, mówił szybko:
— Bardzo żałuję, że tego nie lubisz; ale skoro podane, musisz zjeść. Ślepota jest przykrą w dzień tylko; odłożywszy więc na bok „Melancholie“ i wszelkie złe humory, każdy przyzna, że... królowa nie może się mylić. Torp nie wie o tem; powiem mu, gdy będziemy w głębi pustyni. Co oni wyprawiają z temi linami okrętowemi? Patrzcie, pyszna piana na wodzie zielonej! Jak ładnie wygląda! Muszę naszkicować. Ach, prawda, nie mogę: jestem przecież dotknięty ślepotą! Była to jedna z dziesięciu plag Egiptu; rozciągała się w dół Nilu, aż do katarakty. Cha, cha, cha! Torp, ależ ja żartuję tylko! Ostrożnie, Maisie, droga moja, bo wpadniesz i zamaczasz sukienkę.
— O! — szepnął Torpenhow — to imię już słyszałem; powtarzał je w gorączce także tam w Afryce.
— Powie później, źe z mojej winy wróciłaś zabłocona. Maisie, nie uważasz; wiedziałem, że chybisz. Celuj, najdroższa, niżej trochę i na lewo... Nie gniewaj się, ukochana; przysięgam, że dałbym sobie chętnie rękę odciąć, gdybym wiedział, że ci to przyniesie cośkolwiek więcej nad upór. Uciąłbym prawą rękę dla ciebie, gdybyś tego chciała...
— Nie należy słuchać dalej — wyszeptał Torpenhow. — Chodzi tu pewno o jakieś dwie wyspy, oddzielone od siebie morzem nieporozumień.
Majaczenie ciągnęło się dalej, jednocząc rozpierzchłe myśli chorego około imienia Maisie. Jużto wykładał on zasady malarstwa, już złorzeczył własnej słabości, która go w niewolnika uczuć zamieniała. Błagał Maisie o jeden pocałunek, o jeden, jedyny pocałunek, zanim odjedzie; prosił, by wracała prędzej z Vitry-sur-Marne. W chwili zaś, gdy mu się wyrywało słowo żalu, poprawiał się, wzywając niebo i ziemię na świadki, że królowa nie może się mylić.
Torpenhow słuchał uważnie, dowiadując się wszystkich, nieznanych mu szczegółów z życia Heldar’a.
Maligna trwała trzy dni bez przerwy; po upływie ich chory zasnął spokojnie.
— Biedny chłopak, ile on wycierpiał! — rozważał Torpenhow. — Ktoby przypuszczał, że taki Dick pod działaniem uczucia odda się w niewolę, że potrafi, jak pies, wiernym być i przywiązanym? A ja go pomawiałem zawsze o arogancyę; łatwo snać mylić się w sądach o bliźnim. Cóżto jednak za szatan egoizmu z tej dziewczyny! Zabiera mu świadomie całe życie, a w zamian pozwala się pocałować na odjezdnem.
— Torp! — zawołał Ryszard, przyszedłszy do przytomności — proszę cię, idź odetchnąć świeżem powietrzem. Za długo już byłeś w tym pokoju. Zresztą i ja wstanę. Ooo! Nie mogę trafić do moich rzeczy, nie mogę się sam ubrać. Ależ to śmieszne po prostu!
Torpenhow pomógł mu przyodziać się i zaprowadził go do dużego fotelu w pracowni. Chory siedział, czekając z najwyższem naprężeniem nerwów, czy ogarniająca go ciemność nie rozproszy się czasem. Po dwóch dniach próżnej nadziei Ryszard odważył się na samoistną przechadzkę po pokoju. Potknąwszy się jednak kilka razy i zbiwszy nogę, doszedł do przekonania, iż najpraktyczniej będzie chodzić na czworakach, badając rękami grunt przed sobą.
Torpenhow zastał go w tym stanie na podłodze.
— Badam geograficzne położenie nowych mych posiadłości — próbował żartować. — Czy niema dla mnie listów? Są? Tem lepiej. Jeżeli w grubej, szarej kopercie, z koroną na wierzchu, to, proszę, oddaj mi go. Nie będziemy czytali; niema w nim nic ważnego.
Otrzymawszy z rąk towarzysza list z cyfrą M. i ową koroną, schował go do kieszeni. Nie było tam tajemnic, ale słowa te należały do Maisie, a więc stanowiły świętość, której nikt znać nie powinien.
— Gdy nie dostanie kilka razy odpowiedzi — rozumował, — przestanie pisać i na tem skończy się wszystko. Nie miałaby i tak ze mnie pożytku, a więc lepiej kres temu położyć.
Na próżno kusiła go chęć doniesienia jej o swym losie. Na myśl tę każdy nerw się w nim oburzał.
— Dość już upadłem! — wołał. — Czyż mam się poniżyć aż do błagania litości? Byłoby to zresztą okrucieństwem i niesumiennością z mej strony.
Usiłował więc usunąć Maisie ze swej pamięci, ale ociemniali tyle mają czasu na samotne rozmyślania, biedne zaś serce Heldar’a takie było chore i zgnębione! Nadszedł jeszcze jeden i drugi list od Maisie, potem zaś nastąpiła cisza; a Dick siedział tymczasem długie godziny u okna pracowni i, wciągając w spragnione płuca tchnienie wiosny, myślał wciąż o jednem tylko. Widział Maisie tam w dali, a obok niej innego mężczyznę, pełnego siły i zdrowia, który serce jej zjednać sobie potrafił. Wyobraźnia, podniecona własnym bólem i niedolą, nie oszczędzała mu ani jednego szczegółu, aż oszalały beznadziejną, trawiącą go rozpaczą, zaczynał nieskończoną wędrówkę po pracowni, z ustawicznem potykaniem się o piec, który zdawał się ciągle tuż przed nim wyrastać. W ciemności tytuń nawet nie smakował mu zupełnie. Arogancya też i pewność siebie sławnego artysty minęły bezpowrotnie; pozostał tylko pokorny, głęboki smutek, znany Torpenhow’owi, i ślepa, namiętna rozpacz, objawiana w nocy jedynie, a łzami krwawemi zlewająca poduszki.
— Chodź ze mną do parku — zaproponował towarzysz. — Od owej chwili nie ruszyłeś się nogą z domu.
— Po co? Czy może istnieć ruch w ciemnicy? A przytem — zawahał się — przejadą, stratują mnie jeszcze.
— Chyba nie wtedy, gdy ja będę z tobą.
Turkot ulicy napełnił go trwogą nerwową; chwycił Torp’a silnie za ramię i wyszeptał bezwiednie:
— Ja, ja... szukający nogą rynsztoka! O, Boże!
Wchodzili w tej chwili do parku.
— Patrz, gwardya idzie! — zawołał Torpenhow, chcąc myślom jego inny nadać kierunek.
Ślepiec wyprostował się.
— Zbliżmy się do nich — prosił, — dalej, dalej. Czuć już drzewa rozwinięte, czuć świeżą roślinność w powietrzu.
Torpenhow uderzył obcasem i, wyrwawszy kępkę trawy, podał ją ociemniałemu.
— Powąchaj, skoro lubisz ten zapach; orzeźwi cię on. A teraz ostrożnie, nizko... drut ogrodzenia! Przejdź... o, tak! Przybliżymy się do wojska.
Dick, posłyszawszy szczęk szabel i bagnetów, wyprostował się, nozdrza mu drżały.
— Uszykowani są w kolumny? Wszak prawda?
— Tak. Skąd wiesz to?
— Odczułem. O! moje szeregi, moje piękne szeregi! Jak ja was lubiłem malować! Kto zastąpi mnie teraz?
— Ostrożnie! Ruszają. Nie przestrasz się bębna.
— Nie jestem nowicyuszem; bliżej, Torp, bliżej! Boże, czegóżbym nie oddał, aby ich zobaczyć... przez pół minuty tylko!
— Zaczną grać zaraz.
— Wiem, ależ wiem; któżby wiedział, jeżeli nie ja!
Wojsko ruszyło w takt marszu o przyśpieszonem tempie; wraz z echem jego kroków oblicze Heldara, zbladłe śmiertelnie, na piersi opadło.
— Co ci jest; Co się stało? — pytał Torpenhow.
— Nic. Zrozumiałem, że nie należę już do tego świata. Wracajmy! Torp, po co przyprowadziłeś mię tutaj?




ROZDZIAŁ XI.

Powróciwszy z parku, Heldar popadł w okropne usposobienie. Złorzeczył Torpenhow’owi za to, że żyje; złorzeczył całemu światu, który widział i mógł się wzrokiem swym posługiwać, — podczas gdy on, Dick Heldar, wpół martwy, oślepły, musiał się stawać ciężarem dla siebie i innych.
Uwagi towarzysza, radzącego, aby się spać położył, podniosły tylko gniew ten głuchy. Ryszard też zamknął się u siebie, by uspokoić miotające nim rozdrażnienie ciągłem przesuwaniem w ręku trzech nieotwartych listów Maisie.
W pokoju Torpenhow’a zebrali się tymczasem Nilghai i Kenen, zwany Wielkim Orłem Wojennym, a duża mapa, najeżona czarnemi i białemi szpilkami, wskazywała wyraźnie cel ich narady.
— Pomyliłem się co do Bałkanów — mówił Nilghai, — tu jednak rachuby mnie nie zawiodą; mam na to pewne wskazówki. Cała nasza praca w południowym Sudanie musi być na nowo zaczętą. Publiczność mało się tem zajmuje, rząd jednak robi coraz silniejsze przygotowania; wiecie o tem również jak ja dobrze.
— Niestety, nie będę mógł pojechać — odparł Torpenhow, wskazując wymownie na drzwi, wiodące do pokoju Heldara. — Sądzę, że żaden z was nie weźmie mi tego za złe.
Kenen zaciągnął się najwpierw dymem z łajki, a potem odpowiedział:
— Za złe? Cóż znowu! Bardzo to ładnie z twej strony, bardzo szlachetnie nawet; ale, widzisz, Torp, pierwszym obowiązkiem człowieka jest... jego praca. Wiem, iż brzmi to bezlitośnie, brutalnie. Lecz trudno! Dick’a należy wykreślić już z liczby żyjących. Skończył on swe zadanie, wyczerpał się, umarł dla świata... Posiada trochę pieniędzy, które mu nie pozwolą zginąć z głodu; ciebie więc pod tym względem nie potrzebuje. Zbaczać zaś z raz obranej drogi dla jakichś urojonych obowiązków byłoby grzechem względem siebie samego. Pomyśl o twojej sławie.
— Sława twoja i moja nawet, razem wzięte, nie dorównają w dziesiątej części zaszczytnemu rozgłosowi, jaki Dick sobie zdobył.
— Przyszło mu to łatwo, gdyż podpisywał się na każdym drobiazgu. Dziś jednak rzecz skończona: Heldar nie pójdzie dalej; z nas trzech zaś ty jesteś najzdolniejszym, najbardziej poszukiwanym. Możesz naznaczać im ceny, jakie ci się podoba, i właśnie dlatego powinieneś być gotów do wymarszu.
— Nie kuś mię, muszę bowiem pozostać z Ryszardem. Próba to ciężka, bo łatwiej byłoby może pielęgnować chorego niedźwiedzia. Zdaje mi się jednak, że obecność moja sprawia mu pewną ulgę, że lubi mieć mnie przy sobie.
Nilghai rzucił sarkastyczną uwagę o szaleńcach, którzy łamią własną karyerę dla dogodzenia sentymentalizmowi równych jak oni głupców. Torpenhow zaczerwienił się z oburzenia; zanim jednak ostra odpowiedź zdążyła wybiedz na jego usta, do rozmowy wmieszał się milczący dotąd Kenen.
— Wszak istnieje inna jeszcze droga wyjścia — podsunął. — Po co tu gniewy, po co niepotrzebne poświęcenia? Heldar jest, a raczej był człowiekiem przystojnym, który umiał się dosyć podobać.
— Oho! wiesz to z własnego doświadczenia. Pamiętam ja dobrze sławetną utarczkę waszą w Kairze. Torp, nie gniewaj się za poprzedni mój wybuch.
Przyjazny uśmiech stał się dowodem przebaczenia. Kenen ciągnął tymczasem dalej:
— Patrząc na żołnierzy naszych, umierających bez pomocy wśród pustyń afrykańskich, rozmyślałem nieraz, że gdyby nie brak środków transportowych, przy każdym z tych nieszczęśliwych znalazłaby się zapewne jakaś pełna poświęcenia postać niewieścia, niosąca mu pomoc i pociechę.
— No, ciekawe byłyby to sceny! A dziękiż niebu, że rzeczy tak źle nie stoją!
— Nie o Afrykę tu chodzi. Czy sądzisz jednak, że pielęgnowanie przez delikatne rączki Torpenhow’a może zadowolić chorego, że spełnia w zupełności marzenia Heldar’a?
— Wiem, że nie czyni zadość potrzebie, że nie przynosi mu dostatecznej ulgi, a jednak cóż mam zrobić?
— Na to może dać tylko odpowiedź życie Dick’a. Ty znasz je najlepiej, opowiadaj więc szczegóły. Wszak liczymy się tu wszyscy do szczerych jego przyjaciół.
— Tak; lecz to, co wiem, stanowi tajemnicę, zdradzoną w malignie jedynie.
— Tem lepiej; snać chodzi o prawdę świętą. Kimżeż jest owa wymarzona?
Torpenhow opowiedział zwięźle i treściwie, jak na korespondenta wojennego przystało, znane sobie dzieje Maisie. Zebrani słuchali w skupieniu.
— Czyż to możliwe — zawołał wreszcie Kenen, — aby człowiek skończony i dojrzały wracał po tylu latach do swych uczuć chłopięcych? Powiedzcie, czy to możliwe?
— Stwierdzam fakty — bronił się Torpenhow. — Ryszard, o ile przytomny, nigdy o tem nie mówi; siedzi tylko i rozmyśla; a gdy sądzi, że sam jest w pokoju, przekłada z ręki do ręki trzy nieodpieczętowane listy, które od niej w czasie choroby odebrał. Teraz, gdy wiecie wszystko, radźcie, co mam uczynić.
— Pomów z nim otwarcie — podsunął Nilghai.
— Tak! A może napisać jeszcze do niej, aby przyjechała poślubić go z litości? Niema co mówić! Znacie Ryszarda... Wszak pamiętasz, Nilghai, co się stało nie dawno, gdyś go zapewniał o swem współczuciu? Idź więc, proszę, teraz tam, do sypialnego pokoju Heldar’a, poproś go, aby ci się wyspowiadał z przeszłości swej i spraw sercowych, a następnie zaproponuj odwołanie się do litości owej Maisie, której nazwiska nawet nie znamy. Miej się jednak na baczności; jestem bowiem głęboko przekonany, że cię gotów zabić, udusić; uprzedzam zaś, iż od czasu ślepoty muskuły jego zdumiewającej nabrały sprężystości.
— Słuchaj, Torp — wtrącił Kenen, — zadanie twoje nader jest łatwem. Jedź po prostu do Vitry-sur-Marne; znajduje się ono w pobliżu linii kolejowej Bézières-Landes, na trakcie do Tourgas. Było zbombardowane przez Prusaków w 1870 roku; dziś stoi tam, a przynajmniej stać powinien, szwadron kawaleryi. Gdzie może się mieścić szkoła malarska, o tem nie mam pojęcia; w każdym jednak razie odnajdziesz ją z łatwością. Stanąwszy wobec owej Maisie, opowiesz jej, jak ciężkie nieszczęście dotknęło Dicka, i tak wzruszysz ją jego losem, że sama tu pośpieszy. Wszak, według słów Ryszarda, prócz szalonego jej uporu nic ich nie dzieli na tym świecie.
— Nic. Mieliby przytem we dwoje przeszło czterysta dwadzieścia funtów rocznej renty, bo Dick wśród majaczeń i o tem nie zapominał; przyszłość ich więc byłaby w zupełności zapewnioną.
— Torp! — zabrzmiał głos Nilghai’ego — rzecz postanowiona, masz jechać. Nie próbuj nawet szukać wymówki.
W poczciwych rysach Torpenhow’a odbiło się żywe zakłopotanie.
— Pomysł szalony — tłómaczył, — nieprawdopodobny! Czyż mogę chwycić ją za włosy i przemocą przyprowadzić tutaj?
— Wiesz, że w naszym zawodzie jedynem zadaniem jest właśnie czynić szalone i nieprawdopodobne rzeczy; za to płacą nam przecież. Tam robimy je dla zabawienia publiczności, tu przez głos przyjaźni. Niema co, kochanku, jedziesz, i koniec! My tymczasem zajmiemy twoje mieszkanie. Opatrzność pomaga tym, którzy sobie dopomagają; nie możemy więc pozwolić, aby Dick — tu zniżył głos — był ci kulą u nogi z chwilą, gdy wojna się zacznie. W ten zaś sposób i ty się oswobodzisz i on wdzięcznym ci będzie.
— Ha, spróbuję!... Co prawda, nie pojmuję, aby kobieta przy zdrowych zmysłach dała koszyka Heldar’owi.
— Wytłómacz jej to; wymowa twa wobec niewiast znaną nam jest od dawna. Spiesz się jednak; niech jutro o tę porę nie będzie już śladu po tobie. Rozkaz dany, żadnych rozmyślań... jazda!
— Dick’u — mówił Torpenhow nazajutrz z rana, — czy mogę być ci w czemkolwiek użyteczny?
— Dziękuję! Pragnę spokoju tylko, niczego więcej. Jestem przecież ociemniałym; zbyt często każesz to sobie przypominać.
— Może ci co przynieść? Może co załatwić?
— Nic. Daj mi święty pokój. Idź precz, razem z tymi piekielnie skrzypiącymi butami!
— Biedactwo — myślał Torpenhow, — musiałem doprowadzić nerwy jego do ostatecznego rozstroju. Potrzeba mu widocznie kogoś o lżejszym chodzie i mniejszych niż moje stopach.
Głośno zaś dodał:
— Dobrze. Skoro jesteś tak niezależny, że ci się na nic przydać nie mogę, wyjadę więc na dni kilka. No, pożegnaj się przynajmniej poczciwie; umówiłem się z gospodynią, aby tu miała staranie koło ciebie, w mieszkaniu zaś mojem zostaje na czas mej nieobecności Kenen wraz ze swymi towarzyszami.
Rysy Heldar’a smutek okrył.
— Jedziesz? Ale nie zabawisz długo? Nie dłużej nad tydzień? Torp, wiem że stałem się przykry; bez ciebie jednak trudno mi istnieć...
— Obejdziesz się beze mnie nie długo zupełnie i jeszcze kontent będziesz z zamiany.
Heldar powrócił omackiem do swego fotelu, by nad znaczeniem słów tych rozmyślać. Lękał się opieki gospodyni, starania zaś i troskliwość Torpenhow’a na nerwy mu działały. Zapytany, czego pragnie, nie umiałby dać odpowiedzi. Jęknąłby tylko może, iż otaczająca go ciemność nie rozprasza się ani na chwilę, że nieodpieczętowane listy Maisie zniszczyły się już — czuł to — ciągłem obracaniem w ręku. O treści ich nie dowie się nigdy, skoro do śmierci samej nie będzie ich w stanie odczytać. Czyby jednak Maisie nie mogła przysłać mu świeżych? Samo bawienie się nimi, rozkoszby mu sprawiało.
Nazajutrz Nilghai przyniósł kawał miękkiego wosku, sądząc, że modelowanie z niego jakich figurek przyjemność mu sprawi. Heldar obrócił go kilka razy w ręku i oddał napowrót.
— Zabierz to — wyrzekł. — Nie umiem rozpoznać kształtu nawet. Dotyk ślepców wyrobię sobie za lat pięćdziesiąt dopiero. Nie wiesz, gdzie Torpenhow pojechał?
Nilghai zaprzeczył.
— Zajęliśmy tymczasem jego mieszkanie — kończył. — Czy mogę zrobić co dla ciebie?
— I owszem: możesz pozostawić mię w spokoju. Nie sądź, proszę, że jestem niewdzięczny, ale samotność to jedyna rzecz na świecie, której pragnę dzisiaj.
Nilghai odszedł, Heldar zaś popadł na nowo w ponure swe rozmyślania i głuchy bunt przeciw przeznaczeniu. Nawet wspomnienie dzieł, stworzonych z takim rozgłosem, i sławy zdobytej, nie były mu już pociechą; nawet gorączka pracy dalszej nie ożywiała jego samotni. Czuł jedynie głębokie dla siebie współczucie, głęboką litość nad własną dolą, a to roztkliwienie, ten żal nad sobą, przynosiły mu ulgę niejaką. Dusza tylko jego wyrywała się ku Maisie, tej Maisie, która jedna pojąć go była w stanie. Na próżno tłumaczył sobie, że, zajęta ulubioną pracą, nie wiele dbała o jego losy; na próżno powtarzał, iż ludzie depczą zwykle tych, którzy, stoczywszy się z wyżyn, u stóp ich upadli; uczucie przeważało wszelkie rozumowania.
— Niechby przynajmniej, jak ja niegdyś Binat’a, wzięła mnie za przedmiot do studyów, niechby mi pozwoliła być w swem pobliżu, choćby tymczasem kto inny nad sercem jej panował... Uf! Jakżeż ja znikczemniałem, jak nizko upadłem!
Wtem z pokoju Torpenhow’a doszły go stłumione śpiewy. Dick zerwał się gwałtownie.
— To głos Cassavetti’ego! Powrócił więc do Londynu... Teraz wiem już, dlaczego Torpenhow wyjechał. Czekają wojny, szykują się na nową wyprawę, a ja... ja nie wezmę w niej udziału!
Nilghai nakazał donośnie, aby się uciszono.
— Przez wzgląd na mnie — szepnął Heldar z goryczą. — Gotują się do odlotu i nie chcą, abym o tem wiedział. Rozróżniam głosy: Morten’a, Sutherland’a, Mackay’a. Połowa korespondentów wojennych zbiegła się snać do Londynu, a mnie wykluczono z ich liczby.
Przeszedłszy śmiało przez sień, otworzył drzwi do pokoju Torpenhow’a. Roiło się tu od ludzi; czuł to, nie widząc nawet.
— Gdzie wojna? — zapytał. — Czy w Bałkanach nareszcie? Dlaczego tailiście ją przede mną?
— Sądziłem, że cię to nie obchodzi — kłamał z zawstydzeniem Nilghai. — Nie, nie w Bałkanach. Nowy wybuch w Sudanie.
— Szczęśliwi nicponie! Pozwólcie mi posiedzieć tutaj przynajmniej. Wszak widok mój nie będzie wam zatruwał humoru. Jak się masz, Cassavetti!...
Podprowadzony do fotelu, słuchał ze skupieniem szelestu map rozkładanych i coraz silniejszego gwaru głosów ludzkich. Wszyscy mówili naraz, roztrząsając najrozmaitsze kwestye, od spraw prasowych do warunków żywności, od dróg żelaznych i zdolności dowodzących do możliwego zwycięstwa. Język ich szorstki, nieokrzesany, zgorszyłby niejednokrotnie publiczność; wybuchy też śmiechu drażniły nerwy Heldar’a. Wrzawa podniosła się do tego stopnia, iż Nilghai, chcąc wreszcie przywrócić spokój, musiał bić w stół dwiema pięściami.
— Powiedzcie mi, co się dzieje z Torpenhow’em? — zapytał Heldar, gdy uciszyło się na chwilę.
— Jest na służbie.
— Co to znaczy?
— Pojechał w konkury, do ładnej podobno dziewczyny — objaśnił Nilghai.
— Nie chce wziąć udziału w wyprawie. Powiada, że zostanie w domu — uzupełnił Kenen.
Dick zaklął głośno.
— Co? Ma zostać w domu? Nie, nie pozwolę. Jeżeli wy nie umiecie przemówić mu do rozumu, ja to uczynię; tyle potrafię jeszcze. On ma nie pojechać, on, najzdolniejszy z was wszystkich! Nie wytrzymalibyśmy tu oba. Ach, prawda, o mnie niema mowy. Zapomniałem... Jakżeż mi żal, że towarzyszyć wam nie mogę.
— I nam wszystkim przykro, Dick’u — zapewnił Kenen.
— Mnie najwięcej — uzupełnił nowy artysta, zamówiony już przez Centralny Syndykat Południowy. — Czy nie mógłbyś pan udzielić mi pewnych objaśnień?...
— I owszem, dam jedną radę — przerwał Dick, kierując się ku drzwiom. — Oto, gdybyś pan miał kiedykolwiek otrzymać cięcie w głowę, nie broń się przed niem; przeciwnie, proś napastnika, aby cię dobił. Będzie to stokroć korzystniej dla ciebie. Dziękuję, żeście mi pozwolili posiedzieć tutaj.
— Co tak rozżaliło Heldar’a? — pytał w godzinę później Kenen, gdy zostali sami z Nilghai’m.
— Odgłos pobudki wojennej. Czy spostrzegłeś, pod jak silnem zostawał wrażeniem? Biedny chłopiec! Chodźmy zobaczyć, co robi.
Podniecenie, wywołane naradą korespondentów, zniknęło zupełnie. Ryszard, zgnębiony, oparłszy ramiona na stole, głowę w nich ukrył i łkał rozpacznie.
Słysząc kroki towarzyszy, nie wyprostował się, nie próbował utaić wzruszenia.
— Ciężka chwila! — jęknął. — Bóg jeden widzi, jak ciężka. Czy zobaczę przynajmniej Torp’a przed ostatecznym waszym wyjazdem?
— Ależ zobaczysz. Wróci tu wpierw najniezawodniej — pośpieszył zapewnić Nilghai.




ROZDZIAŁ XII.

— Maisie, idź spać.
— Nie mogę; zbyt gorąco. Nie zasnęłabym nawet.
— Maisie...
— Proszę cię, nie nudź!
I oparłszy łokieć o framugę okna, stała wychylona, patrząc na długi szereg topoli, w świetle księżyca skąpanych. Upały letnie wysuszyły do kości całe Vitry-sur-Marne. Trawa zeschła na łąkach, gliniaste wybrzeża rzeczki wypalone zostały na cegłę, kwiaty przydrożne zamarły od dawna, róże zaś, jakby sparzone, jakby ugotowane, zwieszały smutnie główki swe na łodygach.
Gorąco w nizkim pokoiku na poddaszu stawało się nie do zniesienia. Srebrzysta powódź blasków księżycowych, zalewająca przestworze, podnosiła jeszcze wrażenie suchego skwaru. Dach naprzeciw leżącej pracowni Kami’ego uwydatniał się w świetle tem, rażąc na równi z nocnymi cieniami oczy dziewczęcia.
Maisie niezadowoloną była w tej chwili ze świata całego. A miała ku temu ważne powody. Najwpierw, upały ostatnich tygodni wyczerpały zupełnie jej siły; powtóre, studyum nad głową kobiecą, mającą przedstawiać „Melancholię“ nie odpowiadało jej oczekiwaniom i, spóźnione, wskutek prób przeróżnych, nie dało się wykończyć przed otwarciem Salonu; po trzecie, Kami był sam z pracy tej niezadowolony; po czwarte — no, ale to już w ostatnim rzędzie, — Dick, prywatna a niezaprzeczona jej własność, milczał, jak zaklęty, od sześciu tygodni. Gniewała się więc na gorąco, gniewała na Kami’ego, na własny pędzel, a przedewszystkiem i najsrożej gniewała się na Ryszarda.
Trzy razy pisała do niego, roztrząsając w każdym liście nowy sposób malowania „Melancholii,“ a Dick nie raczył odpowiedzieć nawet. Od tej pory postanowiła milczeć jak grób. Przyjechawszy na jesieni do Anglii — bo wcześniej duma nie pozwalała jej przecież wracać, — rozmówi się z nim na seryo. Co prawda, brakło jej owych narad niedzielnych nad sztuką, nie chciała się jednak przyznać do tego. Niecierpliwił ją tymczasem Kami, powtarzający wiecznie, jak stara papuga: Continuez, mademoiselle, continuez toujours! Wstręt już miała do jego głosu, do tej postaci w białych spodniach, czarnej alpagowej marynarce i wielkim kapeluszu. Dick, chodzący nerwowym krokiem po świeżej, pełnej zieleni pracowni w Londynie, mówił nieraz gorsze rzeczy nad ten ogłupiający wyraz continuez, lecz, zniecierpliwiony, chwytał wreszcie za pędzel i pokazywał jej na przykładzie, w czem się myliła, gdzie leżał błąd kolorytu lub rysunku.
Cóż więc stać się mogło, że po tak żywem nią zajęciu dziś nie raczył pisać nawet? Szmer głosów, rozmawiających w szpalerze, zaciekawił ją i kazał wychylić się silniej z okna. Jakiś kawalerzysta, z miejscowego prawdopodobnie garnizonu, rozmawiał z kucharką Kami’ego. Nie chcąc, aby mu szpada brzęczała, unosił ją jedną ręką, podczas gdy drugą otaczał niezbyt wiotką kibić dziewczyny. Echo głośnego pocałunku rozbrzmiało równocześnie w powietrzu.
— Pfu! — zawołała Maisie, cofając się żywo.
— Co to? — pytała rudowłosa, której upał zasnąć nie dawał.
— Nic; żołnierz tylko, całujący kucharkę. Poszli sobie, na szczęście; nie mam bowiem ochoty słuchać ich zwierzeń.
Wychyliła się napowrót, zarzucając chusteczkę na obnażone ramiona, lekki bowiem powiew zaczynał chwiać główkami róż, poruszając niemi tajemniczo.
— Czy to możebne — rozważała, — aby Ryszard zapomniał o swojej i mojej pracy, schodząc do takiego poniżenia, w jakiem tonęła Zuzia kucharka i jej zbrojny wielbiciel?
Najbliższa róża kiwała główką, potakując myślom jej z szatańską złośliwością.
— Nie — zaprzeczyła Maisie. — Dick nie może, Dick’owi nie wolno tak postępować, bo on jest moim, moim, moim! Sam mi to nieraz mówił. Mało mnie zresztą obchodzi, co robi; żal mi tylko, jeżeli spadł równie nizko, zepsuje to bowiem zarówno jego pracę, jak moją.
Róża kiwała upornie głową; zdawało się, iż, z właściwą kwiatom ciasnotą pojęć, nie może ona zrozumieć, dlaczego nie wolno Heldar’owi postępować według własnego przekonania. Wszak nie krępowały go żadne obowiązki. Wprawdzie Opatrzność, uosobiona przez Maisie, powołała go do pomagania tejże Maisie, — ale zadanie nie było znów tak ważnem. Praca jej bowiem polegała na malowaniu przez długie lata obrazów, które czekały, aż je spotka zaszczyt przyjęcia na jakąś prowincyonalną angielską wystawę. Salon paryski, ile razy tylko Maisie skłoniła Kami’ego do posłania dzieł swych, stale je zawsze odrzucał. Przyszłość więc dla niej streszczała się w wiecznem malowaniu płócien, których nigdy świat oglądać nie będzie.
Głos rudowłosej, narzekającej na gorąco, przerwał niemile zadumę Maisie.
Tak, zawsze to samo... Przez lata całe będzie dzielić życie między małą pracownię w Londynie i letnie miesiące spędzane pod kierunkiem Kami’ego w Vitry-sur-Marne. Otóż nie. Zapisze się do innej szkoły, przerzuci pod skrzydła innego mistrza, którego powaga ułatwi jej nareszcie powodzenie, nagrodzi długie lata mozolnych zabiegów, jeżeli tylko wytrwałość i trud niezmordowany dają prawo do nagrody.
Heldar powiedział jej, iż pracował lat dziesięć, zanim zgłębił tajemnice swego zawodu. I Maisie przecież pracowała ten sam przeciąg czasu; on zaś dowodził, że to nic nie znaczy... Nic, bo o nią tu chodziło. Mówił, że będzie czekał drugie lat dziesięć, aż, zniechęcona, sama do niego ręce wyciągnie. Znaczna część życia zdawała mu się wówczas niczem; a dziś, dziś nie pisuje nawet! Nie ma na to chwili wolnej. Spaceruje pewno przy świetle księżyca i... całuje kucharki. Z jakąż rozkoszą roztrząsnęłaby mu w tej chwili sumienie, powiedziała kazanie! No, nie tak, nie w nocnej koszuli przecież, bo to nieprzyzwoicie, ale ubrana ciemno, zapięta surowo po samą szyję, wyprostowana dumnie, a pełna godności.
Jeżeli jednak całuje kucharki, to w znikczemnieniu podobnem nicby sobie pewno nie robił z jej kazania. Śmiałby się nawet... Śmiałby się? Tem lepiej; w takim razie ona wróciłaby do pracy, aby malować obrazy, które... i t. d.
I myśl jej, raz wszedłszy w zaczarowane koło, wyrwać się z niego nie była w stanie.
Dziesięć lat został jej wiernym, dziesięć lat obraz Maisie nie zacierał się w jego sercu i pamięci; później, rok blizko, czynił co mógł, aby ją sobie pozyskać; pracował, zapobiegał, rzucając jej tylko niekiedy spojrzenie wiernego, zgłodniałego psa; wszystko to prawda; ależ w zamian pozwoliła mu przecież pocałować się na odjezdnem, i to... pocałować w same usta...
Maisie ujęła szybko rękaw koszuli, ocierając nim wilgotne, karminowe swe wargi.
Pfu! Co za wstyd! Trudno, aby od niej większej wymagał nagrody! I nie pisze jeszcze!...
Wśród rozmyślań tych głowa jej opadła na framugę, a masa kruczych włosów przysłoniła ramiona.
— Maisie, idź do łóżka! Zaziębisz się tylko.
— Prawda — przyznała, zbudzona z bezwiednej drzemki; ukrywszy zaś twarz w poduszkach, wyszeptała: Powinien był pisać... powinien pisać...
Ranek przyniósł zwykłą rutynę pracowni, z zapachem farb i terpentyny, z monotonną wiedzą Kami’ego, który dla zdolnych uczniów nieporównanym był przewodnikiem. Maisie, nieznajdująca dziś wyjątkowo zadowolenia w pracy, czekała niecierpliwie na zakończenie wykładu. Usłyszawszy nieśmiertelne opowiadanie o Binat’cie, który, pomimo wielkiego talentu, zmarniał dla braku przekonań, oraz znaną zachętę: Continuez, mesdemoiselles, mais continuez avec conviction, — uczennice rozpierzchły się po ogrodzie, aby świeższem odetchnąć powietrzem.
Maisie, zabrawszy nieszczęśliwą „Melancholię,“ śpieszyła właśnie do domu, gdy zastąpił jej drogę olbrzym jakiś, na żołnierskim koniu siedzący.
Jakim sposobem zdołał Torpenhow w przeciągu dwudziestu godzin zdobyć serca oficerów kawaleryi w Vitry-sur-Marne, przekonać ich, iż odczuwa potrzebę wspaniałego odwetu ze strony Francyi, doprowadzić pułkownika do łez rozczulenia i otrzymać najlepszego konia z całego szwadronu na wycieczkę do pracowni Kami’ego, — to już tajemnica, którą korespondent wojenny tylko umiałby wytłumaczyć.
— Przepraszam — zagadnął. — Pani mi daruje niedorzeczne na pozór pytanie: Czy nie raczyłabyś mię jednak objaśnić, która z uczenic Kami’ego nosi imię Maisie? Nazwiska jej nie znam, niestety!
Wielki kapelusz słomkowy podniósł się ze zdumieniem ku niemu.
— Ja jestem właśnie Maisie — zabrzmiał z pod jego skrzydeł głos świeży.
— W takim razie pozwoli pani, że jej się przedstawię: Torpenhow, przyjaciel serdeczny Ryszarda Heldara. Przyjechałem powiedzieć pani, że... że... że Dick oślepł.
— Oślepł? — powtórzyła bezwiednie. — Cóż za pomysł!
— Ależ tak, ociemniał. Od dwóch miesięcy nic już nie widzi.
Perłowa bladość pokryła rysy Maisie.
— To nieprawda! Nie, nie! Nie mógł zaniewidzieć! Ja nie chcę, aby ociemniał!...
— A więc zobacz go pani i przekonaj się sama.
— Teraz?... natychmiast?
— Och, nie! Pociąg z Paryża przychodzi na stacyę o 8-ej wieczorem dopiero. Mamy sporo czasu przed sobą.
— Czy to mr. Heldar przysłał pana tutaj?
— Broń Boże! Pani wiesz, że nie uczyniłby tego nigdy. Nie mówi on o pani; siedzi tylko zgnębiony w pracowni i listów twych z rąk nie wypuszcza.
Pod dużym kapeluszem zabrzmiało coś w rodzaju łkania. Maisie, zwiesiwszy głowę na piersi, weszła do domku i, stanąwszy przed rudowłosą, wyrzekła krótko:
— Wiesz?.. Dick ociemniał! — Chwyciła ręką za poręcz fotelu, a oddychając szybko, dodała: — Ryszard, mój Ryszard oślepł!
— Co? — Impresyonistka zerwała się na równe nogi z kanapy.
— Dick zaniewidział. Jakiś człowiek przywiózł mi przed chwilą wieść tę z Anglii. Listów nie miałam już od dawna.
— Jedziesz do niego?
— Nie wiem. Muszę pomyśleć.
— Myśleć! A ja lotem ptaka byłabym w Londynie i dopóty całowałabym te oczy biedne, ażbym im wolą mą i pieszczotą światło przywróciła! Jeżeli ty się wahasz, to ja pojadę! Nie, co też wygaduję! To z twojej winy, zimna egoistko! Jedź natychmiast! Rozumiesz? jedź!
Cierpliwość, z jaką Torpenhow, pomimo grubych kropli potu, zlewających mu czoło, czekał wciąż przed domem, nagrodzoną została. Na progu stanęła Maisie.
— Pojadę! — wyszeptała z oczami spuszczonemi ku ziemi.
— W takim razie proszę być o 7-ej wieczorem na stacyi Vitry.
Polecenie wydane było tonem rozkazu nieledwie. Maisie przyjęła je w milczeniu, zadowolona prawie, iż olbrzym ten nie zostawia jej czasu na uwagi i namysły, że, nie pytając jej o radę, sam z góry wszystkiem rozporządza.
Reszta dnia upłynęła wśród gorączkowych przygotowań do wyjazdu, narad z Kami’m i pocałunków (nie wielu, co prawda) z tonącą we łzach rudowłosą towarzyszką. Maisie nie chciała i nie mogła się zastanawiać — wszak na to dość będzie jeszcze czasu. Dziś obowiązkiem jej było śpieszyć do Dick’a, do człowieka, dla którego jedyną pociechę stanowiło obracanie w palcach nierozpieczętowanych jej listów.
— Cóż będziesz sama jedna robić tutaj? — pytała na odjezdnem rudowłosej.
— Ja? Czyż warto mówić o mnie? Zostanę i spróbuję kończyć twoją „Melancholię“ — odparła impresyonistka z bolesnym uśmiechem. — Pisz tylko do mnie.
W Vitry-sur-Marne krążyła dnia tego fantastyczna legenda o olbrzymim Angliku, wpół-szalonym, wskutek upału zapewne, i o dziwnem jego zachowaniu. Spadł jak burza, upoił całą załogę garnizonową, chwycił konia oficerskiego, a pojechawszy do miasteczka, wykradł tam jedną z tych cudacznych rodaczek swych, które przyjeżdżały na studya do sławnego Monsieur Kami.
— Dziwaczki! — zapewniała Zuzia swego rekruta na zwykłej schadzce. — Dziwaczki jedna w drugą. Ta, na przykład, chodziła z temi wielkiemi oczami, jak pół-senna, nie widząc, co się dokoła dzieje. Na odjezdnem zaś pocałowała mię w oba policzki, nazwała siostrą i dała mi, patrz... całe dziesięć franków!
Torpenhow, wynalazłszy dla Maisie osobny przedział, nie próbował jej bawić. Dbał tylko o to, aby nie była głodna i nie skarżyła się na brak wygód. Łatwość, z jaką osiągnął cel wyprawy, w zdumienie go wprawiała.
— Najlepsza rzecz... pozostawić ją w spokoju — rozważał Torpenhow. — Niech ma czas zebrać myśli, zastanowić się... Sądząc z majaczeń Ryszarda, srodze wodziła go na pasku; ciekawa więc rzecz, jak jej się też podoba znaleźć się teraz pod mymi rozkazami?
Pytanie to musiało pozostać bez odpowiedzi. Maisie siedziała w pustym przedziale i, przymykając oczy, aby sobie wyobrazić, jakiego uczucia doznają ociemniali, zadowoloną była z obrotu rzeczy. To nagłe wezwanie do Londynu lepszem jej się zdawało stokroć nad pobyt w Vitry oraz nad powolne później pakowanie się, o którem rudowłosa towarzyszka jej nic zwykle wiedzieć nie chciała.
Torpenhow przybliżył się do niej na pokładzie parowca dopiero i bez żadnych wstępów zaczął opowiadać zarówno przyczyny, jak historyę oślepnięcia Dick’a, zatrzymując się na szczegółach gorączkowych jego majaczeń. Wreszcie, nie skończywszy, podniósł się — i, jakby go dalsze opowiadanie nudziło, poszedł zapalić fajkę. Maisie wściekłą była na siebie i na niego.
W Dover naglono tak do pośpiechu, iż z trudnością zdołała posilić się trochę. W Londynie Torpenhow wsadził ją do doróżki, a zawiózłszy do jakiegoś ponurego domu, kazał czekać na schodach, sam zaś pobiegł zobaczyć, co się dzieje u przyjaciela.
Świadomość, iż traktują ją jak małe dziecko, którego nikt o zdanie nie pyta, pokryła purpurą gniewu lica Maisie. Dick jeden był winien wszystkiemu... Skąd mu się wzięło to głupie oślepnięcie?
Powróciwszy wreszcie, Torpenhow podprowadził ją na palcach do drzwi zamkniętych i popchnął ją lekko.
Przy oknie siedział Heldar, z głową na piersi zwieszoną, przesuwając w ręku trzy nieodpieczętowane listy. Olbrzym, kierujący nią dotąd, zniknął nagle, a drzwi zamknęły się z cicha.
Posłyszawszy skrzypnięcie, Ryszard ukrył szybko listy w kieszeni.
— Hola, Torp! Czy to ty? Wracasz nareszcie! Ach, jak to dobrze! Nie będę już tak osamotniony!...
Głos ten martwy, jak zwykle u ociemniałych, wstrząsnął kobietą. Szybkim, bezwiednym prawie ruchem ukryła się w kąciku. Serce jej biło tak silnie, iż przycisnęła je ręką, by łatwiej ruch ów gwałtowny stłumić. Dick podniósł głowę, wytężając oczy w tym kierunku. Patrząc na wyraz ich, Maisie pojęła po raz pierwszy, że on jest ślepym, ślepym zupełnie! Przymykanie powiek, które w każdej chwili otworzyć mogła, dziecinną było igraszką. Wszak źrenic Heldara żadna nie przysłaniała zapora, a jednak... nie widział nic!
— Torp, czy to ty? Mówili mi, że wrócisz! — pytał chory, natężając ciągle wzrok w stronę, w której szmer powstał. — Czy to ty, Torp?
Zagadkowa cisza drażniła go widocznie.
— Nie, to ja! — zabrzmiał szept drżący, stłumiony. Maisie z trudnością poruszała ustami.
— Hm! — mruknął Heldar, nie ruszając się z miejsca. — Dziwne zjawisko!... Do ciemności przywykłem już powoli; nie chcę wszakże doznawać halucynacyi z głosami.
Boże! Czyż oprócz ślepoty dotknęło go szaleństwo, że mówił głośno sam do siebie? Serce Maisie biło tak gwałtownie, iż oddech jej utrudniało. Ryszard powstał i, czepiając się stołów, krzeseł, zaczął iść w jej stronę. Zawadziwszy nogą o dywan, potknął się, co go tak rozgniewało, iż zaklął najwpierw, a uklęknąwszy na posadzce, zaczął szukać rękami przedmiotu, który stał się przyczyną wypadku.
Przed oczyma kobiety stanęła ta sama postać wysmukła, pełna siły i energii, przebiegająca jej pracownię, druzgocąca zapory, krocząca śmiało po ulicach parku, lub po wązkim pokładzie, jaki łączył z wybrzeżem parowiec, którym odjeżdżała przed dwoma miesiącami. Wspomnieniami poruszone serce kobiety biło coraz silniej, — on zaś, kierowany oddechem jej, zbliżał się z każdym krokiem. Wyciągnęła więc rękę, aby go odepchnąć, czy przyciągnąć ku sobie — sama nie wiedziała jeszcze. Dłoń ta dotknęła nagle jego piersi i chory cofnął się w tył, jakby ciosem śmiertelnym rażony.
— To Maisie! — zawołał, a z piersi jego głuche wybiegło łkanie. — Maisie, skąd wzięłaś się tutaj?
— Ja... ja... przyjechałam odwiedzić cię...
Ryszard zapanował już nad wzruszeniem.
— Odwiedzić mię? Skoro tak, racz usiąść, proszę bardzo. Jak widzisz, oczy nie dopisują mi trochę.
— Ależ wiem, wiem. Dlaczego nie doniosłeś mi o tem?
— Nie mogę pisać.
— Czyżby cię pan Torpenhow nie zastąpił?
— Z jakiej racyi wtajemniczałbym go w moje sprawy?
— A jednak on to przywiózł mnie z Vitry-sur-Marne. Znajdował, że powinnam cię zobaczyć.
— Jakto? czy ci się co stało? Czy mogę ci być użytecznym? Ach, prawda! zapomniałem, że ja do niczego służyć już dziś nie jestem zdolny.
— O, Ryszardzie! jakże mi cię żal szczerze!... Przyjechałam właśnie, aby ci powiedzieć... Ale pozwól, zaprowadzę cię wpierw do fotelu.
— Dajżeż pokój! nie jestem dzieckiem. Ofiarujesz mi pomoc pod wrażeniem litości tylko. Nie chciałem, abyś się dowiedziała kiedykolwiek o mojem kalectwie. Po co? Jestem do niczego, złamany, zabity, umarły moralnie!... Odejdź, pozostaw mię memu losowi!
I z piersiami podnoszącemi się szybko od szalejącego w nich wzruszenia powrócił do fotelu, kierowany dotykiem i znajomością sprzętów jedynie.
Maisie patrzyła nań bacznie, w sercu jej zaś miejsce obawy zajęło uczucie wstydu i rozczarowania. Teraz dopiero zrozumiała fakt, o którym wśród gorączkowej ucieczki do Londynu nikt jej nie wspomniał, nikt nie objaśnił... Tak, dawny Heldar był złamanym na zawsze, umarłym moralnie! Przed nią stał już nie mistrz pędzla, lecz ruina człowieka, — nie artysta, silniejszy od niej, podziwiany, wielbiony, lecz ślepiec nieszczęśliwy, przygarbiony w fotelu i z trudnością łzy tłumiący.
Czuła nad nim litość, litość większą, niż dla kogokolwiek w życiu, nie dość jednak wielką, aby w cieple jej stajały inne wrażenia, aby mogła zaprzeczyć słowom, przez niego rzuconym. Stała więc, przykuta do miejsca, z uczuciem zawstydzenia i urazy. Układała sobie wśród drogi tryumfalne zwycięstwo ze swej strony, tymczasem tu, wobec niego, zrozumiała dopiero, iż między współczuciem a miłością olbrzymia przestrzeń się mieści.
— Maisie — mówił chory, odwracając od niej wynędzniałe oblicze, — nie miałem nigdy zamiaru robić ci przykrości swym widokiem. Maisie, co ci się stało?
Posłyszał bowiem przyśpieszony jej oddech i łkanie szybkie, wybiegające z piersi, a nie przypuszczał u niej nigdy takiej mocy wzruszenia. Dziewczę tymczasem, jak zwykle osoby nieskłonne do płaczu, raz wybuchnąwszy potokiem łez, powstrzymać ich już nie mogło. Osunęła się też na krzesło, płacząc namiętnie, gwałtownie, z twarzą w dłoniach ukrytą.
— Nie mogę!... Nie mogę!... — wołała głosem rozpacznym. — Doprawdy, nie mogę... To nie moja wina... Och, jakżeż mi żal, Dick’u, ale... nie mogę!...
Heldar wyprostował się; każde słowo policzkowało go, cięło, jak uderzenie szpicrózgi. Łkanie rozlegało się dalej. Niemiłą jest świadomość, iż zawiedliśmy, w chwili próby, własne i cudze oczekiwania, — że cofnęliśmy się tchórzliwie na pierwszą myśl poświęcenia.
— Pogardzam sobą; wierzaj, Ryszardzie, że pogardzam, a jednak... to przechodzi me siły!... Dick’u, ty nie powinieneś żądać rzeczy podobnej ode mnie, nie powinieneś wymagać jej! — zawodziła żałośnie.
Podniosła głowę na chwilę, a oczy jej spotkały wypadkiem smutne, wzniesione ku niej, ociemniałe źrenice Heldar’a. Twarz jego, nieogolona, biała jak kreda, stanowczy jakiś nosiła wyraz, usta próbowały złożyć się do uśmiechu. Źrenice te jednak, źrenice szkliste, jakby duszy pozbawione, przejmowały strachem kobietę. To nie był jej Dick. Ryszard, dzielny i piękny, zniknął bezpowrotnie, pozostawiając na swem miejscu innego człowieka, który głosem przypominał go tylko.
— A któż cię prosił o cokolwiek, Maisie? — zabrzmiało z ust jego w tej chwili. — Kto żądał czegokolwiek od ciebie? Maisie, skąd ten żal? Na miłość boską! przestań tak płakać; niema o co przecież.
— Ty nie wiesz, jak ja się nienawidzę w tej chwili! Och, Dick’u, dopomóż mi, ułatw...
Nie mogła zapanować ani nad głosem, ani nad namiętnym łez potokiem, który zaczynał niepokoić mężczyznę. Podniósł się i, kierowany słuchem, przybliżył się do płaczącej, obejmując ramieniem swem drżącą jej kibić. Główka Maisie opadła mu na piersi.
— Cicho, najdroższa, cicho; nie płacz tak, proszę. Za co robisz sobie niesłuszne wyrzuty? Masz racyę, miałaś ją zawsze, we wszystkiem. Po co się trapisz bezpotrzebnie? Maisie, uspokój się. Ta podróż szybka rozstroiła ci nerwy, a przytem jesteś głodna pewno. Cóż za osioł z tego Torp’a, żeby cię tu przywozić!
— Ja sama chciałam przyjechać, sama chciałam! — przeczyła żywo.
— Wierzę ci; pragnęłaś mię odwiedzić, zobaczyć, za co... jestem ci bardzo wdzięczny. Gdy się uspokoisz, idź przedewszystkiem zjeść cokolwiek. Czy przyjemną miałaś podróż?
Maisie płakała ciszej już, zadowolona, po raz pierwszy w życiu, że może się na kimś oprzeć. Heldar głaskał ją po ramieniu bardzo tkliwie, ale niezgrabnie, bo nie zupełnie był pewny, czy na ramię trafił.
Wysunęła się wreszcie z jego objęcia — i drżąca, niespokojna, czekała, co jej dalej powie. On podszedł tymczasem ku oknu, chcąc zyskać czas na uśmierzenie gwałtownych uderzeń własnego serca, a zarazem pragnąc położyć jak największą przestrzeń między nią a sobą.
— Czy ci lepiej? — zapytał po chwili.
— Tak; lękam się jednak, że musisz mnie nienawidzieć.
— Nienawidzieć ciebie? Ja? Mój Boże! za co?
— Jeżeli nie, to powiedz, czy nie mogłabym zrobić cokolwiek dla ciebie? Zatrzymam się chętnie w Anglii, byle wolę twą spełnić. Będę przychodzić, odwiedzać cię czasem.
— Przepraszam, najdroższa, ale nie... Uprzejmiej będzie z twej strony, jeżeli pozostawisz mię w spokoju. Nie chciałbym okazać się szorstkim, sądzę jednak, że i teraz... lepiej, abyś już odeszła.
Czuł, że nie zniesie dłużej natężenia woli, że opuści go cała męska godność i powaga.
— Masz racyę; nie zasłużyłam na nic więcej. Och, jakaż ja jestem niegodziwa!
— Co za myśl! Maisie, wierz mi, że nie masz sobie nic do wyrzucenia: gdyby tak było, jabym ci pierwszy powiedział. Czekaj, nie odchodź jeszcze; pragnę ci wpierw coś ofiarować. Chowam to dla ciebie, odkąd... nieszczęście spadło na mnie. Domyślasz się, że chodzi o „Melancholię;“ była śliczna, gdym ją oglądał po raz ostatni! Zachowaj, Maisie, obraz ten jako pamiątkę po mnie; a gdybyś się znalazła kiedykolwiek w potrzebie, sprzedaj ją bez wahania. Dadzą ci zawsze kilkaset funtów za nią.
Zaczął szukać między płótnami.
— Oprawiona w czarne ramy. Patrz, Maisie, czy ja na czarnych ramach trzymam rękę? Tak? a więc to ona. Cóż, jakże ci się podoba?
Obrócił ku niej płótno, zamazane bezkształtną mieszaniną barw, pocięte, zniszczone — i, ciekawy wywartego wrażenia, natężał oczy, jak gdyby mógł dojrzeć odzwierciedlony w rysach jej wyraz zdumienia i podziwu.
— No i cóż?
Głos jego brzmiał znów pełnią siły — wiedział bowiem, że mówi o najlepszem swem dziele.
Maisie, patrząc na rozlaną na płótnie wielką plamę barwną, z trudnością tłumiła śmiech szalony, dławiący ją za gardło. Wzgląd tylko na Dick’a powstrzymywał ją od wybuchu wesołości, od zapytania, co znaczy szkaradny ten bohomaz.
— Och, Dick’u, śliczne! — zawołała.
Głos jej zadrżał, jakby od tłumionego wzruszenia. Heldar, nie przypuszczając nawet, że to wynik zadanego sobie przymusu, wziął niepewne jego brzmienie za hołd, składany swej pracy.
— Wszak przyjmiesz pamiątkę tę ode mnie? — pytał. — Odeślę ją do twej pracowni.
— Czy przyjmę? Ależ i owszem; dziękuję ci bardzo! Cha, cha, cha!
Gdyby nie uciekła w tej chwili, śmiechby ją zadławił, udusił, zabił. Odwróciwszy się więc, wypadła na schody i biegła po nich, jak szalona, coraz chyżej, coraz prędzej, szukając schronienia w doróżce, która ją zawiozła przez park do zwykłego jej mieszkania. Znalazłszy się dopiero w ogołoconym, pustym swym saloniku, usiadła, by zastanowić się wśród ciszy nad Heldar’em, bezużytecznym już dziś i bezsilnym na całe życie, oraz nad własnem zachowaniem względem niego. Oprócz żalu, wstydu i upokorzenia, jakie odczuwała w tej chwili, drażniła ją jeszcze myśl spotkania z rudowłosą impresyonistką, której wściekłość granic nie będzie znała. Zresztą, przecież Dick jej nie prosił: „O nic nie prosił!“ — powtarzała dla usprawiedliwienia się w oczach własnych.
I tu kończą się dzieje naszej Maisie.
Ze zniknięciem jej wszakże dla Heldar’a rozpoczął się okres smutnych dociekań. Odeszła, nie pożegnawszy go, nie rzuciwszy jednego słowa! Co to miało znaczyć? Żal jego przerodził się w gniew głuchy przeciw Torpenhow’owi. Po to więc zakłócił mozolnie zdobyty spokój nieszczęśliwego, by nowe zgotować mu upokorzenie, by przywrócić czarne godziny walki z samym sobą i tą straszną, ogarniającą go ciemnością, wśród której znikąd nie widział ratunku, znikąd pociechy lub pomocy? Królowa nie mogła się mylić. Broniąc jednak praw swych, praw do niezależności i pracy swobodnej, zraniła boleśnie najwierniejszego z poddanych, — zraniła głębiej, niż on sam mniemał w tej chwili.
— Była mi wszystkiem, wszystkiem, co posiadałem na ziemi, i... straciłem ją! — powtarzał, gdy opanowawszy pierwszy wybuch rozpaczy, zdolnym był myśleć napowrót. — Nie istnieje dziś dla mnie; Torp, dumny z wynalezienia tak mądrej rzeczy, nie wie nawet, jak wielką wyrządził mi krzywdę. Nie mogę mu tego powiedzieć... nie, nie!... Trzeba przetrawić ból w cichości.
— Jak się masz! — zawołał olbrzymi korespondent, wchodząc w dwie godziny później i przerywając bolesną zadumę Ryszarda. — Wróciłem nareszcie. Cóż, czujesz się lepiej trochę?
— Nie gniewaj się, przyjacielu, ale doprawdy nie wiem, co ci mam powiedzieć. Zbliż się do mnie.
Dick chrząkał i kaszlał, szukając słów umiarkowanych, któreby wybuch zażegnały.
— A po co masz mówić? Wstań lepiej i pochodzimy.
Torpenhow był głęboko z siebie zadowolony.
Przechadzali się czas jakiś w milczeniu. Ręka towarzysza kierowała ociemniałym, który szedł z głową zwieszoną, w bolesnych myślach pogrążony.
— Wytłómacz mi, jakim sposobem odkryłeś wszystko? — zapytał wreszcie.
— Kto chce utrzymać tajemnicę, temu nie wolno majaczyć w gorączce. Maligna zdradziła cię, Ryszardzie. Wiem, że wmieszanie się w kwestyę tę było niedelikatnością z mej strony; gdybyś mię jednak zobaczył, Dick’u, uganiającego się na starej żołnierskiej szkapie, pod palącym żarem promieni słonecznych, przebaczyłbyś mi wszystko z łatwością. Wiesz, dziś nowa u mnie narada...
— Słyszałem; zamieszki w południowym Sudanie. Uczestniczyłem w ostatniem zebraniu korespondentów i... i... czułem się bardzo nieszczęśliwym, że z wami jechać nie mogę. Dla kogo będziesz pracował? Czy zrobiłeś już umowę?
— Nie chciałem podpisać kontraktu, dopóki... dopóki się przyszłość twoja nie rozstrzygnie.
— Więc byłbyś pozostał ze mną, gdyby się rzecz ta... nie... nie ułożyła? — pytał Dick z pewnem wahaniem.
— Nie żądaj zbyt wiele. Jestem tylko człowiekiem.
— Próbowałeś z powodzeniem roli anioła.
— Tem lepiej. Czy przyjdziesz do mnie? Zbierają się wszyscy. Wojna jest już faktem stwierdzonym.
— Jeżeli pozwolisz, przyjacielu, zostanę u siebie. Tobie wszystko to jedno, ja zaś... wolę samotność.
— Chcesz marzyć i rozmyślać? No, trudno to brać za złe. Trochę szczęścia od dawna ci się należy.
Wieczorem roiło się w mieszkaniu Torpenhow’a. Zaproszeni na naradę korespondenci schodzili się z teatru, sal koncertowych i obiadów, by w przewidywaniu blizkiego wyruszenia wojsk ułożyć tu plan działania i dotyczące ich szczegóły wyprawy. Torpenhow, Nilghai i Kenen podejmowali zebranych, którzy ucztę całą w istną zamienili orgię. Blizkie niebezpieczeństwa wojny podniecało ich i odurzało; śpiewy też, toasty i okrzyki zlewały się w jeden hałas piekielny.
Siedząc w samotni swej, Heldar przysłuchiwał się smutnie dochodzącemu tu gwarowi.
— Nie, to zbyt komiczne! — wyrzekł wreszcie z gorzkim uśmiechem. — Maisie miała racyę; biedactwo, nie sądziłem, że umie płakać tak bardzo... Jeżeli jednak pomyliłem się co do niej, to w zamian znam dokładnie Torp’a i wiem, że gdybym mu wyznał dziś prawdę całą, gotówby zerwać umowę i pozostać w kraju dla pielęgnowania mnie, dla pocieszania. A przytem przykra to rzecz przyznać się, że odrzucono nas, jak grat nieużyteczny. Trzeba więc milczeć i ból własny dla siebie zachować. Nie mam przytem prawa stawać na jego drodze. Interes przedewszystkiem; a zresztą tak pragnę samotności, ciszy i samotności! Boże, jak oni hałasują!
Zastukano równocześnie do drzwi.
— Ryszardzie, chodź do nas, rozerwiesz się trochę — zaproponował Nilghai.
— Dziękuję. Zrobiłoby mi to wielką przyjemność, ale... nie mogę. Nie czuję się dziś w usposobieniu do zabawy.
— Powiem chłopcom i zabiorą cię przemocą.
— Daj pokój, przyjacielu. Daję ci słowo, że wolę ciszę i samotność.
— To może ci przynajmniej przysłać cokolwiek? Może wypijesz z nami? Cassavetti śpiewa już pod działaniem kieliszka.
— Dziękuję za wszystko. I tak głowa mię boli.
— Cnotliwe z ciebie chłopię. Wpływ to snać wzruszeń sercowych. Z całego serca winszuję ci, Dick’u; winszuję tem więcej, że i ja należałem do spisku, który uwieńczył tak świetnie twoje uczucia i projekty.
— A idź-że raz do dyabła i... i przyślij mi tu psa... Wam przecież niepotrzebny?
W chwilę później wkraczał do pracowni Binkie, kręcąc ogonem na dowód rozbawienia i uciechy. Poznawszy jednak, że nie tu miejsce do dawnych figlów, ułożył się cichutko na kolanach Dick’a i nie odstępował go już ani na chwilę.
— Cóż to, nie wyglądasz mi zbyt wesoło, jak na szczęśliwego narzeczonego? — zagadnął Torpenhow nazajutrz.
— Dajże pokój i przestań zwracać na mnie uwagę. Czy wyjeżdżasz na pewno?
— Tak. Odnowiłem umowę z Południowym Syndykatem i to na lepszych niż przedtem warunkach.
— Kiedy wyruszacie?
— Pojutrze; wprost do Brindisi.
— Chwała Bogu! — wybiegło na usta chorego.
— No, okrzyk ten nie jest zbyt uprzejmy. Możnaby sądzić, iż pragniesz pozbyć się mnie jak najprędzej. Przebaczam ci to jednak; zakochani bywają zwykle samolubni.
— Wiesz dobrze, iż myśl pozbycia się ciebie daleką była ode mnie. Słuchaj, przyjacielu, chciałbym prosić, abyś mi odebrał przed wyjazdem sto funtów z banku.
— Sto? Czy to nie za mało na urządzenie domu?
— Och, to tylko na... na wydatki ślubne.
Torpenhow przyniósł pieniądze i, podzieliwszy starannie banknoty na pięcio i dziesięcio-funtowe, każde do osobnej zamknął szufladki.
— Uzbrójmy się w cierpliwość — myślał równocześnie. — Zakochani zwykli mówić ciągle o przedmiocie swych westchnień; Dick więc nie przestanie mnie nudzić aż do chwili wyjazdu opowiadaniami o tej dziewczynie.
Zarówno jednak projekty na przyszłość, jak imię Maisie, nie postały ani razu na ustach Heldar’a. Oparty o drzwi, dzielące ich pokoje, stał nieruchomo przez cały czas pakowania rzeczy, pytając ciągle o szczegóły nowej wyprawy. Ta powściągliwość zniecierpliwiła wkońcu Torpenhow’a.
— Widzę, że nie lubisz dzielić się szczęściem z innymi. Zazdrosnym o nie jesteś — wyrzekł wreszcie ostatniego wieczoru.
— Kto wie, może masz racyę — brzmiała odpowiedź. — Jak sądzisz, czy wojna długo potrwa tym razem?
— Dnie, miesiące, lata nawet. Któż to zdoła przewidzieć?
— Boże! czemuż mnie z wami jechać nie wolno!
— Wielkie nieba! Cóż za niepojęte stworzenie z ciebie! Chyba zapomniałeś, że masz się żenić wkrótce?
— A prawda! No, tak... żenię się, żenię się przecież... Nie podziękowałem ci dotąd za pośrednictwo, a jednak, przyjacielu, jestem ci wdzięczny, z całego serca wdzięczny...
— Czegóż więc, do licha, wyglądasz, jak gdyby cię na ścięcie prowadzono?
Nazajutrz pożegnali się. Torpenhow odjechał, pozostawiając go na pastwę upragnionej i od tak dawna pożądanej samotności.




ROZDZIAŁ XIII.

— Przepraszam, panie Heldar — pytał mr. Beeton, właściciel chambres garnies, w których ociemniały mieszkał dalej, — przepraszam, chciałbym jednak wiedzieć, czy w umowie naszej żadna nie zajdzie zmiana?
— Żadna! — brzmiała odpowiedź twarda i szorstka, jak rozpacz, wstrząsająca od dwóch dni Ryszardem.
— Nie powinienbym wtrącać się do nieswoich rzeczy, wiem o tem; sam przecież powtarzam ludziom: „Niech każdy pilnuje swego nosa, a najlepiej na tem wyjdzie;“ mr. Torpenhow wszakże dał mi do zrozumienia przed wyjazdem, że pan nie będzie prawdopodobnie mieszkał u mnie dłużej. Wspominał coś o założeniu własnego domu, o lepszej opiece, jak gdybym to ja nie był najlepszą dla lokatorów moich opieką.
— Torpenhow miał pewno na myśli zakład obłąkanych. Nie myślę jednak trudzić pana tak zaraz odwiezieniem mnie do waryatów. Proszę, każ przynieść śniadanie i zostaw mnie w świętym spokoju.
— Przepraszam, jeżeli pana obraziłem; nie chciałem powiedzieć nic złego. Pragnę zawsze zadowolić wszystkich mych gości, a szczególniej tych, których los ciężkim jest, jak pański, mr. Heldar.
Odszedł nareszcie — odszedł, pozostawiając Dick’a samym wśród ciszy śmiertelnej, niezakłócanej już hałasem, dochodzącym z mieszkania Torpenhow’a.
Dla Ryszarda zaczęło się istnienie, równe śmierci za życia, w jego zaś przekonaniu stokroć od śmierci gorsze.
Ciężko jest bowiem żyć wśród ciemnicy, która nie pozwala nam dnia od nocy rozróżnić; ciężko być w chwili takiej samotnym i opuszczonym, iść ze znużenia, z nudów, spać o południu, zrywać się o zmroku, w przekonaniu, iż słońce weszło już nad światem. Z początku Heldar, wstawszy z łóżka, snuł się jak cień po korytarzach, dopóki głośne chrapanie w którym z przyległych pokojów nie przekonało go, że wszyscy śpią jeszcze. Pewny teraz dopiero, iż dzień nie nadszedł dotąd, wracał do łóżka z uczuciem głuchego buntu i zniechęcenia.
Z czasem przyuczył się leżeć, dopóki hałas w domu lub głos pana Beeton nie objaśniły go, że dla innych ludzi światło rozbłysło na ziemi. Wstawanie zresztą nie było ani rzeczą miłą, ani łatwą. Drobne przybory ubrania, jak kołnierzyki i krawaty, chowały się przed nim złośliwie, szukanie ich zaś równało się procesowi ciągłego rozbijania się o stoły, krzesła i kuferki. Gdy niedola ta zakończoną została, Heldar stał bezradny, nie wiedząc, co ma dalej czynić z sobą. Wolno mu tylko było usiąść bezczynnie i myśleć, myśleć, myśleć... Wieki przedzielały śniadanie od obiadu, obiad od wieczerzy; wbrew zaś najgorętszym, najszczerszem pragnieniom, Bóg ani pamięci, ani życia odebrać mu nie chciał.
Przeciwnie, pamięć się zaostrzała, a myśli, jak szakale, szarpały umysł i serce, nie dając jednej chwili spoczynku, jednej sekundy wytchnienia. Wiodły za sobą obraz Maisie, wspomnienie dawnego powodzenia, podróży po morzu i lądzie, dumy słusznej z prac własnych, sławy, jaką go witano u wstępu do rodzinnego kraju; myśli te wreszcie wskazywały stopnie, po których szedłby wyżej, coraz wyżej, gdyby mu oczy nie wypowiedziały posłuszeństwa.
Gdy wreszcie umysł wyczerpany przestawał wzbijać się ku niedoścignionym szczytom, duszą Heldar’a wstrząsała bojaźń straszna, niewytłómaczona, jak widmo stojąca często przy nim. Upiorem tym, krew ścinającym w żyłach, była obawa śmierci głodowej lub ognia w domu, pożaru, który, wybuchając nagle, pochłonąłby go żywcem, obezwładnionego ślepotą, zapomnianego przez wszystkich. I gdy zmora taka opanowała go, Dick siedział długie godziny, walcząc z samym sobą; zimne krople potu pokrywały mu czoło, dłonie zaciskały się konwulsyjnie o poręcz fotelu, dopóki godzina obiadowa, sprowadzając do osamotnionego jego mieszkania posługaczkę z talerzami, nie rozproszyła nareszcie tych gorączkowych widziadeł.
Parę razy mr. Beeton, idąc na targ, zabierał z sobą Heldara. Miało mu to służyć za przechadzkę, a stanowiło istną męczarnię dla nieszczęśliwego. Podczas bowiem, gdy tamten wybierał ryby, targował musztardę lub tapiokę, wielki artysta, którego poetycznej naturze obce i wstrętne były szczegóły podobne, musiał stać na uboczu, i przestępując z nogi na nogę, przysłuchiwać się trywialnym targom lub rozmowom. Gorzej działo się jeszcze, gdy cny restaurator spotkał kogo ze swych znajomych. Gawędzie bowiem i plotkom nie było końca; ślepiec zaś stał znów na uboczu, starając się tylko trzymać spuszczone powieki, aby nikt nie domyślił się niedoli jego i upokorzenia.
Powierzchowność Heldar’a smutnej jednocześnie uległa zmianie. Najpierw zaprzestał się golić, później zaś, później... niewidomi tak jedzą nieporządnie, a sukien jego nikt nie myślał czyścić... Bo i po co? On sam nie mógł tego dojrzeć; a że go żywa dusza nie odwiedzała, zaniedbania więc podobnego nikomu nie przychodziło na myśl skarcić.
Zresztą życie ociemniałego a samotnego człowieka, nie jest przecież pozbawionem przeróżnych rozrywek. Heldar, jako artysta, mógł udawać, że rysuje palcem w powietrzu; mógł przestawiać książki na półce, szykując je wedle wielkości; mógł wyjmować szczypcami zimne węgle z kominka, układać je z boku pod rachunkiem i znów przenosić do kominka; mógł wreszcie rozmawiać z kotem, skoro mu psa zabrali. Ale cóż, natura ludzka jest wymagającą; pomimo takiej rozmaitości zajęć, dzień wydawał mu się niekiedy długim, męcząco, śmiertelnie długim...
Mr. Beeton spostrzegł to nareszcie.
— No — mówił raz, — Bóg ciężkie ci zesłał życie, sir, ciężkie życie!... Co też pan myślisz robić dalej?
— Czy chodzi o opłatę za moje utrzymanie? Wszak złożyłem ją z góry?
— Cóż znowu! Na myśl mi to nawet nie przyszło! Wiem, mr. Heldar, że jesteś uczciwym człowiekiem i nie chciałbyś krzywdzić biedaków. Dlatego też właśnie żal mi pana. Mówiłem nawet do żony, że ktoś w starszym wieku, ktoś średnich lat nawet, mniejby mnie wzruszał, ale taki młody dżentelman!... Nie, to zbyt bolesne...
— A tak — przyznał Ryszard, myśląc o czem innem. Ubolewania te bowiem nie czyniły już na nim żadnego wrażenia.
— I dlatego też — ciągnął mr. Beeton, zabierając się wciąż do wyjścia — przyszło nam na myśl, że możeby głośne czytanie zrobiło ci przyjemność, sir. Mój synek, Alf, przychodziłby wieczorem rozerwać pana trochę wiadomościami z gazet. Prześlicznie czyta, wyjątkowo pięknie jak na dziewięcioletnie dziecko.
— Bardzo będę za przysługę tę wdzięczny, z warunkiem jednak, iż pozwolisz pan, abym chłopcu płacił.
— Nie myśleliśmy wcale o tem; zresztą pozostawiam rzecz tę do twego uznania, mr. Heldar. Co prawda, malec wart nagrody choćby za sam śpiew. Ach, jak on śpiewa!
— I owszem, posłucham chętnie. Niechże więc przyjdzie dziś wieczorem.
Alf nie należał do najrozkoszniejszych dzieci, — papa jednak, dumny z jego świadectw szkolnych i ze śpiewu, zmusił ociemniałego do wysłuchania paru piosenek, nuconych cienkim, dziecinnym głosikiem — i, promieniejący radością, pozostawił chłopca z telegramami zagranicznymi w ręku.
W dziesięć minut później Alf stanął na progu rodzicielskiego mieszkania.
— Powiedział, że ma już tego dosyć, że nie jest w stanie słuchać dłużej — tłómaczył naiwnie.
— Jakto, więc ty dla niego źle jeszcze czytasz? — pytała oburzona mrs. Beeton.
— Ale gdzież tam! — Mówił, że czytam ślicznie, że nigdy w życiu nie słyszał podobnie pięknego czytania i że dlatego właśnie szkoda mego głosu na te głupie gazety.
— Pewnie dowiedział się z nich, że przegrał na giełdzie — wtrącił praktyczny papa Beeton.
— Nie! Polecił czytać o wojnie, taki długi kawał, gęsto zadrukowany, wiersz przy wierszu i trudne nazwiska przytem. Ledwo zacząłem, jak się bili, a on mi dał pół korony i kazał iść precz. Dodał tylko, że jak będzie miał znów co do przeczytania, to mnie zawoła.
— Bardzo dobrze, bardzo dobrze; włóż pół korony do skarbonki, zaraz przy mnie. Szkoda tylko, że cię nie zatrzymał dłużej; byłby może zasmakował w gazetach i częstszy dawał zarobek.
Ograniczony umysł Alfa nie był w stanie zrozumieć, że te czytane przez niego słowa, słowa gorącej, pełnej zapału korespondencyi Torpenhow’a, zbudziły szatana niepokoju w sercu Heldar’a. Czuł on proch w powietrzu, słyszał nie głosik dziecinny, lecz pomruk wielbłądów pod Suakim’em, klątwy biwakujących żołnierzy, widział ogniska ich i dym, ścielący się po bezmiernym obszarze pustyni.
Złudzenie to strasznem było. W nocy też błagał Boga, aby mu raczył pamięć i rozum odebrać. Na dowód, iż godnym był łaski tej najwyższej, przypominał, że przecież nie targnął się dotąd na swe życie, chociaż z łatwościąby mu to przyszło. Modlitwa nie została wysłuchaną; Dick zaś rozumiał dobrze, że jeżeli nie roztrzaskał sobie czaszki dotąd, to nie w imię jakiejkolwiek zasady, lecz po prostu dlatego, iż samobójstwo wydawało mu się w podobnych warunkach tchórzostwem, śmieszną zniewagą, wyrządzoną własnemu charakterowi.
— Ciekawa rzecz, jak to długo potrwa — mówił, zwracając się do kota, który zajął miejsce Binkie’go. — Sto funtów, odebrane z banku przez Torpenhow’a, wystarczy mi na rok życia; ponieważ zaś mam tam jeszcze około trzech tysięcy, przy dzisiejszym więc trybie kapitał ten może mi zapewnić byt na lat trzydzieści. Po upływie ich pozostanie już tylko renta dziedziczna stu dwudziestu funtów, powiększona przez czas ten procentem składanym. Policzmy tylko: od lat dwudziestu pięciu do trzydziestu pięciu mężczyzna jest w kwiecie młodości; w czterdziestym piątym roku zabiera się do polityki; gdy kończy żywot w pięćdziesiątym piątym, mówią, że umarł stosunkowo wcześnie jeszcze. W sześćdziesiątym piątym chyli się ku starości; siedmdziesiąt pięć lat... ba, i to rzecz możliwa. Wielkie piekła! Słuchaj, kocie, więc ja mam żyć pięćdziesiąt lat jeszcze, w wiecznej ciemnicy, odosobnieniu, ślepocie! Więc ty zdechniesz, i Beeton zdechnie, i Torp umrze, i Mais... i wszyscy powymierają, a ja jeden będę się męczył, jak potępieniec, wśród wiecznej, wiecznej nocy, wśród czarnych jej otchłani? Czy wiesz, zbiera mnie litość nad samym sobą, nad własnem osamotnieniem; byłoby mi lżej, gdyby mnie pożałował ktokolwiek. Ale nikt, nikt... Nawet obłęd nie przychodzi, choć ból wciąż głowę rozsadza. Gdyby Torp powrócił, albo... Kto wie, a może jabym mógł do nich pojechać?...
W miejsce kota, który uciekł, znudzony długim monologiem, ukazał się w tej chwili Alf na progu.
— Przynoszę list do pana — objaśnił. — Może chcesz, sir, to ci go przeczytam.
— Pokaż go wpierw.
Głos Heldar’a zadrżał; ręka, wyciągnięta po pismo, trzęsła się nerwowo. Czuł, iż łudzi się nieprawdopodobieństwem, a jednak... gdyby to był list od Maisie... Znał tak dobrze papier, używany przez nią, iż jedno dotknięcie koperty wykazało mu płonność podobnej nadziei. Byłże to zawód? Nie; istnieją rozczarowania, po których sroższe przyjść już nie mogą; istnieją krzywdy, których nic później wynagrodzić nie zdoła...
— Czytaj — polecił ociemniały, a chłopiec, przejęty ważnością zadania, wygłosił według wszelkich reguł szkółki elementarnej:
„Mogłam ci ofiarować miłość, mogłam dać wierność, o jakiej nie marzyłeś nawet. Dla mnie nie istniałoby twe kalectwo, nie pytałabym, jakim jesteś. A jednak odtrąciłeś to wszystko, rzuciłeś skarb taki na cztery wiatry, dla chimery, dla niczego. Jesteś zbyt młody — oto jedyne w oczach mych dla ciebie usprawiedliwienie.“
— Koniec już; niema nic więcej — zapewniał chłopiec, podając papier, który Ryszard bez namysłu w ogień rzucił.
— I cóż było w tym liście? — pytała mrs. Beeton syna.
— Nie wiem. To widać jakaś odezwa, przestrzegająca, aby nie świstać na cztery wiatry, gdy się jest młodym.
— Co to być może? — myślał Dick tymczasem. — Boże święty! czyżby się ludzie znęcali nade mną żartami? Nikomu nic nie zawiniłem i nie znam nawet człowieka, któremuby na drwinach ze mnie mogło zależeć. Miłość i wierność... co za pokusa! Czyżbym je naprawdę stracił z własnej winy?
Na próżno jednak zapuszczał się w przeszłość; nie mógł bowiem uprzytomnić sobie, gdzie i kiedy zasłużył na dar podobny z rąk kobiety.
Pomimo tego, list ów, dotykając jednej z najboleśniejszych stron jego życia, wytrącił go z równowagi na dni parę. Dziś nie tylko już serce zbolałe, lecz dusza i ciało jego zdawały się upadać pod brzemieniem ciemnicy, a zrozpaczone, w braku światła fizycznego, rwały się ku idealnemu, jasnemu punktowi uczucia, który jeden tylko mógłby złamane życie to podtrzymać. Walka zaś, walka ponowna z samym sobą, była tak ciężką, iż czoło jego zimnym oblewała potem, a ręce kurczyła i zaciskała spazmem nerwowym.
Po strasznej utarczce, po buncie podobnym, trwającym dni całe, następowały chwile snu, w których marzył, że widzi napowrót, że jest takim jak inni człowiekiem. Przebudzenie wszakże przywoływało go do rzeczywistości, rozpoczynając na nowo wszystkie przypuszczenia, wszystkie kombinacye, dotyczące Maisie i odrobiny uczucia, jaką mogła mu przecież była okazać.
Na szczęście, mr. Beeton zjawił się wreszcie, proponując zwykłą przechadzkę. Chciał go nawet zaprowadzić do ogrodu, lecz Heldar, pamiętny, jak go nie dawno zostawiono tam na łaskę i niełaskę losu, jak wreszcie litościwy jakiś przechodzień oddał go w opiekę policyanta, a ten odesłał dopiero doróżką do domu, Dick, pamiętny wycierpianego wówczas upokorzenia, oparł się projektowi.
— Chodźmy ulicami, położonemi wzdłuż rzeki — prosił. — Tak lubię słyszeć szum wody.
Doszli właśnie do mostu Blackfriar, gdy nagłe, skręcając ulicą Waterloo, mr. Beeton zawołał:
— O, po tamtej stronie ulicy idzie, jeżeli się nie mylę, ta sama dziewczyna, która przychodziła pozować panu do obrazu. Oho, jużto ja mam sławne oczy! W dziesięć lat poznam każdego! Nazwisk zato nie pamiętam; chyba, że lokator się nie wypłaca, wtedy...
— Zatrzymaj ją pan — prosił Dick, przerywając potok jego wymowy. — Zatrzymaj. Nazywa się Bessie Broke. Powiedz, że chcę się z nią widzieć koniecznie; prędko, prędko!
Mr. Beeton przebiegł ulicę tuż przed dyszlem omnibusu i zawołał na modelkę, która, poznawszy go, miała zamiar uciec na razie. Ręka jednak restauratora spoczęła już na jej ramieniu.
— Czy to panna pozowałaś do obrazu mr. Heldar’owi? — pytał. — Tak, to ty, poznałem cię zaraz. Chodź; czeka on na tamtej stronie ulicy i pragnie pomówić z tobą.
— Po co? — zapytała z niepokojem, w myśli jej bowiem stanęła pewna niegodziwa operacya, dokonana na świeżo ukończonej „Melancholii.“
— Alboż ja wiem? Prosił mnie o to, a że świata bożego nie widzi...
— Spił się tak?
— Gdzież tam, oślepł! Ociemniał zupełnie. O, patrz panna, stoi po tamtej stronie.
Pobiegłszy oczami w kierunku wskazywanym przez Beeton’a, ujrzała przygarbioną postać męską, opartą o poręcz mostu. Długa, zaniedbana broda spadała na spłowiały kolorowy fular, zawiązany na wierzchu brudnego paltota. Człowiek podobny nie był już niebezpiecznym, nie potrzebowała go się lękać — mogła przecież uciec w każdej chwili.
Uspokojona rozumowaniem tem, Bessie zbliżyła się do dawnego malarza, którego rysy wyraz radości rozpromienił. Tak już dawno nie słyszał głosu kobiety, tak dawno żadna nie przemówiła do niego!...
— Dzień dobry, mr. Heldar! — zaczęła Bessie, nie mogąc zapanować nad zdziwieniem, wywołanem zmianą, zaszłą w Ryszardzie.
Mr. Beeton stał z miną ambasadora, który ważnego dokonał dzieła.
— Jak się masz, Bessie! Na Jowisza! cieszę się, że cię widzę, to jest... że cię słyszeć mogę. Niedobra jesteś; dostawszy pieniądze, nie przyszłaś już ani razu zajrzeć do nas. Chociaż, co prawda, nie miałaś do tego powodu. Czy idziesz w tej chwili za pilnym interesem?
— Nie; wyszłam przejść się trochę.
— Jakto, więc znów dawny sposób życia? — zapytał Heldar głosem stłumionym.
— Broń Boże! — w głosie Bessie duma zadrgała. — Złożyłam kaucyę i dostałam miejsce bufetowej, z mieszkaniem i utrzymaniem, w bardzo dobrej bawaryi, gdzie mnie przyzwoicie traktują. Jestem teraz porządną dziewczyną.
Mr. Beeton, widząc, iż zanosi się na dłuższą gawędkę, odwrócił się i bez słówka usprawiedliwienia czmychnął po cichu. Bessie patrzyła na manewr ten z pewnym niepokojem; dopóki jednak Heldar nie mówił o zniszczonym obrazie, dopóty była panią położenia.
— Ciężka to praca uwijać się z kuflami — ciągnęła tymczasem, — tem cięższa, że kupili maszynę, która znaczy sama każdą szklankę piwa, zaczerpniętą w zbiorniku; wieczorem więc nie można przy rachunku pomylić się o jednego pensa. Czy jest w tem sens, żeby ludzie stosowali się do jakiegoś piwomierza?
— Panie Beeton! — zawołał Dick, zwracając się do nieobecnego.
— Oho, uciekł!
— Poszedł! W takim razie będę cię musiał prosić, abyś mię odprowadziła do domu. Wynagrodzę cię, rzecz prosta, za subiekcyę i czas stracony. Wszak wiesz...
Zwrócił po raz pierwszy na nią swe piękne niegdyś, a dziś niewidome oczy.
— Jeżeli nie masz czasu — dodał z wahaniem, — to może poproszę policyanta...
— Ależ nie, odprowadzę pana najchętniej. Jestem na służbie od siódmej do czwartej tylko. Reszta czasu do mnie należy.
Odwrócił się, lecz, popchnięty przez jakiegoś człowieka, zaklął głośno. Bessie ujęła go pod ramię i przez czas jakiś zręcznie a w milczeniu przez tłum się przesuwała.
— Gdzież jest pan Torpenhow? — zapytała wreszcie.
— Pojechał z powrotem na pustynię.
— W którym to kierunku?
Dick wskazał na prawo:
— Ot tam, na wschód od ujścia rzeki, potem na zachód, na południe i znów na wschód, precz za krańcami Europy. Daleko, bardzo daleko.
Słowa te, niewiele objaśniwszy dziewczynę, w zadumę ją jednak wprawiły. Milczała już przez resztę drogi.
— Bessie, napijemy się na twoją cześć herbaty z waflami — zawołał Dick radośnie, znalazłszy się pod dachem. — Nie uwierzysz, jak mnie powrót twój cieszy. Powiedz, dlaczego zniknęłaś wtenczas tak nagle?
— Myślałam, że nie jestem już potrzebna.
— No, tak, wtedy, ale później?... Dobrze, że cię przynajmniej odnalazłem.
Dziewczyna teraz dopiero rozejrzała się po pracowni.
— Cóż tu za nieład! Cóż tu za nieporządek! — wołała. — Ależ oni parę miesięcy nie sprzątali wcale!
— E, nie; dopiero od kilku tygodni nie oczyszczają pokoju. Cóż chcesz, kto tam ma dbać o to?
— Ten, kto za to pieniądze bierze. Przecież im pan płacisz. Złodzieje! Tyle kurzu! Stalugi całe pokryte pyłem.
— Nie używam ich teraz.
— Obrazy, podłoga, nawet ubranie na panu, wszystko brudne. No, rozmówiłabym ja się tu z nimi!
— W takim razie zadzwoń o herbatę — prosił Dick, cofając się instynktownie i szukając rękami zwykłego swego krzesła.
Ruch ten wzruszył dziewczynę, a zarazem dał jej pojąć całą doniosłość przewagi, jaką może pozyskać nad nim.
— Czy dawno pozostawiają tak pana?
— Nie rozumiem.
— W takim stanie opuszczenia?
— Zaniewidziałem tego samego dnia, któregoś ty odeszła; zaraz po ukończeniu obrazu; nie zdążyłem obejrzeć go nawet...
— Powiadam więc panu, iż od tej pory Beeton i jego godna małżonka oszukiwali cię najohydniej.
Kobieta może nienawidzieć mężczyznę, a jeszcze nie pozwoli, aby go w jej oczach wyzyskiwano. Co innego człowiek kochany przez nią; o tego sprawy mniej się troszczy, bo on sam da sobie radę; ów nielubiany jednak skończonym jest idyotą, sumienie więc nakazuje wziąć go w opiekę.
Bessie też uwijała się po pokoju, zaglądając do każdego kącika i kręcąc ze zgorszeniem głową. Ryszard przysłuchiwał się z rozkoszą szelestowi jej sukni; po ciszy gnębiącej, otaczającej go od dawna, stuk koreczków jej głęboką sprawiał mu przyjemność.
— Herbaty i wafli gorących! — zadysponowała krótko, gdy po drugiem dzwonieniu zapytano nareszcie, czego żąda. — Tylko, proszę, nie w tym brudnym imbryku, który podawaliście tu dawniej. Postaraj się o inny, porządniejszy, i zasyp dwie łyżeczki.
Posługaczka odeszła zgorszona, a Dick zaśmiał się z uciechy. Wkrótce jednak uwijanie się Bessie podniosło takie tumany kurzu, iż zaczął kaszlać mimowoli.
— Co ty robisz? — zapytał.
— Próbuję doprowadzić pokój do porządku. Ależ to wygląda jak rudera, nie jak ludzkie mieszkanie. Że też pan pozwoliłeś na takie niegodziwe niedbalstwo!
— Czyż mogę zaradzić czemukolwiek? Nie widzę przecież, co się koło mnie dzieje. I owszem, pościeraj trochę; będę ci wdzięczny.
Bessie okurzała właśnie obrazy z zaciekłym rozmachem, gdy na progu stanęła mrs. Beeton. Dowiedziawszy się od męża, kto jest na górze, i posłyszawszy następnie dyspozycję co do herbaty, przychodziła zepchnąć do właściwego stanowiska tę czelną istotę, która śmiała żądać nieodrutowanego imbryka.
— Czy wafle gotowe? — powitało ją pytanie Bessie, ścierającej ciągle kurz. Dzięki pieniądzom Dick’a, nie była ona już dziś wyrzutkiem społeczeństwa, włóczęgą uliczną. Złożyła kaucyę, pracowała uczciwie na kawałek chleba i ubierała się jak porządna dziewczyna; wzmocniona zaś świadomością trzech tych faktów, nie łatwo dała się onieśmielać.
Stanąwszy też nawprost siebie, obie kobiety mierzyły się czas jakiś oczami. Groty, strzelające z ich spojrzeń, byłyby swego czasu zachwyciły Heldar’a. Położenie zarysowało się jasno od razu; Bessie zwyciężyła. Mrs. Beeton powróciła też szybko do kuchni, aby zrobić owe wafle, piorunując równocześnie na męża za sprowadzanie pod dach jej podejrzanych modelek, pędziwiatrów i t. d.
— Co nam to szkodzi? — tłómaczył. — Alf, czego tu siedzisz? Wynoś się bawić na ulicę! Widzisz, Lizo, nie trzeba się malarzowi sprzeciwiać; dobry, choć do rany przyłóż; po co go więc drażnić drobiazgami i doprowadzać do wybuchu, przy którym spostrzegłby może, żeśmy powynosili mnóstwo drobiazgów z jego pokoju. Ślepemu takie rzeczy niepotrzebne; prawda, ale jednak, gdyby to przyszło przed sądy, mogłaby brzydka być sprawa... Moja wina, że tę dziewczynę zawołałem; lecz cóż chcesz... żal mi go: wiesz, że jestem uczuciowym człowiekiem.
— Zbyt uczuciowym! — mruknęła godna połowica, wyrzucając odgrzane wafle na talerz, a myśląc równocześnie o kilku przystojnych posługaczkach, które zmuszoną była oddalić ze względu na za wielką „uczuciowość“ swego męża.
— Co nam do tego, jak on się zabawia, byle płacił regularnie a dobrze — ciągnął cny mr. Beeton. — Ja potrafię postępować z młodymi dżentelmenami, ty umiesz smacznie dla nich gotować i nieźle nam się z tem dzieje. O resztę nie dbajmy. Zanieś teraz, Lizo, herbatę i, proszę cię, nie zaczynaj mi żadnych historyi z dziewczyną. Życie tego biedaka i tak jest dosyć smutne, a przytem klnie, jak licho jakie, gdy się rozzłości.
— No, imbryk choć trochę porządniejszy — przyznała Bessie, zasiadając do herbaty. — Dziękuję, mrs. Beeton; nie potrzebuje pani czekać dłużej.
— Nie miałam wcale podobnego zamiaru — brzmiała szorstka odpowiedź.
Bessie nie rzuciła ani słowa. Wiedziała, iż prawdziwe panie pokonują często wrogów milczeniem; gdy zaś pozyskało się stanowisko bufetowej w pierwszorzędnej piwiarni, łatwo już przedzierzgnąć się w ciągu kilku minut w skórę wielkiej damy.
Przejęta ważnością nowego tego stanowiska, spojrzała na siedzącego naprzeciw Heldar’a i nagle bardzo niemiłego doznała wrażenia. Surdut jego był brudny, zakurzony, tłustemi plamami pokryty. Czoło w głębokie poorało się brózdy, usta zwisały niechętnie pod długim wąsem; w brodzie i na skroniach, wśród włosów źle utrzymanych, zwichrzonych, siwe przebłyskiwały promienie. Położenie człowieka, młodego i pięknego przed kilku jeszcze miesiącami, wzruszyło ją na razie, a później tryumfem przejęło. Oto ten, który szydził z niej zawsze i poniewierał nią wzgardliwie, złamany dziś, zgnębiony, zdeptany, był w mocy jej nieledwie.
— Och! — mówił Heldar tymczasem — gdybyś ty wiedziała, jak mi przyjemnie czuć koło siebie żywą istotę! Bessie, mów co do mnie, opowiadaj mi o twych zajęciach, o powodzeniu, jakiego doznajesz pewno w bawaryi.
— Mniejsza o mnie; zerwałam z dawnem życiem, to dosyć. Powiedz mi pan lepiej, dlaczego tak nagle wzrok utraciłeś i czemu nikt z twojej rodziny nie weźmie cię w opiekę?
Szorstki ton jej głosu nie raził już Heldar’a; wystarczało mu, że może mówić z kimkolwiek.
— Zaniewidziałem wskutek rany, otrzymanej w głowę. Co zaś do opieki, ba! któżby tam dbał o mnie? Zresztą mr. Beeton zupełnie mi wystarcza.
— Przecież, będąc zdrowym, musiałeś pan mieć rozmaitych znajomych, przyjaciół?
— Wolę ich nie widzieć.
— I dlatego zapewne zapuściłeś brodę? Każ się pan ogolić, bo ci z nią nie do twarzy.
— Wielkie nieba! Sądzisz więc, mała, że mnie takie drobiazgi obchodzą?
— Powinieneś pan dbać o siebie. Proszę zrzucić ten zarost szkaradny, zanim tu przyjdę drugi raz. Wszak mogę powrócić, nieprawdaż?
— Będę ci serdecznie wdzięczny, Bessie; wiem, że dokuczałem ci nieraz dawniej, że cię gniewałem rozmyślnie.
— Doprowadzałeś mię pan do ostatniej złości.
— Żałuję dziś tego i przepraszam cię. Jeżeli masz trochę serca, przychodź do mnie częściej. Jestem osamotniony na świecie; Bóg jeden widzi, jak bardzo osamotniony! Prócz ciebie i Beeton’a, żywa dusza nie przestąpiła jeszcze tych progów.
— O, ten Beeton szczególniej i jego żona wiele sobie z panem zadają kłopotu. Znać to na każdym kroku. Obdzierają cię, nic w zamian nie robiąc; dosyć rzucić tu okiem, aby odgadnąć, jak rzeczy stoją. Dobrze więc, powrócę, będę nawet często przychodzić, ale każ się pan ogolić i przebrać w inne rzeczy. Nie podobna patrzeć na ciebie w tym surducie.
— I owszem, mam przecież kilka garniturów.
— Wiem o tem. Powiedz pan Beeton’owi, aby ci wydostał nowe ubranie; już ja potrafię utrzymać je w porządku. Można być ślepym jak kret, a przecież nie potrzeba wyglądać na włóczęgę.
— Więc ja wyglądam jak włóczęga?
— Och, zrobiłam przykrość panu! Przepraszam!
I współczuciem kierowana pochwyciła serdecznie obie jego ręce. Była to pierwsza kobieta, która cieplejszem przemówiła słowem, która zajmowała się jego niedolą. Dick wzruszony pochylił się, chcąc ją pocałować, dziewczyna jednak powstała natychmiast.
— Trzeba się wpierw przebrać i wyglądać przyzwoicie, a potem dopiero myśleć o czułościach — rzuciła. — Ogolenie się i świeże suknie to nic strasznego.
Słyszał, jak naciągała rękawiczki, lecz, onieśmielony, nie próbował odezwać się nawet. Bessie zaszła tymczasem na palcach za jego fotel i nagle pocałowała go serdecznie w szyję, poczem, szybka jak strzała, uciekła z takim samym pośpiechem z pokoju, jak wówczas, po zniszczeniu „Melancholii.“
— No — myślała, biegnąc po schodach, — czy też mr. Heldar przypuszczał kiedy, że mu moje pocałunki zdołają sprawić przyjemność? Phi, jak się ogoli i ubierze, będzie jeszcze przystojny człowiek... Ależ ten łotr Beeton go urządził! Jestem pewna, że pokradł wszystko, że chodzi nawet w jego bieliźnie. Już ja to doprowadzę do porządku; trzeba tylko wpierw sprawdzić, na ile Heldar’a liczyć można... Kto wie, czyby to nie okazało się zyskowniejsze nad bawaryę? Zostałabym wielką panią, nie potrzebowałabym nic robić, a przytem w innej dzielnicy ktoby tam wiedział! Myśleliby, że jestem jego żoną...
Dick nie był jej wdzięcznym wcale za ów pożegnalny pocałunek. Palił on go i piekł przez noc całą, lecz przez noc całą również filtrował w żyły jego przekonanie, iż brzytwa i nowy garnitur są nieodzowną w życiu koniecznością. Zgodziwszy się raz na to, inaczej już nazajutrz wyglądał. Wyświeżony, czysty, podniósł nawet do góry głowę, rozpacznie dotąd na piersi opuszczoną, i poczuł, iż życie nie przestało go zajmować. A całego cudu dokonał pocałunek kobiety, dokonał zaś dlatego jedynie, iż w innych warunkach mogła go złożyć Maisie, że utrwaliłaby go później pieszczot tysiącem...
— Zastanówmy się tylko — tłómaczył sobie po śniadaniu: — dziewczyna ta przecież nie dba o mnie, kierowała nią jedynie chęć zysku, żądza pieniędzy, tak, pieniędzy... A zatem, skoro opieka i towarzystwo są do sprzedania, zapłacę, ile zechce, i kupię je sobie. Nie mam nikogo na świecie, ktoby się zatroszczył o mnie; jeżeli więc ten wytwór ulicy i rynsztoka podejmie się w zamian za złoto nie opuszczać mnie wśród ciemni i samotności, niech bierze złoto; nie pożałuję jej pewno sukien, ani świecidełek, byle w zamian siedziała tu i mówiła do mnie, bylem czuł żywą duszę obok siebie.
I pocierając świeżo ogolony podbródek, niepokoił się już tylko myślą, że może Bessie nie wróci.
— Maisie, zobaczywszy mnie raz, nie pokazała się przecież więcej. No, ale Maisie miała racyę; praca pochłaniała ją, sława była ideałem, ku któremu dążyła zawsze. Tymczasem ta... cóż ją w życiu zajmuje, prócz kufli od piwa? Chyba, że znalazła sobie jakiego adonisa. Tfu! być oszukiwanym dla posługacza z szynku. Jakże ja nizko spadłem!...
Głos wewnętrzny szeptał mu równocześnie:
— Strzeż się! Sprawa ta dobije cię, przyniesie ci więcej bólu, niż wszystkie poprzednie. Dziewczyna będzie ci wspomnieniem tego, co być mogło, a nigdy się nie stanie, złudzeniem, zmorą, męką Tantala. Ona cię do obłędu doprowadzi.
— Wiem i czuję to — wolał, zaciskając pięści. — Czy jednak biedny ślepiec ma nic już nie wymagać od życia? Czy jedzenie trzy razy na dzień i brudny surdut to jedyne rzeczy, dla niego dostępne? Och, niechby przyszła prędzej!
I przyszła w południe. Spełniła jego życzenie, bo nie miała na razie nikogo innego, bo pociągała ją nadzieja dużych zysków materyalnych.
— O, nie poznałabym pana! — zawołała z wyraźną w głosie pochwałą. — Wyglądasz znów na wytwornego i dbającego o siebie dżentelmana.
— Może więc zmiana ta przyniesie mi nowy pocałunek? — zapytał, rumieniąc się nieco.
— Kto wie... byle nie w tej chwili. Teraz zastanówmy się lepiej, w czem panu użyteczną być mogę. Ten Beeton wyzyskuje cię niecnie. Jestem pewna, że odkąd nikt rachunków jego nie przegląda, musi je podwójną kredką podawać. Nieprawdaż?
— Zapewne. Najlepiejby też było, gdybyś zechciała pozostać tutaj i prowadzić dom dla mnie.
— Tu? W tem mieszkaniu? Za nic na świecie! Pan wiesz sam, że zbyt dobrze nas tu znają.
— Moglibyśmy przeprowadzić się gdzieindziej. To już od ciebie zależy; zdecyduj się tylko.
— I owszem; co do opieki, nic nie mam przeciwko temu. Bardzo chętnie zajęłabym się panem; pracować jednak na nas oboje to trochę ciężko.
Pokusa zbyt silną była, przymówka zbyt wyraźną.
— Wszak wiesz, gdzie chowałem książeczki bankowe? Podaj je więc i rozpatrz sama.
— Czy są, jak zawsze, pod pudełkiem z tytuniem? Ach!
— Co się stało?
— Och! Cztery tysiące dwieście dziesięć funtów szterlingów, dziewięć szylingów i jeden pens! Boże święty!
— Mogę ci tego pensa podarować. Wszak dosyć będzie za rok pracy? Zresztą, niech tam! dodam ci jeszcze do niego sto dwadzieścia funtów stałej pensyi. Czy cię to zadowolni?
Piękne suknie, pozory wielkiej pani i prawo do próżniactwa z chimery zamieniały się nagle w rzeczywistość. Bessie potrzebowała tylko wyciągnąć po nie rękę. Wpierw jednak chciała dać dowód, iż troskliwością swą i gospodarnością zasłuży na względy podobne.
— Pamiętaj pan jednak — podsunęła, — iż musiałbyś się przeprowadzić. Pociągnie to kłopot za sobą. Gdyby bowiem przyszło do przenoszenia rzeczy, przekonalibyśmy się, jak sądzę, że ich tu wiele braknie. Beeton pokradł masę drobnostek, pokoje bowiem były dawniej więcej zapełnione, niż dzisiaj.
— Mniejsza o nie; kiedy wziął, niechże je trzyma. Jedyny przedmiot, który zabrać stąd pragnę i do którego nadzwyczajną przywiązuję wartość, to ów obraz, przy pomocy twej malowany. Pamiętasz, jak to, pozując do niego, złościłaś się nieraz na mnie? Aby ci chwil tych nie przypominać, gotów jestem wyprowadzić się, gdzie tylko zechcesz. Obraz jednak zabierzemy z sobą.
— O, dobrze! — wyjąkała zmieszana.
— Ukryjemy się przed światem, skoro przed samym sobą ukryć się nie mogę. Ładnych sukien też ci nie pożałuję; a że je lubisz, więc pocałuj mię w zamian. Bogi święte! żebyś ty, Bess, wiedziała, jak to miło po tylu tygodniach samotności poczuć pieszczotę kobiety!
Przyjemność tę jednak zatruła myśl, której obawiał się tak bardzo. Bo gdyby to ramiona jego obejmowały kibić Maisie, gdyby ją ośmielił się pocałować w ten sposób, gdyby mu ona pieszczotą za pieszczotę odpłaciła, gdyby...
Przycisnął mocniej dziewczynę, aby nie krzyknąć z bólu, jaki go smagał w tej chwili; ona zaś, sądząc, iż uścisk ten jest dowodem afektu, rozmyślała, czy nie najlepiej przyznać się do zniszczenia „Melancholii.“ Skoro tak pragnął ciągłej jej obecności, równie więc drobny wypadek mógł go co najwyżej rozgniewać trochę. Zresztą, co za sposobność do pokazania mu swej przewagi; niech jej się lęka nawet; stosunek taki bardzo dobrze wpływa na dalsze wspólne pożycie.
Wysunęła się z jego ramion i zaśmiała nerwowo.
— Phi, ja na pańskiem miejscu nie tak bardzo troszczyłabym się o ten obraz.
— Dobrze, żeś przypomniała; poszukaj go zaraz, moja Bess. Znajdziesz łatwo, bo znasz przecież płótno to doskonale.
— Znam, ale...
— Ale co? Sądzę, żeś dosyć sprytna, aby je zawieźć do handlarza, zajmującego się temi rzeczami, i sprzedać według moich wskazówek. Kobieta umie nawet lepiej targować się, niż my, mężczyźni. Z obrazu tego powinniśmy otrzymać na... na nowe nasze gospodarstwo od ośmiuset do dziewięciuset funtów. Mogłem go już zbyć dawno; najwpierw jednak nie chciałem sprowadzać tu nikogo, powtóre zaś trudno mi było rozstać się z pracą, która pochłonęła część mego życia. Dziś jednakże, gdy trzeba myśleć o przeprowadzce i urządzeniu się, pieniądze te bardzo w porę przyjdą. Wszak prawda, Bess?
W miarę słów Heldara zaczęła dopiero pojmować doniosłość swego czynu, zaczęła żałować go głęboko; znała przecież wartość pieniędzy. Nie, to nie podobna! ociemniały musiał pracę swą przeceniać. Mężczyźni zwykli miewać niedorzecznie wysokie wyobrażenie o własnej robocie; rzecz to przecież wiadoma. Przybrała więc minę pokojówki, która przyznaje się dobrowolnie do stłuczenia twej fajki.
— Ha, trudno; powiem prawdę. Widzi pan, taka byłam wtedy zła, że mr. Torpenhow odjechał...
— Co prawda, miałaś trochę racyi gniewać się na mnie...
— No, więc też... I tak pewno mr. Torpenhow powiedział panu?
— Co miał powiedzieć? Bogi święte! zamiast się jąkać, chodź lepiej i pocałuj mię raz jeszcze.
Sprawdzał nie po raz pierwszy, dzięki własnemu doświadczeniu, że pocałunek jest trucizną, która nienasycone budzi pragnienie. Im więcej jej dostaniesz, tem częściej trzeba później dawkę powtarzać. Bessie jednak nie kazała się prosić tym razem; uściskała go, szepcząc równocześnie prawie:
— Nie gniewaj się, ale tak byłam zła wtenczas, że obraz ów cały zatarłam ścierką i terpentyną.
— Co? coś ty powiedziała?
Palce jego chwyciły dłoń dziewczyny z mocą kleszczy żelaznych.
— Wyskrobałam wszystko nożem i zatarłam terpentyną. Cóż?... myślałam, że namalujesz napowrót, i koniec. Pewno i tak naprawił pan przed oślepnięciem? Och, proszę puścić rękę, bo mnie boli!
— Czy nic nie zostało z obrazu?
— Jakto nic? Przecież jest płótno. A, pan się pyta o malowanie? Wszystko wyskrobałam, ot tak, przez figle. Co? chcesz mnie uderzyć?
— Bić cię? Nie; po co?
I nie puszczając dłoni jej z żelaznego uścisku, stał, jakby pod wrażeniem doznanego ciosu, z oczami w ziemię utkwionemi. Przez tyle tygodni starał się nie myśleć o „Melancholii,“ usiłował zapomnieć, iż stanowiła ona część przeszłości, na zawsze dla niego zamarłej. Z powrotem jednak Bessie, z nowymi projektami życia, obraz ów ukochany wyłonił się nagle z ciemności i w żywszych tylko barwach stanął napowrót przed nim. Wszak dzięki jemu mógł zakosztować raz jeszcze upojenia sławy i tryumfu, mógł zdobyć garść pieniędzy, którymi przykułby do siebie dziewczynę tę, by w towarzystwie jej zapomnieć snadniej o Maisie. Tymczasem szaleństwo występnej posługaczki niszczyło wszystko od razu, niweczyło nawet nadzieję, by obecność potwora tego była mu kiedy ulgą i rozrywką.
Najstraszniejszym szczegółem zbrodni, przez Bessie popełnionej, wydała mu się świadomość śmieszności, jaką się okrył w oczach Maisie. Kobieta przebaczy mężczyźnie zniszczenie pracy całego swego życia, jeżeli on w zamian miłość jej swą przyniesie. Mężczyzna łatwiej daruje złamanie miłości, życie całe trwającej, niż zniweczenie dzieła rąk swych lub umysłu.
Dick Heldar zaśmiał się z cicha.
— Bessie — mówił, — sprawa ta jest przestrogą, z nieba mi zesłaną, a zarazem słuszną karą z góry za to, co uczynić chciałem. Na Jowisza! teraz rozumiem, dlaczego Maisie uciekła wtedy! Trudno jej się dziwić, że wzięła mnie za obłąkanego. Więc cały obraz zniszczyłaś, zatarłaś? I powiedz mi, co cię popchnęło do tego?
— Byłam zła; ale teraz... teraz już gniew mój minął i nawet dziś żal mi szczerze...
— Ha, ciekawa rzecz! Chociaż moja to tylko wina...
— Że co?
— Że taki kawał błota, jak ty, mógł wpłynąć na bieg mego losu, na kierunek życia.
Mówił do siebie poniekąd. Bessie jednak, obrażona, spróbowała wyrwać rękę z więżących ją kleszczy.
— Nie masz pan prawa nazywać mię kawałem błota! Zniszczyłam obraz przez nienawiść dla ciebie; jeżeli też żałuję dziś mego czynu, to dlatego jedynie, że jesteś, że jesteś...
— Ślepy; wiem o tem. Mów śmiało, niema jak poczucie taktu w drobnych rzeczach.
Bessie zaczęła płakać. Nie podobał jej się żelazny uścisk jego dłoni; gniewało ją, że zemstą swą śmiech tylko wywołała; przerażał wreszcie wyraz twarzy ociemniałego.
— Otrzyj łzy — mówił, ujmując ją napowrót w ramiona. — Zrobiłaś, co ci się słusznem wydawało.
— To niech pan nie mówi, że jestem kawał błota, niech się pan nie gniewa.
— Ależ ja się wcale nie gniewam; przeciwnie, pozwól mi tylko myśli zebrać.
Bessie przytuliła się do niego, a ruch ten, przywodząc mu na myśl Maisie, zabolał go tak, jak boli rozpalone żelazo, przyłożone do rany niezagojonej.
Nie wolno mężczyźnie łączyć się bezkarnie z obcą i obojętną sobie kobietą. Okrutne wrażenie związków takich znają ci wszyscy, którzy w ramionach żon swych rozpamiętują jedyną a prawdziwą miłość całego życia. Odrzuciwszy ją niegdyś lekkomyślnie, lub odtrąceni przez nią, zachowują na zawsze wspomnienie, które później, w chwilach pozornego upojenia nawet, srogą staje się katuszą.
Myśli te utrwalały się z siłą najwyższego argumentu w duszy Heldar’a.
— Chociaż ty tego nie rozumiesz, Bess — mówił, podnosząc głowę, — Bóg jednak strasznym lecz sprawiedliwym jest sędzią, sędzią, który przemawiając do nas, nie gardzi bronią satyry. Zostałem słusznie ukarany; dobrze mi tak, bardzo dobrze! Torp jeden zdołałby mię zrozumieć; ale, prawda, wszak jago wybawiłem z rąk twoich. Niechżeż to zostanie policzone na moją korzyść tam, w górze.
— Puść mię pan! — wołała Bess z gniewem. — Puść mię!
— Poczekaj i na to przyjdzie kolej; wpierw jednak powiedz mi, czy chodziłaś kiedy do szkółki niedzielnej?
— Nie chodziłam. Puść mię, powtarzam. Nic chcę, abyś się naśmiewał ze mnie.
— Cóż za myśl! Szydzę z siebie samego tylko. Więc nie byłaś w szkółce? Nie znasz zatem słów: „Wybawiał innych, siebie jednak nie mógł ocalić,“ a mnie to właśnie przyszło na myśl wraz ze wspomnieniem Torpenhow’a.
Oswobodził rękę jej, lecz równocześnie tak zagradzał drzwi, że uciec nie mogła.
— No, patrzcie państwo! — ciągnął — ile to jedna marna istota zdoła złego narobić!
— Żałuję, bardzo żałuję, żem obraz zepsuła.
— A ja wcale nie żałuję. Wdzięczny ci nawet jestem. Powiedz tylko, o czem mówiliśmy przedtem?
— O przeprowadzeniu się i... i o pieniądzach. Mieliśmy mieszkać razem, ja i pan.
— Prawda. Dobrze, przeprowadzimy się, to jest ja sam zmienię lokal.
— A cóż ze mną się stanie?
— Dostaniesz jednorazowo pięćdziesiąt funtów za to, że obraz zepsułaś.
— Jakto?... więc... więc pan nie chce?...
— Nie, moja droga, to już skończyło się. Pomyśl... zyskałaś i tak sporą sumkę, za którą będziesz miała kilka ładnych sukien.
— Mówiłeś przecież, że sobie beze mnie nie dasz rady.
— Tak, to było przedtem, ale teraz lepiej się już czuję. Dziękuję ci za troskliwość. Daj mi kapelusz.
— A jeżeli nie zechcę?
— To Beeton poda, a ty stracisz pięćdziesiąt funtów. Oto wszystko. Przynieś lepiej.
Bessie zaklęła z wściekłości. Litowała się nad tym człowiekiem szczerze, całowała go szczerzej jeszcze, bo był nawet przystojny, a najszczerzej pragnęła się zająć nim i jego czterema tysiącami funtów, które ktoś przecież wydać będzie musiał. I naraz, przez zbytnią babską gadatliwość, straciła wszystko: pieniądze, ładne suknie, stanowisko nawet, bo branoby ją prawie za prawdziwą lady.
— Zapal mi fajkę. Straciłem gust do tytuniu, ale to nic; spróbuję palić dla zebrania myśli. Co za dzień mamy dzisiaj, Bessie?
— Wtorek.
— A w czwartek odchodzą statki. Jaki ja byłem dotąd osieł, jaki osieł! Dwadzieścia dwa funty za przejazd, dziesięć na nadzwyczajne wydatki; staniemy u pani Binat, po starej znajomości. Więc trzydzieści dwa funty i sto na koszta pobytu. To się Torp zdumi, zobaczywszy mnie nagle!...
— Czego ty płaczesz, Bess? Przecież to nie twoja wina. Otrzyj lepiej oczy, głupiutkie stworzenie, i chodź ze mną na miasto. Zabierzemy książeczki bankowe z sobą. Czekaj chwilę. Cztery tysiące funtów, umieszczone na cztery procent, bo to najbezpieczniej, przyniesie 160 rocznie; gdy dodam 120 dawnej mojej renty, otrzymamy 280 funtów. Ależ to zapewni jednej kobiecie zbytkowne nawet życie. Bess, idziemy do banku!
Podniósłszy stamtąd dwieście dziesięć funtów w gotówce i schowawszy je starannie, Heldar wydał zdumionej Bessie polecenie, aby go prowadziła do biura zaatlantyckiej komunikacyi.
— Proszę o jeden bilet pierwszej klasy i o kajutę, położoną w pobliżu bagaży — rozkazał krótko. — Jaki okręt odchodzi najwpierw?
— Colgong — brzmiała odpowiedź.
— Dziękuję. Racz pan zmienić pieniądze i doliczyć mi resztę, ot tu, na rękę, gdyż oczy niedopisują mi trochę.
Znalazłszy się w swem mieszkaniu, Dick dotknął z zadowoleniem przyniesionych pieniędzy.
— Teraz — mówił — nie dosięgnie mnie już złość człowieka, szatana, lub, co wiele więcej znaczy... złość kobiety. Mam jeszcze trzy rzeczy do załatwienia, ale w tych nie potrzebuję twej pomocy. Przyjdź więc, Bessie, w czwartek dopiero; odprowadzisz mnie od razu na stacyę.
— I co pan masz zamiar zrobić?
— Wyjechać przedewszystkiem. A po cóż zostałbym tu dłużej?
— Nie dasz sobie przecież sam rady.
— O, i owszem; najtrudniej tylko raz zacząć. Dziś widzę, że wszystko potrafię. Odwaga ta zasługuje na nowego całusa z twej strony, Bess. Nie chcesz? Masz racyę. Przyjdź więc pojutrze po obiecane ci pieniądze.
— Może pan mię zwodzi tylko?
— Ha, zobaczysz. Tymczasem, schodząc, przyślij tu Beeton’a.
— Ile są warte moje sprzęty, zawarte w tych pokojach? — zapytał, gdy właściciel chambres garnies stanął na progu.
— Ocenianie ich nie do mnie należy. — Są tu rzeczy ładne, są inne mocno zniszczone.
— Ubezpieczyłem je na dwieście siedmdziesiąt funtów.
— Polisa asekuracyjna niczego nie dowodzi; chociaż nie przeczę...
— Bodajś przepadł z długiemi omówieniami. Rzeczy te musiały być niezłe, skoroś ich tyle pokryjomu nawynosił. Widzisz, że wiem o wszystkiem. A teraz krótko: Ile dajesz za resztę?
— Pięćdziesiąt — rzucił mr. Beeton bez wahania.
— Podwój sumę, albo spalę i połamię wszystko, co do mnie należy, a tu się znajduje.
Podszedł do etażerki, mieszczącej cały stos albumów, i silnem szarpnięciem wyłamał podtrzymujący ją mahoniowy słupek.
— Panie, to grzech! — zawołał przerażony gospodarz.
— Moja własność... wolno mi zniszczyć. A więc sto funtów, albo...
— Dam już sto. Sama naprawa tego słupka będzie mnie kosztowała ze trzy szylingi.
— A! zgadzasz się więc!... Jakżeż ohydnym musisz być oszustem, skoro mogłeś zdwoić cenę od razu!
— Sądzę, iż lokatorzy nie mogą się uskarżać na mnie; pan zaś mniej masz do tego prawa od innych.
— Jutro wypłacisz mi pieniądze, a zarazem dopatrzysz, mr. Beeton, aby osobiste me rzeczy zostały spakowane do walizy. Wyjeżdżam w tych dniach.
— Przepraszam! Mieszkanie nie zostało wymówione na kwartał z góry.
— A więc za kwartał zapłacę. A teraz racz mnie zostawić w spokoju. Nie, wpierw jeszcze przynieś mi, panie Beeton, pióro i arkusz papieru.
Pisanie dla ociemniałego nie jest rzeczą łatwą, szczególniej gdy chce on — jak Dick w tej chwili — skreślić dokument czytelny i wyraźny. Posuwał więc dłoń ruchem niepewnym, kierując rękę prawą według wskazówek lewej:
„Niejasność i zmieniony charakter mego pisma wynikają w niniejszej ostatniej mej woli z tego jedynie powodu, że, jako ociemniały, nie widzę liter i nie mogę prawidłowo piórem kierować.“
— No — rozumował, — tego nie przekręci żaden adwokat. Sądzę, iż wystarcza stwierdzić powyższe zastrzeżenie własnem nazwiskiem; świadkowie byliby tu zbyteczni.
I odmierzywszy palcem przestrzeń jednej linii, pisał poniżej:
„Ostatnia moja wola czyli testament. Ja, Ryszard Heldar, zdrów na ciele i umyśle, czynię wiadomem, że: 1. Żadnych rozporządzeń majątkowych przedtem nie robiłem. 2....“
— Cóż za przeklęte pióro! — przerwał sobie i, zaniepokojony oderwaniem go, ciągnął: — Gdzie ja, u licha, byłem? Chyba na tem miejscu: „2. Wszystko, co posiadam na świecie, włączając w to cztery tysiące funtów i dwa tysiące siedmset dwadzieścia ośm funtów, złożonych...“ Nie, czuję, że jeden wiersz wchodzi na drugi! — zawołał rozpacznie, i podarłszy arkusz, zaczął pisać z wszelkiemi ostrożnościami na drugim; doszedłszy zaś do tego samego punktu, dodał:
„Wszystko, co posiadam na świecie, przekazuję na wyłączną własność...“
Tu następowało nazwisko Maisie i jej adres, oraz wymienienie obu banków, w których zdeponował swe pieniądze.
— Może nie jest to po formie, ale przecież nikt nie będzie miał racyi woli mej się sprzeciwiać. Panie Beeton, znasz mój podpis, proszę więc, zechciej własnoręczność jego poświadczyć. Dziękuję. Wszak raczysz pan pójść jutro ze mną i pomódz mi do złożenia dokumentu tego w ręce właściwej władzy? A teraz każ, proszę cię, rozpalić ogień w piecu i podawać mi nagromadzone tu teki, rysunki, listy, notatniki...
Gdy płomień pochłonął wszystko, Dick zrewidował własnemi rękami ściany i szuflady.
— Nic nie zostało! — mruknął Beeton — piec aż czerwony.
— Doskonale! Straciłeś szkiców za tysiąc funtów co najmniej. Ho, ho! więcej niż za tysiąc! Pamiętam przecież, co tam było.
— Zapewne — przyznał mr. Beeton, aby go nie drażnić, był bowiem przekonany w tej chwili, iż Heldar dostał łagodnego obłędu. Czyżby inaczej pozbywał się mebli za byle co, skoro miały one większą wartość od tych wszystkich płócien, dla których strych najodpowiedniejszem będzie schowaniem? Pozostawało więc tylko złożyć testament w miejscu bezpiecznem. Postanowiwszy zrobić to nazajutrz, Ryszard obszukał raz jeszcze ściany i biurko, a przekonany, iż po przeszłem jego życiu żaden ślad nie został, usiadł przed żelaznym piecykiem, nasłuchując wśród ciszy nocnej syku płomienia, który pochłaniał całą dotychczasową jego działalność, całe istnienie nieomal.




ROZDZIAŁ XIV.

— Bywaj zdrowa, Bessie! Obiecałem ci pięćdziesiąt funtów, masz sto, to jest tyle, ile dostałem za meble od Beeton’a. Zapewni ci to ładne sukienki na czas jakiś. Może jesteś w gruncie niezłą dziewczyną, ale ciężko dałaś się we znaki i mnie i Torpenhow’owi.
— Uściskaj go pan jednak ode mnie.
— O, ma się rozumieć, że uściskam. Ale zaprowadź mię do kajuty; tam nareszcie odzyskam wolność, tam nic dosięgnąć mię już nie zdoła.
— Kto będzie opiekować się panem na okręcie?
— Jeżeli pieniądze posiadają moc jakąkolwiek, to na statku zajmie się mną zarządzający, w Port-Said doktor; a dalej, dalej... Bóg. On jeden opiekował się mną dotąd.
I pożegnawszy dziewczynę chłodnym pocałunkiem, Heldar położył się na swem posłaniu, czekając, aż okręt, opróżniony z krewnych i przyjaciół, z kobiet, które z płaczem odprowadzały podróżnych, przyjmie zwykłą swą fizyognomię. Dziwna rzecz, człowiek ten, onieśmielony kalectwem, zniedołężniały wskutek ślepoty, tu odzyskiwał całą swobodę i przytomność. Zdawało się, że znał z góry każdy zakątek kajuty i okrętu, że się urodził i wzrósł wśród tych sprzętów. Opatrzność też zesłała mu litościwie skarb, nieznany od dawna, bo sen spokojny a głęboki, sen, który uwolniwszy go od obrazu Maisie, rozproszył się dopiero w chwili, gdy parowiec na pełne wydostał się morze.
Usłyszawszy plusk wody i łoskot maszyny, wyciągnął się rozkosznie.
— Och, jak dobrem jest życie! — zawołał, i ziewnąwszy głośno, poszedł śmiało na pokład.
Trzymanie się stołów i poręczy zdradza na lądzie ociemniałego kalekę, na oceanie jednak jest rzeczą tak zwyczajną, iż niczyjej nie zwraca uwagi. Ślepiec więc, niepodlegający morskiej chorobie, ma tu wyższość nawet nad widomymi, z których żartować mu nie wolno. Heldar potrafił nawet zjednać sobie o tyle doktora, iż tenże przyrzekł poświęcić mu parę godzin czasu po przyjeździe do Port-Said.
— Zawieź mnie pan tylko do madame Binat, jeżeli wiesz, gdzie to jest — prosił Dick. — Dalej dam sobie sam radę.
— Phii! — świsnął doktor. — Czy wiem? Zapewne, że wiem; Port-Said nie przedstawia wielkiego wyboru; nie mniej czuję się w obowiązku uprzedzić pana, że ze wszystkich dziur piekielnych ta najgorszej jeszcze używa opinii. Gotowi cię najwpierw okraść, a później zasztyletować.
— Mnie osobiście nic tam złego nie spotka. Zawieź mnie pan tylko, resztę biorę na siebie.
Znalazł się więc wkrótce pod dachem madame Binat, a spragnione, drżące jego nozdrza wciągały z rozkoszą powietrze Wschodu, to odrębne, specyalne powietrze, którego zapach upaja, od Port-Said aż do Hong-Kong, wszędzie, gdzie rozbrzmiewa równocześnie szkaradna, krajom tym właściwa lingua franca. Upał prażył go w łopatki, noga usuwała się na rozpalonym piasku; rękaw, podniesiony do policzka, gorący był, jak chleb świeżo z pieca wyjęty. Heldar oddychał pełną piersią; wszak te ogniste promienie to starzy przyjaciele, za którymi tęsknił tak dawno.
Biedny Binat, ów zmarnowany artysta, mówiący o poniżeniu sztuki, nie żył już; żona jego przyjęła Ryszarda z radością i zapałem.
— Tu pamiętają mnie po roku; tam, za morzem, w ojczystym kraju, dziś już nikt nie wie, że żyłem na świecie — myślał z goryczą. — Jak dobrze uczyniłem, wracając do Afryki!
Wieczorem madame wystawiła na piaski mały stoliczek od kawy i zasiedli przy nim oboje, podczas gdy dom, leżący za nimi, zapełniał się wrzawą, weselem, groźbami i klątwami. Gwiazdy pokryły szafir nieba, latarnie okrętów, stojących na kotwicy, jak gwiazdy błyszczały również.
— Wojna dobrem jest rzemiosłem. Ale powiedz mi, mój drogi, co ty robisz tutaj? — pytała pani poufale. — Dlaczego opuściłeś Anglię?
— Bo oślepłem, jak widzisz.
— Tak, lecz wpierw zakosztowałeś sławy i rozgłosu, którego echo dochodziło aż do nas; używałeś przytem zwykle typów, zbieranych tutaj. Żółty Tina, na przykład, powraca ciągle w twych rysunkach; to też gdy nadchodziły angielskie illustracye, pokazywałam mu własny jego portret i śmieliśmy się wszyscy niezmiernie. Powodzenie twe, rosnące z dniem każdym, musiało ci przynieść wiele radości i sporo pieniędzy.
— Tak. Nie jestem już dziś ubogim; możesz pani liczyć na dobrą zapłatę.
— Nie dotknęłabym jej nawet; od dawna wynagrodziłeś mię za wszystko. Mój Boże! — westchnęła — ślepota w tym wieku, co za okropność!
Dick nie widział włosów swych posrebrzonych siwizną i nie czuł potrzeby współczucia; chciał tylko śpieszyć tam, na czoło walczących, a życzenie to gorąco wypowiadał.
— Ale jak się dostać, którędy? — pytała zdumiona. — Zatoka pełna okrętów angielskich, strzelają ciągle, bardziej nawet, niż podczas wojny przed dziesięciu laty. Walka wre również poza Kairem, bez passe-partout korespondenta wojennego nigdy cię więc nie dopuszczą. Na pustyni biją się także; któż jednak zdoła przedrzeć się tamtędy?
Muszę być w Suakimie! — oświadczył stanowczo.
Myśl tę podsunęła mu owa gazeta, w której Alf czytał malowniczy list Torpenhow’a, opisujący obóz, rozłożony pod Suakimem. Heldar wiedział przytem, iż madame Binat posiada w tamtych stronach stosunki i że, gdy zechce, potrafi go za ich pomocą przeprawić.
— Ależ w tym punkcie gotuje się literalnie. Pustynia roi się od ludzi, których zdaje się rodzić w swej obronie. Dlaczego koniecznie do Suakimu?
— Bo tam jest mój przyjaciel.
— Przyjaciel? Phii! Czy nie śmierć czasem nazywasz tem mianem?
— Nie, myślałem o człowieku. Ale... ale... gdyby mi nawet o śmierć chodziło, czy wzięłabyś to za złe?
— Za złe? — zaśmiała się ostro. — A któż ja jestem, abym się ośmielała ganić kogokolwiek, prócz tych, którzy, zjadłszy i wypiwszy, chcą mię oszukać w zapłacie? Nie ganię zatem, lecz sądzę, że to okropne!
— Muszę być w Suakimie; myśl więc i działaj za mnie. Nie mam tu nikogo; wszyscy wymarli lub wyjechali. Wiem wprawdzie, że lekkie parostatki egipskie...
— Nie kłopocz się dłużej. Łatwiej mnie, jako miejscowej, wszystko przewidzieć i pokierować. Skoro tak bardzo tego pragniesz, pojedziesz do Suakimu i zobaczysz owego przyjaciela. Siedź tu cicho, a gdy się dom opróżni, idź spać spokojnie. Pojedziesz, daję ci słowo na to.
— Jutro? Wszak prawda?
— O ile będzie można najprędzej.
Przemawiała do niego jak matka do chorego dziecka, a choć dom cały wrzał zabawą i rozbrzmiewał krzykami, madame Binat, doglądająca sama napojów i kasy, znalazła nie tylko chwilę, aby zająć się umieszczeniem Heldar’a, lecz nawet strzegła jego interesów, uśmiechając się do oficerów tureckich oraz do właścicieli wielbłądów; jedni bowiem jak drudzy mogli jej być pomocni w wyprawie Ryszarda.
Nazajutrz z rana, ubrana, pomimo wczesnej bardzo godziny, w ognistą suknię balową, której przód zdobiły szerokie hafty złote, przywdziawszy naszyjnik ze szklanych dyamentów, przyrządziła czekoladę i sama zaniosła ją do pokoju Dick’a.
— Nie poruszaj się — mówiła od progu, — to tylko ja. W moim wieku wolno wejść wszędzie. Wiem, że we Francyi matki przynoszą niekiedy śniadanie synom do łóżka; wyobraź sobie, że w tej roli tu jestem.
Usiadła obok niego, mówiąc szeptem:
— Wszystko ułożone; pojedziesz statkiem, dzięki dziesięciu funtom angielskim, którymi przekupiłam kapitana. Rząd nic mu nie daje, rad więc zarobić pokątnie cokolwiek. Staniecie w Suakimie za cztery dni, pojedzie zaś z tobą Jerzy, grecki mulnik; przyrzekłam mu także dziesięć funtów. Ma się rozumieć, że ja je zapłacę. Nie powinni oni przypuszczać nawet, iż masz pieniądze. Jerzy prowadzi partyę mułów i zabierze cię z sobą aż do Suakimu; aby zaś nie stało ci się co złego, zostawia mi w zakład swoją ukochaną. Dopóki nie odbiorę depeszy, że przybyłeś szczęśliwie na miejsce, ona mi za całość osoby twej odpowiada.
— Dziękuję. Zawstydzasz mnie pani swą dobrocią.
— Gdyby to było możebne, namawiałabym cię, abyś był rozsądnym i pozostał tu z nami; ale... do czegoby to doprowadziło? — Spojrzała na poplamioną swą suknię i uśmiechnęła się z goryczą. — Nie, mój chłopcze, przyrzekłam ci, że pojedzicsz, a więc jedź, jedź jak najprędzej; stokroć to będzie lepszem dla ciebie.
Pochyliła się i pocałowała go w czoło.
— To na dzień dobry — mówiła. — Gdy ubierzesz się, ułożymy z Jerzym wszelkie szczegóły podróży. A teraz, daj kluczyk, otworzę walizę i dostanę ci rzeczy.
— Liczba pocałunków, jakimi darzą mię ludzie w ostatnich czasach, zaczyna przybierać zdumiewające wymiary — myślał Dick szyderczo. — Może i Torp zechce mnie uściskać za widzeniem. Tego by tylko brakowało! Nie; zaklnie tylko, że mu w drogę wchodzę. Hej, madame, dopomóż mi, proszę, ubrać się w szaty przedśmiertne. Wszak to strój ostatni, jak przed gilotyną, powinien zatem być staranny.
I dotykał drżącemi rękami każdego szczegółu, od rewolweru, ukrytego za pasem, aż do sztywnie zapiętego kołnierza.
Madame Binat płakała i śmiała się na przemian.
— Zrobiłam wszystko, co leżało w mej mocy, aby nadać mundurowi twemu cechę wytworną. Spojrzyj tylko... ach, przepraszam, zapomniałam...
— Dziękuję; a teraz chodźmy umawiać się z Jerzym, nie traćmy czasu.
— Nie mogę przecież iść z tobą w biały dzień do zatoki. Pomyśl, coby się stało, gdyby cię która z angielskich ladies zobaczyła jawnie w takiem towarzystwie.
— Niema tu moich rodaczek; a zresztą, gdyby nawet były, mało dbam o nie. Prowadź mię, proszę.
Pomimo całej niecierpliwości Heldar’a, statek, którym miał pojechać, wieczorem dopiero wyruszał z portu. Tymczasem madame układała się z kapitanem i owym Jerzym, mulnikiem, o najdrobniejsze szczegóły w podróży ociemniałego. Ktokolwiek zaś znał panią Binat temu nie przyszłoby na myśl być jej nieposłusznym: ściągnięcie bowiem gniewu jej groziło zasztyletowaniem w jakim zaułku, śmiercią w którym z podwładnych jej dyabelskich przybytków.
Przez sześć dni, bo dwa z nich stracono na kanale, parowiec płynął do Suakimu i przez tyleż czasu Heldar starał się zjednać sobie przewodnika, Jerzego. Gdy wjeżdżali do portu, ten ostatni zaproponował wreszcie:
— Trzymaj się pan mnie tylko, a nikt nie zapyta o twój paszport, nikt nie zatrzyma cię nawet. Zbyt zajęci są wszyscy.
— Dobrze. Chciałbym jednak spotkać kogo Anglików. Znali mnie tu nie dawno; zajmowałem wśród nich dość wybitne miejsce, pamiętają mnie więc zapewne.
— „Nie dawno“ znaczy tutaj „bardzo dawno.“ Cmentarze zapełniły się od tego czasu. Słuchaj pan: Kolej żelazna, zbudowana świeżo, prowadzi mil siedm do obozu pod Tanai-al-Hassan. Poza miejscowością tą rozłożono wojska angielskie, którym linią powyższą żywność dowożą.
— A, okopy... rozumiem; nie walczą więc, jak dawniej, w otwartem polu.
— Otóż do okopów tych potrzebna partya mułów, którą wiozę dziś wieczorem. Pociągiem nocnym nikt nie jedzie, strzelanina bowiem zaczyna się zaraz za miastem.
— Poczciwcy, poznaję ich; zawsze tak robili.
Ryszard poczuł zapach rozpalonego żelaza, topniejącej farby olejnej, pyłu i spiekoty, a rozchylone usta jego i nozdrza drżące chwytały z upragnieniem tę dziwną mieszaninę. Och, jakżeż dawne życie witało go rozkosznie!...
— Wioząc muły — ciągnął Grek dalej, — mogę zabrać i pana do obozu. Żądam jednak w zamian, abyś zatelegrafował natychmiast do Port-Said z zaświadczeniem, że ci się nic złego w drodze nie stało.
— A! lękasz się; snać madame trzyma cię dobrze w ręku. Powiedz szczerze: czy zasztyletowałbyś mię chętnie, mając ku temu sposobność?
— Niema mowy. Dałem w zakład.
— Rozumiem. Smutna to rzecz być postawionym między miłością do kobiety a chęcią zysku. Współczuję z tobą w trudnem tem położeniu.
Poszli więc razem do biura telegraficznego. Nikt ich nie zatrzymywał, nikt o nic nie pytał. Każdy śpieszył się tak gwałtownie, iż nie miał nawet czasu głowy odwrócić. Nie przypuszczano zresztą, aby ktokolwiek będący przy zdrowych zmysłach mógł dla przyjemności jedynie przyjeżdżać o tę porę do Suakimu.
Raz jeden groziło Heldar’owi niebezpieczeństwo; szybką jednak odpowiedzią, iż wiezie muły do obozu, oraz chęcią pokazania papierów odwrócił wszelkie podejrzenia od siebie.
Gdy po spożyciu posiłku Grek odszedł do swych mułów, malarz usiadł w cieniu, i ukrywszy w dłoniach oblicze, smutnym oddał się myślom. Przed oczyma jego tańczyła twarzyczka Maisie, uśmiechnięta, o ustach rozchylonych i źrenicach życiem tryskających. Po chwili zawrzał obok niego hałas tak silny, iż, przestraszony, próbował wołać głośno Jerzego.
— Czy muły twoje są już tutaj? — zabrzmiał mu nad głową głos jakiś szorstki.
— Posłałem po nie właśnie mego pomocnika. Co prawda, chory dziś jestem trochę i nie widzę nic prawie.
— O, na Jowisza! to źle! Idź do szpitala na czas jakiś, inaczej możesz skończyć ślepotą. Sam już to przechodziłem, radzę też nie żartować z oczami.
— Dziękuję. O której odchodzi pociąg?
— O szóstej. Na przejście zaś tych siedmiu mil angielskich potrzebuje całej godziny.
— Czy przychodzi do utarczek z krajowcami?
— Co drugi dzień przynajmniej. Ponieważ ja właśnie prowadzę lokomotywę, więc znam się z tem dobrze. Wagony przychodzą często puste do Tanai.
— Dużo naszych tam stoi?
— Nie... Główny korpus rozłożono o trzydzieści do czterdziestu wiorst dalej, wśród piekielnie suchej i upalnej okolicy. Obóz w Tanai dostarcza mu właśnie żywności i osłania go poniekąd.
— Więc przestrzeń między Tanai a wojskiem angielskiem spokojna jest zupełnie?
— Mniej więcej. Nie radziłbym jednak nikomu puszczać się tam samotnie. Idzie nareszcie wasz pomocnik. Doprawdy, patrząc na pana, dziwnem mi się wydaje...
Zatrzymał się.
— Że jestem tylko mulnikiem — dokończył Dick.
— Tak, nie przeczę; chociaż lękałem się myśl tę wypowiedzieć. Przepraszam za niedelikatność uwagi, ale wyrażasz się pan jak człowiek wykształcony, któremu szkoły publiczne nie obce może były.
— Skończyłem je nawet — uzupełnił Heldar.
— A co, zgadłem to od razu. Sam ton twego głosu, sir, wskazuje, iż pochodzisz z lepszej sfery. Otóż, nie chciałbym cię urazić, ale widzę, że ci się odwróciła karta. Ruch rozpaczy, z jakim ukryłeś twarz w dłonie, zastanowił mię; pomyślałem, że musi ci być źle na świecie, i dlatego ośmieliłem się przemówić...
— Zgadłeś pan... Życie złamało mię i zmiażdżyło do ostatniego stopnia.
— Widzisz pan, ja... ja też należę do lepszej sfery, też kończyłem gimnazyum; więc nie obrażaj się i... jeżeli mógłbym małą pożyczką...
— Dziękuję za serce poczciwe, ale ręczę słowem honoru, że mi nie brak pieniędzy... Gdybyś pan chciał jednak zobowiązać mnie na zawsze, do końca życia, zrób mi wielką łaskę i zabierz mnie dzisiejszym pociągiem do obozu... Wszak nikt nie potrzebuje o tem wiedzieć... Pozwól mi tylko posłyszeć strzały, poczuć proch, a będę ci wdzięcznym do śmierci.
Nieznajomy namyślał się przez chwilę.
— Dobrze. Wiozę parowóz pusty, nikt więc nie zaskarży mnie o zabranie jednego człowieka.
W godzinę później wyruszał ze stacyi długi, zamknięty pociąg, przypominający trumnę, a konwojowany przez artylerzystów. Ci ostatni okazali się nader potrzebni, bo oto wśród szumu i świstu pary rozległy się nagle strzały. Dzikie wycie zakłóciło spokój nocy. Dick, oszalały z radości, wyciągnął się na wązkiej ławeczce wagonu.
— Bóg jest dobry, skoro dał mi dożyć tej chwili, skoro pozwolił usłyszeć raz jeszcze odgłos walki!
Pociąg zatrzymał się. Zbrojny oddział, wysłany dla sprawdzenia przeszkody, powrócił z klątwą po rydle. Dzieci pustyni zasypały relsy piaskiem i kamieniami, których uprzątnięcie zabrało dwadzieścia minut czasu. Zaledwie ruszono, rozległy się nowe strzały i nowe krzyki. Przejazd też wśród ciągłych przeszkód trwał półtorej godziny tym razem.
Wyrzucony wreszcie w Tanai-al-Hassan, poczuł całe brzemię samotności. Jerzy zajęty był mułami, lokomotywa dyszała z przeraźliwym świstem kłębami pary wprost w oczy Heldar’a, zimny wiatr pustyni tańcował dokoła, a głód, znużenie i sen ciężyły nad nim w równej mierze. Ukrywszy ręce w kieszeniach, stał i czekał, licząc, ile razy los jego zawisł od pociągu, parowca, koni, mułów lub wielbłądów, które miały go przewieźć do miejsca przeznaczenia. Wtedy jednak widział jeszcze, a barwny obraz rozłożonego obozu głęboką sprawiał mu przyjemność. Dziś kolor, światło, ruch — wszystko to nie miało dlań znaczenia. Czekała go już tylko podróż jedyna, ostatnia, wśród ciemności, których nic nie rozproszy. Dobiegłszy jej kresu, uchwyci dłoń Torpenhow’a, odurzy się na chwilę — on, ślepy, opuszczony i biedny włóczęga — echem tego życia, jakie prowadził niegdyś świetny i uwielbiany Dick Heldar. A później, później nastąpi zapomnienie. Bessie, niszcząca „Melancholię,“ owo nielogiczne stworzenie, które ofiarowując mu miłość, zapomniało dodać swego nazwiska; Maisie wreszcie, niezdolna zrobić nic złego — wszystko i wszyscy znikną z jego pamięci. Zostanie tylko obraz owej Maisie, właśnie tak kusząco ponętny wśród mgły oddalenia...
Pod wrażeniem tem ubłagał Jerzego, aby go zaprowadził do części obozu, przeznaczonej na legowisko wielbłądów. Chciał uciec na pustynię, uciec sam jeden, natychmiast, zanim spostrzegą, że jest ślepcem ociemniałym i bezradnym, zanim, jako bezużytecznemu, każą do Suakimu powrócić.
Przewodnik skierował się do najbliższego ogniska.
— Pokój z wami, bracia! — pozdrowił Heldar.
Głowy szeików pochyliły się uroczyście, wielbłądy zaś, poczuwszy Europejczyka, zaczęły spoglądać z ciekawością, gotowe dźwignąć się na nogi.
— Pragnę dostać się dziś jeszcze na plac boju — ciągnął Heldar. — Potrzebny mi przewodnik i zwierzę rącze.
— Chodzi pewno o bydlę juczne? — zabrzmiał wzgardliwy głos od ogniska.
— Nie, o Bischarin’a — odparł Dick poważnie. — Najlepszy bischaryjski wielbłąd, bez siodła i bez pakunków.
Zapanowała głęboka cisza. Jeden z szeików przerwał ją wreszcie:
— Jesteśmy pod nadzorem. Nie wolno wychodzić w nocy z obozu.
— Czy pieniądze bram nie otworzą?
— Phi! Chyba angielskie pieniądze...
Ponowne, gnębiące milczenie.
— Ile pan daje?
— Dwadzieścia pięć funtów angielskich przewodnikowi, z chwilą, gdy mię dowiezie do obozu. Drugie dwadzieścia pięć pozostawię tu, na ręce szeika, który mu je wypłaci natychmiast po powrocie.
Była to królewska nagroda — szeik więc, mający zamiar strącić z niej pewien procent dla siebie, zaczął popierać żądanie Heldar’a.
— Pięćdziesiąt funtów za jedną noc, ależ to bogactwo! Można wypoczywać później do końca życia, mieć kawał ziemi, drzewa, żon kilka i zapewnioną starość.
— Kto pojedzie ze mną? — zapytał Dick ponownie.
— Ja — zabrzmiał od ogniska głos stanowczy; — ale czy nas wypuszczą z obozu?
— Głupstwo! Wszak wielbłąd zrywa nieraz więzy i ucieka, a straże nie strzelają do tego, który bieży i goni zwierzę, by je spętane przyprowadzić napowrót. Pięćdziesiąt funtów dziś jeszcze; nie za żadne jednak juczne bydlę, lecz za najlepszego bischaryjskiego wielbłąda.
Rozpoczęły się układy. Targ w targ, przyjęto ofiarowaną sumę, a w pół godziny później Heldar wypłacał połowę jej na ręce szeika, który wydawał jeszcze po cichu rozporządzenia przewodnikowi.
— Nie daleko — posłyszał Heldar: — wystarczy pierwszy lepszy pociągowy zdechlak. A cóż to, czy ja osieł jestem, abym dla ślepego marnował najlepszego bieguna?
Dick podniósł głos natychmiast.
— Uprzedzam — zawołał, — że, chociaż nie widzę, lecz wożę w zamian takie narzędzie, które ma sześć oczów i sześć kul zarazem, a przewodnik będzie siedział przede mną. Jeżeli nie dosięgniemy o świcie wojsk angielskich, na miejscu go położę.
— A gdzież te wojska są? — mruknął właściciel wielbłądów.
— Skoro nie wiesz, to się nie podejmuj prowadzić, lecz pozostaw to innym. Mów, wiesz czy nie? Chodzi tu o śmierć twą lub życie.
— Wiem — brzmiała ponura odpowiedź. — Odstąp od zwierzęcia, bo je rozpętam i puszczę.
— Nie tak prędko. Zwróć go wpierw łbem do mnie.
Dick przesunął ręką po czole wielbłąda, i napotkawszy wypalone półkole, znamię wiatronogich, najbardziej chyżych, bischaryjskich wyścigowców pustyni, uspokoił się dopiero. — Dobrze — mówił, — wypuść go, a pamiętaj, iż klątwa boża dosięga tych, którzy próbują oszukać niewidomego.
Przy ognisku zaśmiano się głośno. Przewodnik został schwytany na uczynku w chwili, gdy chciał właśnie odwiązać stare, juczne zwierzę.
— Na bok! — zawołał, zacinając mocno wielbłąda.
Heldar odskoczył, a dokoła rozległy się krzyki:
— Illaha! Aho! Aho!
Zabrzmiał pomruk głuchy — i chyży, czystej krwi Bischarin, dźwignąwszy się z ziemi, pomknął w pustynię. Za nim z okrzykami żalu i rozpaczy biegł właściciel, jakoby z nienacka ucieczką tą zaskoczony; na pomoc zaś śpieszył Dick, wsparty o ramię Jerzego, a potykający się ciągle.
Straże, przyzwyczajone do ustawicznych awantur z wielbłądami, żadnych nie stawiały im przeszkód.
Jeden tylko z żołnierzy zaklął siarczyście.
— Cóż tam znów za krzyki? — huknął.
— A toż wściekłe to bydlę ucieka z całym mym dobytkiem! — odparł Heldar zwykłym obozowym językiem.
— Jazda! Pilnuj tylko, żeby ci tam gardła nie poderżnęli, tobie i twemu dromaderowi!
Krzyki ucichły — gdy bowiem zwierzę schowało się za wzgórze, właściciel potrafił przywołać je natychmiast i zmusić do uklęknięcia.
— Siadaj pierwszy — rozkazał Dick, a zająwszy drugie za nim miejsce, wyjął rewolwer i skierował go prosto w plecy towarzysza.
— Jedź teraz w imię boże, tak szybko, jak tylko siły ci starczą. Bywaj zdrów, Jerzy. Kłaniaj się pani i baw wesoło z twoją miłą. Na przód, synu piekła!
W kilka minut później otoczyła go cisza wielka, głęboka, przerywana tylko skrzypieniem siodła i lekkim a nieznużonym krokiem bieguna pustyni.
Dick usiadł tak, aby się lepiej poddawać falującemu ruchowi zwierzęcia, zapiął mocniej pas i, zapatrzony w podwójną ciemność, doznawał przez całą godzinę wrażenia, iż coraz posuwa się na przód.
— Dobry wielbłąd — zauważył w końcu.
— Zwierzę czystej krwi — brzmiała odpowiedź. — Jest moją własnością, karmię go więc starannie.
— Pośpieszaj!
Opuścił głowę na piersi i próbował myśleć. Sen jednak mącił mu pamięć. Przewodnik, czekający tylko na chwilę drzemki, obrócił się, w nadziei, że zdoła wyrwać mu rewolwer i, wyrzuciwszy go z siodła, wrócić do domu. Ruch ten rozbudził Heldar’a, dając mu poznać całe niebezpieczeństwo. Kolba rewolweru spadła też z potężną siłą na głowę niewiernego, a równocześnie strzał jakiś rozległ się z nienacka obok. Dromader przyśpieszył kroku i po chwili głęboka cisza zaległa znów dokoła, niosąc z sobą nowe do snu usposobienie.
Dick po paru godzinach jazdy tej szalonej niezdolnym był myśleć nawet. Znużony, kiwał się tylko z boku na bok, a zesztywniały, o ścierpniętych członkach, budził się instynktownie, ile razy wielbłąd zwalniał biegu, by nowem uderzeniem w plecy jeźdźca przynaglać zwierzę do pośpiechu.
— Czy księżyc świeci? — zapytał.
— Zachodzi już.
— Żal mi, że go raz jeszcze ujrzeć nie mogę. Stój! Zatrzymaj wielbłąda, niech się nacieszę mową pustyni.
Spełnił jego rozkaz. Wśród ciszy martwej, śmiertelnej, przebiegł powiew lekki i, zaszumiawszy, zginął w oddali. Garstka suchej ziemi zawirowała w powietrzu, opadając ze szmerem napowrót.
— Jedź! Noc bardzo zimna.
Ci, którym nie obce jest czuwanie, wiedzą z doświadczenia, jak długą się wydaje ostatnia godzina ciemności, jak wolno świt nadchodzi dla spragnionych światła i ciepła. Heldarowi też zdawało się, iż podróż ta trwa lata całe, że licząc gwoździe metalowe, którymi obito siodło, skróci długie godziny cierpienia. Lecz ciemność trwała wieki. Na próżno, dla przerwania jej, przekładał rewolwer z lewej dłoni do prawej, a rękę ścierpniętą opuszczał na dół, aby władzę odzyskała. Na próżno zdawało mu się, iż z londyńskiej swej pracowni patrzy na podróż tę dziką; ile razy bowiem chciał odmalować żółtą pustynię, oblaną blaskiem zachodzącego księżyca, a przeciętą czarnym, sylwetkowym zarysem dromadera, na szczycie którego kiwały się dwa cienie ludzkie, — tyle razy palce ścierpnięte przypominały mu, że dzierży w nich nie pędzel, lecz rewolwer, śmiercią ziejący. Ból w ramieniu nie pozwalał przytem ręką poruszyć, a ciemność nieprzebita zajmowała miejsce stalug i płótna.
Przewodnik zamruczał wreszcie. Dick zaś poczuł zmianę w powietrzu.
— Świt się zbliża? — zapytał.
— Już błyszczy, a oto na skraju wojska angielskie. Wszak dotrzymałem umowy?
Wielbłąd, poczuwszy w oddali towarzyszy, wyciągnął w tej chwili szyję i ryknął głośno.
— Śpiesz się! Prędzej, coraz prędzej! Musimy tam być za chwilę.
— Znać ruch w obozie, gdyż unosi się nad nim taki tuman kurzu, że nic dojrzeć nie mogę.
— Czy sądzisz, że ja w lepszem jestem położeniu? Pędź chyżej!
Słychać już było gwar głosów, rżenie koni i klątwy żołnierzy, czyszczących rynsztunek. Kilka kul świsnęło równocześnie w powietrzu.
— Co to, strzelają do nas? Czyżby nie poznali, że noszę mundur angielski? — zawołał Ryszard gniewnie.
— Nie, to z pustyni — objaśnił jeździec, pochylając się na siodle. — Prędzej, mały, prędzej! — naglił wielbłąda. — Dobrze, że noc kryła nas dotąd.
Dromader zdwoił biegu, kule zaś coraz gęściej i bliżej leciały za nimi. Dzieci pustyni, urządzając napad o świcie, na śpiące wojska angielskie, celowały zawzięcie do jedynego punktu, poruszającego się za oszańcowaniem.
— Co za szczęście! Co za królewskie, zdumiewające szczęście! — myślał Dick. — Wszak bitwa zaczyna się właśnie... Wielki Boże, jakżeż dobrym jesteś dla mnie! Gdyby jeszcze — tu ból wewnętrzny wykrzywił jego rysy, — gdyby nie Maisie...
— Allahu! Jesteśmy na miejscu! — zawołał kierownik, a wielbłąd przyklęknął równocześnie przy pierwszych obozowych szeregach.
— Kto jesteś, u szatana? Może depesze wieziesz? — pytano z kilku stron naraz. — Mów, czy duże siły idą do ataku i jakim cudem przedarłeś się przez tę hordę dziką?
Heldar odetchnął, odpiął pas, przywiązujący go do wielbłąda, i za całą odpowiedź, uniósłszy się na grzbiecie dromadera, huknął znużonym, złamanym głosem:
— Torpenhow! Hop, hop! Torpenhow!
Potężny, brodaty mężczyzna, szukający w popiele ognia do fajki, wyprostował się na krzyk ten i, roztrącając wszystkich, podbiegł na przód sceny. Kule sypały się tymczasem coraz gęściej, a białe obłoczki i zapach prochu biegły ze wszystkich okolicznych wzgórzy. Żołnierze, którym dym własny zasłaniał oczy, zbici w szeregi, postąpili na przód; wielbłąd zaś, strzałem raniony, podniósł się najwpierw, a później z rykiem, wstrząsającym powietrze, powalił się na ziemię. Poskoczono poderznąć mu gardło, by wśród innych zwierząt nie budził popłochu. Jęk człowieka, ugodzonego śmiertelnie kulą, i ostatnie chrapanie konania przypomniało wszystkim o wzrastającem niebezpieczeństwie.
Nie było czasu, na pytania.
— Schodź! Na miłość boską, zejdź i ukryj się za wielbłądem!
— Nie! Postawcie mnie, proszę, na czele walczących.
Dick zwrócił się twarzą ku Torpenhow’owi i, podniósłszy rękę, chciał hełm poprawić; drżące jednak palce niepewnem dotknięciem zrzuciły go z głowy. Wtedy to Torp spostrzegł, że włosy jego zbielały, a przedwczesna siwizna okalała oblicze złamanego, starego człowieka.
— Zejdź-że natychmiast, szaleńcze przeklęty! Zejdź, błagam cię, Dick’u!
I zeszedł, a raczej spadł z grzbietu Bischarin’a, jak drzewo u korzenia podcięte; spadł, staczając się do stóp Torpenhow’a. Szczęście dopisywało mu do końca. Pierwsza kula nieprzyjacielska, strzaskawszy czaszkę, trupem go położyła.
Ukryty za wielbłądem, jak za szańcem ochronnym, klęczał Torpenhow, trzymając w ramionach stygnące zwłoki Heldar’a.


KONIEC.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Rudyard Kipling i tłumacza: Natalia Korwin-Szymanowska.